Aretha Franklin – Just for You

Just_for_You

Kompilacje były, są i będą wydawane. Jedne lepsze, drugie gorsze. Tutaj zaś mamy do czynienia z kompilacja już nagranych wcześniej piosenek z dawien dawna w wykonaniu „Królowej Soulu”, czyli niezapomnianej Arethy Franklin.

I są tutaj utwory z początku jej kariery, czyli z lat 60. A więc jest to szeroko pojęty elegancki pop z domieszką jazzu, czyli pojawiają się obowiązkowe smyczki („Try a Little Tenderness”), dęciaki („Ac-Cent-Tchu-Ate the Positive”) oraz perkusja, czasem jeszcze zabrzmi fortepian („Skylark”), jednak całość jest dość różnorodna, z dominacja spokojniejszych brzmień. Trudno wybrać jakiś jeden mocno wyróżniający się utwór, bo wszystkie 19 piosenek brzmi przynajmniej dobrze, można się przyczepić, że jest trochę za spokojnie i zbyt monotonnym, zależy co kto lubi. Ale jedno nie podlega wątpliwości – głos Arethy jest naprawdę poruszający i przykuwający uwagę. Może jeszcze nie aż tak ekspresyjny jak później (choć słychać to w „Trouble in Mind”), ale już czuć siłę. W dodatku z dobrymi tekstami, pozwala wejść w ten muzyczny wehikuł czasu oraz całkiem nieźle się bawić, co czego zachęcam.

Tym razem bez oceny.

Radosław Ostrowski

Ayo – Ticket to the World

Ticket_To_The_World

Ta pochodząca z Nigerii Niemka postanowiła się sprawdzić jako wokalistka soulowa. Do tej pory wydając 3 płyty, zostało dobrze przyjęta przez słuchaczy i krytykę. Teraz Ayo wydaje swój album nr 4. Czy wyszedł z tego dobry album?

Za produkcję odpowiada Jay Newlanda, który współpracował z Ayo od samego początku jej drogi, a także m.in. z Norą Jones, Paulem Simonem czy Stevie Wonderem. Już zapowiadający całość singiel „Fire” wskazywał, że wiele się zmieni. Choć nadal dominuje gitara akustyczna, delikatne klawisze i perkusja. Poza soulowymi brzmieniami, zahaczymy po drodze o reggae („Teach Love”) czy częściej w folk i hip-hop (tylko, że z żywymi instrumentami zamiast bitami – m.in. „Fire” i „Complain” z marszową perkusją oraz skrzypcami) czy etnicznymi dźwiękami (bębny w „Justice”). Jest to bardzo spokojna, wręcz stonowana płyta, gdzie ledwie fragmenty są dynamiczne („Hullabaloo”, „Sister”), jednak mnie to nie przeszkadza i na tą porę roku brzmi naprawdę ciepło i przyjemnie.

Sam głos Ayo jest egzotyczny i pełen ekspresji, co też jest istotne. Z kolei teksty trzymają dobry poziom, mówiąc o miłości w różnych odcieniach. I na szczęście nie tylko („Fire”).

Widać, że tak wokalistka ciągle szuka nowych środków wyrazu i chce nas zaskoczyć. Mnie ten bilet zaintrygował i brzmi to naprawdę ładnie i dobrze. Bardzo polecam i zalecam.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Justin Timberlake – The 20/20 Experience 2 of 2

The_2020_Experience_2_of_2

Aż trudno w to uwierzyć, ale Justin Timberlake poszedł za ciosem i postanowił przypieczętować swój powrót. Świetnie przyjęta płyta „The 20/20 Experience” wydana wiosna tego roku doczekała się drugiej części. Czyżbyśmy mieli dostać więcej tego samego?

