Wojna światów – następne stulecie

Grudzień roku 2000. Od 12 dni na Ziemi przebywają Marsjanie, którzy chcą podzielić się swoją wiedzą oraz technologią, jednocześnie podziwiając naszą kulturę. Tak przynajmniej twierdzi telewizja, której twarzą jest prowadzący niezależne wiadomości Iron Idem. Problem w tym, że jednak jego niezależność to fikcja, bo tuż przed wejściem na antenę dostaje nowy tekst do przeczytania. To zdarzenie zaczyna uruchamiać kolejne jak choćby porwanie żony i wszczepienie numerka, symbolizującego przyjaźń z Marsjanami. I to doprowadza do buntu bohatera.

Na hasło polskie kino SF wielu powie o „Seksmisji” czy niedawnym „Człowieku z magicznym pudełkiem”. Jednak na przełomie lat 70. i 80. swoje dzieła SF realizował Piotr Szulkin, dla którego ten gatunek był tylko kamuflażem. Bo reżyser wykorzystuje ten gatunek do skomentowania politycznej rzeczywistości. Niby film inspirowany jest – na co wskazywałby tytuł – powieścią Herberta George’a Wellsa, jednak klimatem jest tu bliżej do antyutopii George’a Orwella oraz późniejszych filmów Terry’ego Gilliama. Wszystko obserwujemy oczami Irona Idema, będącego pozornie ważną personą świata rozrywki. Społeczeństwo jest praktycznie ogłupiałe, ślepo posłuszne i pozbawione czegoś, co można nazwać wolną wolą, telewizory są praktycznie obecne wszędzie, zaś sami Marsjanie to kurduple żądne miłości… i krwi. Wręcz do ostatnie kropli ludzkiego organizmu. Groteskowe oraz przerażające jednocześnie – taki jest świat Szulkina.

Reżyser nie skupia się na widowiskowości czy efektach specjalnych, tylko podporządkowuje całość wizji świata. Nadzieja zrobiła sobie tam wolne, ustępując miejsca manipulacji i kłamstwu. Te ostatnie pomagają wykreować rzeczywistość pokazaną w mediach. Tam można pokazać wydarzenia, które nie miały miejsca, zostały wcześniej wyreżyserowane (scena procesu Idema czy niby lamentujące kobiety) albo mają inny kontekst. Kwestia stosowania mediów jako propagandowej tuby spowodowało, że „Wojna światów” zyskała bardziej uniwersalny charakter. To, jak łatwo zniewolić człowieka oraz uzależnić od mediów pokazują zarówno ostre słowa Starego – jedynego buntownika, jak i scena snu, kiedy Idem wyżala się w konfesjonale, ale otwierając go widzi… telewizor. Już tutaj widać jak silne jest uzależnienie od tego małego ekraniku, gdzie wszystko, co jest powiedziane jest jedyną prawdą. I jeszcze ci wmawia, że możesz tam zadzwonić i powiedzieć, co myślisz. A system tutaj wygrywa z każdym, jakakolwiek próba buntu jest skazana na klęskę. Wszystko to podkreślają mocne, wręcz czasami brutalne dialogi, mocno stonowane, pełne błękitnych filtrów zdjęcia oraz wręcz agresywna muzyka elektroniczna. Jedyne, co mocno frapuje to zakończenie nie dające jednoznacznej odpowiedzi i wywołujące zamęt – to oznaka buntu czy uległości? Nie wiem.

No i jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane. Kompletnie zaskoczył mnie Roman Wilhelmi w roli Idema. Wydawałoby się, że z taką aparycją będzie to śliski typ, karierowicz i oportunista. Tak naprawdę to człowiek bierny, świadomy sterowania oraz tego, jaki wpływ ma na innych (mocna mowa w trakcie koncertu), ale w trakcie swojej podróży dojrzewa do buntu. Bardziej wewnętrznego niż powiedzmy fizycznej walki, jednak trzeba od czegoś zacząć. Śliskim karierowiczem jest tutaj szef w wykonaniu wybornego Mariusza Dmochowskiego, który wie więcej niż mówi i nie zamierza się zwierzać. Tutaj nawet drobne epizody są bardzo wyraziste: od adwokata (Jerzy Stuhr) przez pracownika wodociągów (Janusz Gajos) i prostytutkę (Krystyna Janda) aż po policjanta (Zbigniew Buczkowski).

