Anderson Bruford Wakeman Howe – Anderson Bruford Wakeman Howe

Anderson_Bruford_Wakeman_Howe

W 1988 roku doszło do rozłamu w zespole Yes. Porażki odnoszone przez grupę kierowana przez Trevora Rabina (album „Big Generator”) doprowadziły do tego, że Jon Anderson opuścił grupę i skrzyknął kumpli z czasów świetności zespołu: klawiszowca Ricka Wakemana, perkusistę Billa Bruforda oraz gitarzystę Steve’a Howe’a. Tak narodziła się supergrupa Anderson Bruford Wakeman Howe, która nagrała tylko tą jedną, studyjną płytę.

I ten album jest najciekawszą płyta Yes z lat 80., nie wydana pod tym szyldem. Jednak na pierwszym planie wybijają się przestrzenne klawisze Wakemana oraz kompozytorskie zacięcie Andersona. Słychać to juz w otwierającym całość 3-częściowym „Themes”, które jeszcze pachnie latami 80., jednak zarówno mocne ciosy Bruforda oraz gitarowy riff Howe’a (pod koniec tego utworu) przypomina stare Yes z czasów świetności, choć zrealizowane w czasach komercyjnego sukcesu grupy. Mroczne „Fist of Fire” z egzotycznymi klawiszami Wakemana (czasami zbyt ostrymi) oraz bardziej elektroniczna perkusją. Ale po tym pojawia się perła – 10-minutowy „Brother of Mine” z pięknym wstępem oraz bardzo łagodną gitarą Howe’a buduje liryczny nastrój. Fortepian brzmiący troszkę orientalnie oraz dynamiczna gitara Howe’a świetnie się uzupełniają, by pod koniec zaserwować pozytywną energią. W bardziej orientalnym tonie utrzymany jest „Birthright” z mocną perkusją, akustyczną gitarą (środek, gdzie są przestrzenne klawisze oraz riff elektryczny), a wyciszający „Meeting” działa bardzo kojąco. Podobnie jak druga perła – gitarowy „Quartet”, który po 3 minutach staje sie bardzo przyjemną kompozycją (imitacja trąbki), „karaibska” w klimacie „Teakbois” (pod koniec afrykańska perkusja oraz świetny chóralny śpiew – to trzecia perła) czy kolos „Order of the Universe” – Howe gra jak z nut, a Wakeman nie przesadza. A całość wieńczy gitarowy „Let’s Pretend”.

Jednak w 2011 roku wyszła reedycja tej płyty zawierająca drugi krążek z dodatkowym materiałem (innymi wersjami utworów z tej płyty), co jest interesującym smaczkiem. Nie zmienia to faktu, że grupa pod wodzą Andersona tworzy interesującą i najciekawszą płytę w dorobku Yes grupy, na co mają świetne teksty oraz pozytywna energia wybuchająca z całości.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Yes – Heaven and Earth

Heaven_and_Earth

Nie spodziewałem się, że jeszcze będę przesłuchiwał płytę zespołu Yes. Wydawało mi się, że po wyrzuceniu Andersona ta grupa może nie mieć żadnego sensu. Jakby tego było grupę opuścił nowy wokalista, Benoit David z tego samego powodu, co Anderson (pamiętajcie: jeśli chcecie zostać wokalista Yes, nie możecie chorować). Ale panowie White, Squire, Howe i Downes wybrnęli z sytuacji znajdując nowego frontmana – 43-letniego Jona Davisona, który nawet ma zbliżony wokal do Andersona. I w tym składzie wydali nowy, 21 album.

Tym razem za produkcję odpowiadał doświadczony Roy Thomas Baker, który współpracował z takimi legendami jak Queen, Nazareth czy ostatnio Guns’n’Roses (do dziś nie wybaczono mu tego). Osiem kompozycji i pierwszą rzeczą uderzającą jest… delikatność brzmienia, podkreślane przez spokojną grę klawiszy oraz gitary akustycznej. I trzeba przyznać, że brzmi to naprawdę nieźle, miejscami wręcz odprężająco jak w „Believe Again” z bardzo ładnymi klawiszami. Z tej delikatności czasami wyrywa się gitara Steve’a Howe’a (czasami grająca nastrojowo i podporządkowana reszcie), która gra tak jak właściciel potrafi, a potrafi bardzo, co pokazuje choćby w „The Game” (zwłaszcza środek). Bas z perkusją też robią swoje, co najbardziej słychać w takich lekkich piosenkach jak „To Beyond” ze skocznymi klawiszami czy skręcający w stronę bluesa niezły „In a World of Our Own” czy bardziej popowym „It Was All We Knew”, jednak na szczęście dostajemy mocny finał w postaci 9-minutowego „Subway Walls”, gdzie każdy ma szanse się popisać swoimi umiejętnościami.