Produkcja się nie zmieniła, nadal zamieszany jest Timbaland, J-Roc i sam Justin. Nadal są to długie utwory (najkrótszy ma 4 i pół minuty), jednak nie ma tego swingowania i pójścia w stronę soulu, ale bardziej współczesne brzmienia. Elektronika dominuje i szaleje, choć zdarzają się pociągające i chwytliwe melodie jak „Take Back The Night” (dęciaki i smyczki ładnie wplecione w elektronikę) czy w „Murder” zgrabnie dodając jeszcze orientalną perkusję. Pojawia się też jeszcze gitara elektryczna  w pulsującym „Drink You Away” czy „Not a Bad Thing” (zawiera ukrytą balladę „Pair of Wings”), jednak duża część to w najlepszym wypadku dobre numery, co w przypadku poprzednika wypada nie najlepiej. Tutaj zdarzają się odrobiny postoju, pójścia w bardziej taneczne klimaty. I nawet piosenki umieszczone w specjalnej edycji niespecjalnie porywają (zwłaszcza nijaki „Electric Lady”).

Owszem, Justin nadal ma czarujący wokal, teksty są dość proste i nieskomplikowane, ale jednak nie działa aż tak jak „20/20 Experience” pierwszy. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski


Christina Grimmie – With Love

With_Love

Ta młoda dziewczyna znana jest dzięki swojemu kanałowi na YouTube, gdzie na fortepianie grała i śpiewała piosenki m.in. Lady Gagi, Adele czy Bruno Marsa. Teraz postanowiła zadziałać na własny rachunek i po EP-ce, ukazuje się pełnowymiarowy debiut zeldaxlove64, choć w papierach ma Christina Grimmie.

I jaki jest efekt? No właśnie. Jest to czysty pop, który mógłby spokojnie być grany w radiu, ale i tak by się wyróżniał od innych tego typu wykonawców. Melodyjnie? Jest. Chwytliwie i przebojowo? Jest. Plastikowo? Nie. Za to jest różnorodnie, czyli tak jak być powinno: od skocznego swingu („The One I Crave” czy ‚”Tell My Mama”) przez stonowane ballady („Think of You” na gitarę i skrzypce czy „With Love” z fortepianem) po elektronikę imitującą smyczki i dęciaki („Make It Work”). Innymi słowy – miło, lekko i przyjemnie, choć otwierający album „Over Over Thingking You” nie był zbyt zachęcający (mimo szybkiego tempa). Zaś sam wokal panny Grimmie jest całkiem przyzwoity, tak jak teksty mówiące o najważniejszej rzeczy na świecie – jednak nie wywołują one odrzucenia.

„With Love” trochę przypomina mi dokonania Palomy Faith, która obraca się w podobnych brzmieniach. Dziewczyna ma w sobie potencjał, choć mam wrażenie, że nie jest w pełni wykorzystany. Jak potoczy się dalej jej kariera? Trudno mi powiedzieć, niemniej życzę jak najlepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski


James Brown – You’ve Got the Power 1956-1962

Youve_Got_The_Power_19561962

Znowu kompilacja, ale James Brown nagrał tyle piosenek, że wciśnięcie tego w jedną płytę było zadaniem wręcz niewykonalnym. I wydaje mi się, że ten album jest częścią większej całości.

Tutaj jak nazwa wskazuje są to piosenki z początku kariery, czyli lata 1956-63 (piosenek 25), utrzymanych w soulowej stylistyce, czyli mieszance bluesa, rock’n’rolla i jazzu. Ale jeśli myślicie, że są to smęty grane przez współczesnych twórców, to mało wiecie o muzyce. Tutaj jest bardzo rytmiczna i szybka muzyka (jak na tamte czasy), ze świetnymi dęciakami, chórkami i gitarą elektryczną („Think”, „Shout and Shimmy” czy „Night Train”). Nie zabrakło także spokojniejszych utworów idących w stronę ballad („Try Me”, „You’ve Got the Power” czy „The Bell”), a wszystko zostało zrobione z elegancją, smakiem i energią. Zaś sam James Brown ma tak potężny głos, że żadne słowa nie są w stanie tego ubrać. Tej muzyki nie należy opisywać, tylko słuchać, bo teraz się takiej po prostu nie robi. Nie jest ona archaiczna, w żadnym wypadku. Takiej energii słucha się zawsze dobrze.

