Sophie Ellis-Bextor – Familia

Sophie_Ellis-Bextor_-_Familia

Pewnie wielu tu obecnym to nazwisko nic nie mówi, ale na przełomie wieków była jedną z popularniejszych brytyjskich wokalistek popowych. Dwa lata temu zaskoczyła wszystkich idącym w stronę bardziej retro popu „Wanderlust”. „Familia”, zrealizowana znowu ze wsparciem producenta Eda Harcourta, wydaje się kontynuować tą drogę.

Nie do końca, gdyż otwierający całość „Wild Forever” to próba powrotu na dyskotekowe parkiety. Klaskana perkusja, bujająca elektronika oraz pojawiające się na chwilę klawisze fortepianu mogą doprowadzić do takiego wniosku. Ale w refrenie atakuje gitara elektryczna i mocniejsza perkusja. Tutaj już czuć brzmienia bliższe stylistyce muzyki alternatywnej, przyjemnie bujającej, bardziej tanecznej i przebojowej od poprzednika. Czuć wpływy disco (gitarowe i rozmarzone „Death of Love”), unosi też też duch Florence + The Machine (pianistyczny „Crystallise” z cudownymi smyczkami oraz gitarą) i czuć zabawę różnymi gatunkami z cudownie brzmiącym „Hush Little Voices” (i co z tego, że to country, ale jakie epickie – ta gitara i trąbki brzmią super). Aranżacje są zrobione bardzo pomysłowo, wiele zostaje wplecionych instrumentów (smyczki w prześlicznym „Here Comes The Rapture”), całość jest pełna barw i kolorów, przez co nie można się wynudzić (wokalizy, gitary, funk, disco, pop).

Najlepsze jednak dostajemy na sam koniec. Folkowy w duchu „Unrequited” czaruje melancholijną aurą, delikatną grą gitary oraz smyczkami. Kompletnie wybił mnie z rytmu „The Saddest Happiness”, gdzie do pulsujących klawiszy dodano delikatną gitarę elektryczną oraz smyczkami, a wszystko w duchu funku z lat 70. No i jeszcze „Don’t Shy Away” z oszczędną perkusją oraz elektroniką, zmieszaną z fortepianem, by pod koniec wystrzelić harmonijką ustną oraz wokalizami.

„Familia” mnie oczarowała różnorodnością, aranżacjami i stylem, a wokal Sophie ma tyle uroku, że można byłoby obdzielić nią kilka wokalistek. Interesujące, solidne popowe rzemiosło z kilkoma fajnymi sztuczkami.

7/10

Radosław Ostrowski

Sophie Ellis-Bextor – Wanderlust

Wanderlust

Ta Angielka na początku wieku XXI była bardzo popularna wokalistka popową, która rządziła na dyskotekach. Wszystko przez znany także i mnie przebój „Murder on the Dancefloor”. Cztery płyty i 13 lat później Sophie Ellis-Bextor już nie miała takiej sławy ani takiej rozpoznawalności. Dla odmiany postanowiła nagrać płytę, dzięki której odcina się od swojego poprzedniego dorobku.

Za odmienioną Sophie, czyli album „Wanderlust” odpowiada Ed Harcourt – kompozytor, wokalista i autor tekstów. Efekt? Elegancki i mocno oldskulowy pop, bardziej idący w stylistykę lat 70. Świadczy o tym przede wszystkim instrumentarium, czyli smyczki („Until the Stars Collide”), delikatnie grająca gitara elektryczna („Runaway Daydreamer”), szybka sekcja rytmiczna („The Deer & The Wolf”) oraz fortepian (jazzujący „Young Blood”). Jest delikatnie, elegancko i przebojowo, co w przypadku Sophie jest sporą niespodzianką.  Nie brakuje tez chwytliwego rock’n’rolla („13 Little Dolls” ze świetnymi klawiszami) czy bardziej stonowanych melodii („When the Storm Has Blown Over”). A w to wszystko wplótł się idealnie wokal Sophie – trochę taki niedzisiejszy, bardzo delikatny.

Retro jest w cenie i ten album tylko to potwierdza. „Wanderlust” to poważny skok jakościowy w porównaniu do poprzedników. Pytanie tylko jaki będzie dalszy kierunek tych zmian?

7/10

Radosław Ostrowski