Alicia Keys – Girl on Fire

Girl_on_Fire_400x400

Choć ma 31 lat, nagrała cztery płyty, jedną koncertową i zagrała w paru filmach. Uznawana za jedną z najlepszych wokalistek r’n’b początku wieku. Mowa o Alicii Keys. Od ostatniej płyty minęły trzy lata i stwierdziła, że najwyższa pora pokazać coś świeżego. I wreszcie dnia 27 listopada 2012 pojawił się nowy album „Girl on Fire”. Jak to brzmi?

Stylistycznie nie ma jakiś zmian, to nadal r’n’b zmieszane z soulem. Ma być nastrojowo, podkład ma wpadać w ucho, zaś bity i sample mają przyciągnąć uwagę. I tak jest. Nie brakuje ballad z fortepianem w tle (singlowe „Brand New Me” czy „Not Even the King”), ale co najważniejsze nie ma  tutaj monotonii, zaś producenci (w tym sama artystka jako producent wykonawczy, ale też m.in. Swizz Beatz, Babyface czy Dr. Dre) postarali się, by było zróżnicowanie dźwięków oraz zdynamizowania poszczególnych utworów („When It’s All Over”, „New Day” czy bujające „Fire Me Wake” z gitarowymi solówkami Gary’ego Clarka Jra na końcu) czy zmieniając tempo w trakcie („Tears Always Win”).

Za brzmieniem i muzyką idzie ręka w rękę wokali Alicii, a ona choć śpiewa dość delikatnie a jednocześnie bardzo intymnie i zmysłowo. Tego po prostu chce się słuchać. Choć tekstowo jest dość średnio. Wiadomo, jak jest r’n’b to wiadomo, że będzie o miłości i całej reszcie. Słowa wpadają w ucho i zwyczajnie nie gryzą. Jest przyzwoicie i tyle.

Mimo tego „Girl on Fire” ma to, czego się spodziewać należy: świetną produkcję i wokal oraz klimat, który w tego typu muzyce jest najistotniejszy. Dla fanów zarówno Alicii jak i dobrej muzyki po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

Joe Cocker – Fire It Up

Fire_It_Up_400x400

Jest dość silna grupa weteranów, którzy działają od dłuższego czasu i choć niczym nie zaskakują, to nadal trzymają poziom i dzięki temu utrzymują się. Kimś takim jest 70-letni Joe Cocker – posiadacz jednej z najbardziej rozpoznawalnych chryp świata. Brytyjczyk po zaledwie dwuletniej przerwie pokazał się z nowym albumem. Czy można podziewać się czegoś nowego?

Zdecydowanie nie. Jeśli ktoś kiedykolwiek zetknął się z tym wokalistą, ten wie, że należy się spodziewać zarówno mocnej chrypy oraz dobrego rzemiosła. I tak też jest tutaj, utwory są zróżnicowane, nie brakuje zarówno spokojniejszych jak i bardziej dynamiczniejszych, co też jest zasługą doświadczonego producenta Matta Serletica, z którym Cocker współpracował już wcześniej. A zaczynam od singlowego tytułowego kawałka – energetyczny kawałek ze spokojnymi zwrotkami (stonowana gitara )oraz mocnym refrenem, gdzie Cocker popisuje się silną ekspresją w towarzystwie chórku. Energię tę czuć także w funkowym „I’ll Be Your Doctor”, ze świetnym żeńskim chórkiem oraz dęciakami – jeden z tych kawałków nadających się wręcz do tańca czy soulowym „Eye on the Prize”. Także „I Come in Peace” z dobrymi gitarami, eleganckim fortepianem broni się klimatem. Cała reszta to spokojniejsze, bardziej popowe brzmienie – elegancko aranżowane („You Love Me Back” ze smyczkami i gitarami), czasem idące w stronę akustycznych ballad („You Don’t Need a Milion Dollars” czy „Younger”), ale te wypadają dość słabo i nie mają tej energii co początek. Przyzwoicie zaś wypada „The Letting Go” (tu błyszczą grające solo trąbka i saksofon) oraz kończący album „Weight of the World” przypominające lekko początek płyty i wraca ten klimat.

Wokal Cockera to sprawdzona marka i albo się ją kocha albo nienawidzi. Nie brakuje mu ani pazura ani czucia i raczej się nie zmieni. Wspominałem, że to płyta z coverami? Nie? To właśnie mówię. Jedno pozostaje niezmienne – „Fire It Up” to dobra, choć nierówna płyta. Gdyby udało się zachować power z początku to byłoby bardzo dobrze. Ale to tylko zwykłe czepianie się, bo należy się cieszyć tym, co dostajemy. Więc fani mogą kupić w ciemno, reszta nie powinna być zawiedziona.

7/10

Radosław Ostrowski