Radosław Ostrowski

Sara Bareilles – The Blessed Unrest

The_Blessed_Unrest

Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ma 34 lata i nagrała do tej pory 3 płyty. Największy rozgłos przyniósł jej utwór „Love Song” z 2007 roku, jednak Sara Bareilles nie zamierza wycofać się i już serwuje, najnowszy 4  krążek.

„The Blessed Unrest” to mieszanka popu i soulu, składająca się z 12 piosenek wyprodukowanych przez samą Sarę, a także Johna O’Mahony’ego i Kurta Uenalę (współpracował z Depeche Mode). Jak wiadomo, co trzy głowy to nie jedna. A skoro soul, to wiadomo – bez fortepianu się nie obejdzie (znakomity „Manhattan”). Nie zabrakło też elektroniki, która może nie jest ani agresywna, ani plastikowa oraz dęciaków pojawiających się gdzieś w tle. Tempo jest różnorodne: od szybkich i rytmicznych („Little Black Dress”) po bardziej wyciszone i stonowane („1000 Times” ze spokojnym basem i ładną gitarą elektryczną czy „Islands”). Brzmi to elegancko i delikatnie, ale trudno wskazać coś, co byłoby potencjalnym hitem, co w przypadku tego typu muzyki może być problemem. Także dość małe urozmaicenie może być problemem, ale dla mnie jest to świetny album na wyciszenie po ciężkim dniu.

Sam głos Sary jest bardzo lekki i delikatny, czasami wręcz uroczy, ale zawsze pełen emocji i bez fałszu. Zaś teksty o wiadomej tematyce są całkiem przyzwoite i słucha się tego z dość sporą dozą przyjemności.

„The Blessed Unrest” jest bardzo sympatycznym, lekkim i eleganckim albumem, przy którym można przyjemnie spędzić czas. Najlepiej posłuchać w godzinach wieczornych.

7/10

Radosław Ostrowski


Justin Timberlake – The 20/20 Experience

2020_Experience

Ten facet był obiektem pożądania każdej kobiety do 30-latki (choć myślę, że i starszym mógłby się spodobać), robił udane i dobrze przyjmowane popowe kawałki. Potem zrobił sobie przerwę od muzyki i zaczął grać w filmach, z powodzeniem (m.in. w „The Social Network”). Teraz Justin Timberlake postanowił zrobić sobie przerwę od grania i wrócił do muzyki. I jaki jest tego efekt?

7 lat przerwy i dostajemy album dość nietypowy. Dlaczego? Bo mamy 10 piosenek, z których najkrótsza trwa 4 i pół minuty, zaś reszta to 7-8 minutowe kolosy, czyli niezbyt radiowe kompozycje. W dodatku Justin poszedł tutaj w stronę soulu i r’n’b w starym, dobrym stylu, zaś za produkcję odpowiadają m.in. Timbaland, Rob Knox i sam Timberlake. Więc powinno być nudno i mało angażująco? Bzdura. Owszem, jest tu bardziej elegancko (smyczki i dęciaki obowiązkowe), naszpikowane jest to różnego rodzaju elektroniką (pulsujące „Don’t Hold the Wall”, gdzie jeszcze szaleją bębny i gitara elektryczna czy „Strawberry Bubblegum”), jednak nie drażni ona ani nie irytuje, chociaż pojawiają się fragmenty nie zbyt przyjemne („Tunnel Vision” i częściowo „Spaceship Coupe”, gdzie słychać takie ciągające się coś, jednak pojawiająca się w połowie gitara elektryczna zaciera ten dźwięk). A jednocześnie każdy utwór ma różne smaczki, które dodają uroku tej płycie, co jest zasługą producentów (m.in. lekko orientalna perkusja w „Let The Groove Get In”). Jest świeżo, kreatywnie, różnorodnie i ambitnie.