Wydawałoby się, że ta wizja przyszłości proponowana przez Szulkina zostanie reliktem skostniałej przeszłości, a jej zakorzenienie w PRL-u będzie niezbyt strawnym przeżyciem. Jednak czas nadał „Wojnie światów” nowych znaczeń i sprawił, że jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Mocne doświadczenie oraz przykład, że nie trzeba wiele do realizacji ambitnego SF.

8/10

Radosław Ostrowski

Rejs

Trudno mierzyć się z filmami, które w pewnych kręgach uznawane są za pozycje kultowe. Zwłaszcza, jeśli się nie widziało ich w dniu premiery (bo nie było się wtedy na świecie) albo z powodu dużej nieświadomości kinomana. Dlatego z pewnymi obawami zmierzyłem się z (podobno) komedią Marka Piwowskiego, gdzie połowa materiału została wycięta przez cenzurę. Może to miało wpływ na status kultu czy pewnego niezrozumienia. Więc jak jest naprawdę?

rejs1

Punktem wyjścia jest moment, gdy gapowicz wchodzi na statek płynący przez Wisłę. Kapitan robi z niego specjalistę od spraw kulturalno-oświatowych (kaowiec), który próbuje zorganizować życie kulturalne. Dzień kapitana, tańce, śpiewy – wszystko to sprawia wrażenie scen improwizowanych, gdzie fabuła bardzo, bardzo luźno idzie z punktu A do B. Tylko, że fabuła praktycznie nie istnieje, gdzie humoru oparty jest z jednej strony oparty na absurdalnych dialogach, pełnych nowomowy oraz dowcipnych monologach (wypowiedź o kondycji polskiego kina i różnicach między filmem krajowym a zagranicznym – dzisiaj troszkę zdezaktualizowała, chyba), z drugiej na scenach z muzyką Kilara wyglądających jak żywcem wzięte z kina niemego (widzimy ruch ust, ale nie słyszymy słów), opartych na prostych gagach jak podczas „zniknięcia” kiełbasy przez… wędkę czy sceny surrealistycznych układów tanecznych.

rejs3

Wszystko to jest tylko spojrzeniem na kraj, gdzie dowódca jest zdezorientowany, a rządzą tak naprawdę drobni spryciarze, potrafiącym manipulować i kierować ludźmi przy władzy. Dla mnie problemem jest czas trwania (niecała godzina) i mocna ingerencja w bardzo poszatkowaną fabułę. Żałuję, że nie zachowało się więcej materiału, bo było tutaj naprawdę duże pole do popisu, by pewne wątki rozwinąć (śledztwo w sprawie napisu w damskiej toalecie czy rozbudowanie zgaduj-zgaduli) czy interakcji kaowca z resztą pasażerów. Jeszcze to bardzo urwane zakończenie, gdzie statek płynie dalej.

rejs2

Tylko dokąd płynie ten tańczący i bawiący się okręt (czy tylko mi to troszkę przypomina – może na siłę – chocholi taniec z „Wesela”?) przez noc? A wszystko to bardzo dobrze zagrane w sporej części przez amatorów jak Jan Himilsbach (Sidorowski) czy Andrzeja Dobosza (Filozof). A najbardziej zapada w pamieć Zdzisław Maklakiewicz jako inżynier Mamoń.

rejs4

Szkoda, że ten „Rejs” kończy się tak szybko, zwłaszcza że będący przewodnikiem w tym szaleństwie Stanisław Tym bardzo dobrze się odnajduje w postaci fałszywego kaowca. Trafny portret epoki (zakłamanie, bierność, brak jakiegokolwiek buntu) pełzający w oparach absurdu. Poczucie humoru zdecydowanie nie dla wszystkich.

7/10

Radosław Ostrowski