Kolejne spotkanie Hasa z literaturą, która stanowiła punkt wyjścia dla wielu filmowców. Po „Pętli” Marka Hłaski przyszła kolej na „Pożegnania” Stanisława Dygata napisane w 1948 roku. I ku mojemu zaskoczeniu to zupełnie inny ton oraz nastrój od debiutu, ale w żadnym wypadku nie należy tego traktować jako wady.
Akcja zaczyna się latem roku pamiętnego 1939, kiedy jeszcze mało kto wierzył w wybuch wojny. Wszystko widzimy z perspektywy Pawła (Tadeusz Janczar), młodego chłopaka z wyższych sfer. Nie jest on w stanie znaleźć swojego miejsca na ziemi, nie wie czego chce, a jego pozycja społeczna bardziej działa jak balast. Może z nudów, może z chęci wyrwania się stąd idzie na dancing. Tam poznaje Lidkę (debiutująca Maria Wachowiak) – fordancerkę. Czyli osobę między tancerką a prostytutką, bardzo zdystansowaną, lekko cyniczną. A jednak coś zaczyna między nimi iskrzyć. Oboje wyjeżdżają poza Warszawę do niejakiej Podkowy Leśnej, wynajmują pokój w tamtejszym pensjonacie. Ale konwenanse i różnice klasowe (a także przybywający ojciec chłopaka) przerywają jakiekolwiek szanse na coś poważniejszego. Wtedy wybucha wojna, brutalnie zrywając wszystko.

Jednak „Pożegnania” to tak naprawdę dwie opowieści, będące historią miłosną. Has z Dygatem (także współautor scenariusza) pokazują dość trudną drogę dwojga ludzi – początkowo młodych, bardzo zdystansowanych, a jednocześnie czuć bardzo silną chemię tej pary. Te momenty przypominały mi podobne sceny z… „Niewinnych czarodziei” Wajdy. A potem mamy cięcie, mija pięć lat, niby jeszcze trwa wojna i są Niemcy. Ale oni są gdzieś tam w tle, praktycznie nieobecni, niewidzialni. Zaś losy tej dwójki znowu się przecinają – on naznaczony walkami wojennymi oraz krótkim pobytem w obozie koncentracyjnym, ona jako żona siostrzeńca hrabiny (Gustaw Holoubek). I wtedy znowu coś zaczyna iskrzyć, choć oboje mocno w to sobie tłumią, prowadząc niby rozmowy o niczym.

A jednak reżyser w sposób zadziwiająco delikatny umieszcza naszych niespełnionych kochanków w świecie, który rozpada się. Stary porządek, warstwy społeczne ulegają korozji i zburzeniu, zaś nowe jeszcze nie nadchodzi. Najdobitniej widać to w pałacu hrabiny Róży, który staje się miejsce azylu dla osób pozbawionych własnego domu czy w pozornie nieistotnej postaci lokaja (cudny epizod Saturnina Żurawskiego), który staje się właścicielem lokalu oraz zatrudnia Pawła jako kelnera. I Has wszystko to pokazuje bardzo subtelnie, niespiesznie, ze świetnie napisanymi dialogami, stylowymi czarno-białymi zdjęciami oraz rzadko pojawiającą się muzyką. Ten film płynie z tak naturalnym tempem, że można się kompletnie w tym zanurzyć.

W tym zanurzeniu także pomaga bardzo elektryzujący duet pierwszoplanowy, czyli bardzo wycofany (może nawet za bardzo) Tadeusz Janczar oraz bijąca mocnym blaskiem Maria Wachowiak. On bardzo niepewny, nieufny, wręcz załamany przez wojenne doświadczenia, z kolei ona początkowo wydaje się nieobliczalnym, nieskrępowanym żywiołem, choć z czasem ten wulkan jest bardzo wygaszony. Pozornie nie ma szans na to, by dało się z tego zbudować coś trwalszego, lecz zakończenie daje pewną otwartą furtkę. Równie dobry jest tutaj Holoubek, choć pojawia się bardzo krótko jako niby elegancki, spokojny, lecz równie niedopasowany, pragnący uciec człowiek. Pojawia się także masa barwnych epizodów, gdzie można rozpoznać m. in. Zdzisława Mrożewskiego (ojciec Pawła), Jaremę Stępowskiego (kelner) czy choćby Bogumiła Kobielę (hrabia Tolo). Każdy zapada tu w pamięci i nie ma miejsca na słabszy występ.

„Pożegnania” są dla kolejną niespodzianką, pokazującą nieoczywiste oblicze Hasa. Delikatnego, wrażliwego obserwatora, z czułością przyglądającemu zarówno parze młodych ludzi, będących w ciągłych etapach pożegnań. Ze złudzeniami, ideałami oraz dawnym światem, który może dać nadzieję na coś bardzo trwałego.
8/10
Radosław Ostrowski