Sam gospodarza nie tylko świetnie sobie poradził i czuje się w tej muzyce jak ryba w wodzie, to jeszcze zrezygnował z featuringów (wyjątkiem był Jay-Z w „Suit & Tie”, ale jemu się po prostu nie odmawia) i kradnie całe szoł. Tekstowo jest bardzo romantycznie i lirycznie, więc tu nie ma zaskoczeń, a i brzmi to całkiem przyjemnie.

Ta płytą Justin próbował udowodnić, że jest kimś więcej niż serwującym stacjom radiowym hity i gościnnie występującym u innych. I moim zdaniem się to udało, choć nie jestem fanem jego twórczości. Ale nie sposób nie docenić świetnej produkcji, lekkości brzmienia (mimo bogactwa i długości realizacji) oraz wysokiej klasy. Zaimponował mi facet i tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Laura Mvala – Sing to the Moon

Sing_to_the_Moon

Wielka Brytania ma to do siebie, że tam jest wielu debiutantów, którzy podbijają nie tylko tamtejsze rozgłośnie radiowe, ale też podbijają cały świat. Właśnie chcę opowiedzieć o jednej takiej debiutantce. Pochodzi z Birmingham, na scenie występuje od 2005 roku w różnych zespołach, jednocześnie pracując jako nauczycielka i potem jako recepcjonistka. Teraz wydała swój pierwszy (i chyba nie ostatni) album. Powitajcie Laurę Mvulę.

„Sing to the Moon” zawiera 12 piosenek utrzymanych w stylistyce soulu, zaś produkcją zajął się Steve Brown, który współpracował m.in. z Eltonem Johnem, Georgem Michaelem czy zespołem Manic Street Preachers. Muzyka tutaj jest bardzo melodyjna i jednocześnie bardzo oldskulowa, bo oparta na żywych instrumentach – żadnych bitów i podkładów. Jeszcze ten album wyróżnia rozmach oraz dość nietypowe instrumenty. Bo poza standardowym fortepianem („Father, Father”) i gitarą, pojawia się dość rozbudowana sekcja dęta, harfa, kotły, cymbałki. Zaś chórki dodają lekko „orkiestrowego” brzmienia i nie brakuje też szybkich rytmów (perkusja w „That’s Alright” czy „Green Garden”), z czym nie spotykam się ostatnio zbyt często. Całość brzmi fantastycznie i praktycznie nie nadziałem się na żaden słaby utwór.

Głos Laury – bardzo wysoki i bardzo brytyjski – przykuwa uwagę i brzmi świetnie z muzyką, dzięki czego albumu słucha się z wielką przyjemnością. Także teksty są naprawdę dobre i wpadają w ucho.

Lato ma to do siebie, że z upału może nagle się ochłodzić. I ta płyta jest na te ciepłe dni, by ochłodzić. Bardzo lekka, przyjemna i elegancka, naprawdę elegancka. A jeśli ktoś ma wydanie deluxe, to na niej są dwie dodatkowe piosenki, dwa utwory w wersji live i dwie demo (nie gorsze od podstawki).

8/10

Radosław Ostrowski

Emeli Sande – Live at the Royal Albert Hall

Live_At_The_Royal_Albert_Hall

W zeszłym roku objawiła się blondwłosa dziewczyna, z dość wyrazistą fryzurą. Adele Emeli Sande wydała wtedy swój debiutancki album „Our Version of Events”, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem zarówno krytyki jak i publiczności. W tym samym roku (a dokładnie 8 listopada) zagrała koncert w Royal Albert Hall, co dla każdego wykonawcy z Wysp Brytyjskich jest wyróżnieniem. I ten koncert teraz został wydany na płytę.

Wokalistka na koncert wybrała 17 piosenek wyprodukowanych przez Naughty Boy’a, zaś aranżacje robią naprawdę dobre wrażenie. Dźwiękowo koncert jest dopięty, instrumenty są wyraźnie słyszalne, zaś publiczność reaguje żywiołowo, dzięki czemu mamy wrażenie bycia tam na miejscu, choć słuchamy tego w domu. Przejścia między utworami są bardzo płynne, wręcz niezauważalne. Jeśli zaś chodzi o instrumentarium, na pierwszym planie wybija się zdecydowanie fortepian, który pojawia się praktycznie w każdym utworze, ale poza nim zwraca uwagę perkusja („My Kins of Love”), chórki („Daddy”) oraz smyczki, które też często się przewijają. Brzmi to bardzo elegancko, ale nie ma tu mowy o nudzie czy monotonii, choć w połowie pojawiają się utwory tylko na fortepian („Clown”, „River”) albo gdzie fortepian dominuje („I Wish I Knew How It Would Feel To Be Free” – cover Niny Simone, w którym w połowie dołączają klawisze i chórek).

Sande ma bardzo ciekawy i interesujący głos, dzięki któremu przyciąga uwagę. Brzmi fantastycznie, potrafi przykuć uwagę i ma dobry kontakt z publicznością. W dodatku jeszcze gościnnie wspierają Labrinth („Beneath Your Beautiful”) oraz Profesor Green („Read All About It Pt. III”), którzy są dobrym wsparciem. I to kolejna płyta koncertowa, która wypada naprawdę dobrze. Nawet jeśli się nie jest fanem tego typu muzyki, wypada zapoznać się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. W dobrych sklepach muzycznych od 18 lutego.

Solange – True

solangetruecover_300x300

Bywa w show-biznesie, że w tej samej dziedzinie działają członkowie rodzin. Ta wokalistka ma na swoim dorobku dwie płyty i znana jest z tego, że jest młodszą siostrą Beyonce. Solange przypomina o sobie, serwując nam nową płytę, która jest EP-ką.

Piosenek na „True” jest siedem, a za produkcję odpowiada Dev Hyses – gitarzysta, wokalista i autor tekstów, który współpracował z The Chemical Brothers i Florence + The Machine. Gatunkowo jest to soul zmieszany z r’n’b, co nie jest zaskakujące. A wszystko zaczyna się od bardzo przebojowego „Losing You” z cykaczami, subtelną elektroniką oraz perkusją z klaskaniem. Potem troszkę surowsze „Some Things Never Seem To Fucking Work” z mocniejszą perkusją i bitem kontrastowanym ze spokojnym wokalem. Bardziej pulsujący „Locked in Closets” posiada bardziej melodyjny refren, który się słucha z frajdą. Natomiast „Lovers in the Parking Lot” z eteryczną gitarą elektryczną, przyjemną dla ucha elektroniką i pianinem, budzi skojarzenia z Jessie Ware. Tak jak „Don’t Let Me Down” z mechanicznymi dźwiękami, stonowaną perkusją oraz znowu z gitarą elektryczną. Znacznie surowsze jest króciutkie „Looks Good with Trouble”, które jest bardzo spokojnie zaśpiewane i zalatujące industrialem, a potem płynnie przechodzimy do „Bad Girls” z dyskotekową perkusją, rytmicznym basem z odczuwalną atmosferą lat 80-tych.

Głos młodszej siostry Beyonce nie dorównuje jej, ale Solange śpiewa w bardziej stonowanym stylu, co nie jest żadną ujmą. Zaś liryka jest typowa dla tej muzyki i niczym nie zaskakuje, ale to wystarczy.

Prawdę mówiąc „True” niczym nie zaskakuje, ale słucha się tego ze sporą przyjemnością i satysfakcją. Dobra płyta po prostu, która miewa niezwykłe momenty.

7/10

Radosław Ostrowski