O wokalu Davisona powiedziałem, że przypomina trochę Andersona, tylko jest bardziej wyciszony i spokojniejszy, ale bardzo dziwacznie pasuje do tego nowego Yes. Choć trochę miałem wątpliwości, to jednak jest to nadal Yes. Trochę bardziej stonowane, ale nadal progresywne, wciągające, melodyjne i kreatywne. Jest to naprawdę porządna płyta, którą można przesłuchać w celu wyciszenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – XXX

XXX

When I’m gone, do this thing for me,
For this is my final day, and you know I would not joke,
So bury me in willow, not in oak.

Każdy gatunek muzyczny ma swoją supergrupę, czyli zespół składający się z indywidualistów grających wcześniej w innych zespołach. W rocku prograsywnym takim zespołem jest brytyjska Asia. Z okazji 30-lecia działalności scenicznej, ukazał się nowy materiał „XXX”.

Zespół nagrał go w pierwotnym składzie: klawiszowic Geoff Downes (The Buggies, obecnie Yes), giatarzysta Steve Howe (Yes), perkusista Carl Palmer (Emerson, Lake and Palmer) oraz basista i wokalista John Wetton (King Crimson). Silne indywidualności, które znów się zetknęły pięć lat temu. Każdy z nich pokazuje na co ich naprawdę stać. Ale ich muzyka wyprodukowana przez Mike’a Paxmana (Uriah Heep, Status Quo) brzmi bardziej nostalgicznie i dojrzalej. Zespół łączy stare brzmienia z lat 80-tych (najbardziej to słychać w klawiszowych partiach Downesa), a jednocześnie jest bardzo wyrafinowany i dość dojrzały. Każdy z muzyków pokazuje na co ich stać i tworzy bardzo nastrojowe kawałki („Burn Me in Willow”,”Faithful” czy kapitalna ballada „Ghost of a Chance”), ale jednocześnie bardzo energetycznej i dynamicznej („No Religion” czy otwierający „Tomorrow the World”). Refreny są chwytliwe i wpadające w ucho (najbardziej to słychać w rozpisanym na głosy „Reno (Silver and Gold)”, ale pojawiają się w każdym kawałku) i po prostu chce się do nich wracać. A co najważniejsze żaden z muzyków nie narzuca się, tylko uzupełniają się i tworzą bardzo spójną całość, nawet jeśli wyczuwa się podobieństwo do Yes.

Wokal Wettona jest naprawdę mocny i idealnie pasuje do każdego utworu. Nie ważne czy rozmyśla o śmierci („Burn Me in Willow”), miłości („Face on the Bridge”) czy o życiu, jest maksymalnie przekonujący. Tak samo w tekstach, które są naprawdę kawałkiem dobrego pióra. Słowo „banał” muzykom jest obce, za co należy im się chwała.

Mówiąc krótko, „XXX” podziałała na mnie bardziej niż ostatnia (udana) studyjna płyta zespołu Yes. Asia zaskakuje dojrzałością i dużą dawką energii, której muzykom z takim stażem zaczyna brakować. Kolejny przykład żywotności progresywnych brzmień.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Asia – Omega

Omega

Po dłuższej przerwie Asia wróciła w pierwotnym składzie odcinając się totalnie od tego, co się działo w latach 90. Powrót w czteroosobowym, pierwotnym okazał się strzałem w dziesiątka, a płyta „Phoenix” przywróciła ich do łask. A jak wiadomo, trzeba iść za ciosem i po dwóch latach wyszedł następny album.

Tym razem dla wytwórni Frontline Records i pod okiem producenta Mike’a Paxmana, który współpracował m.in. z zespołami Status Quo i Uriah Heep. Czy coś się brzmieniowo zmieniło? Nie. Nadal to głównie dynamiczne rockowe granie, okraszone progresywnymi sztuczkami, co potwierdza już otwierająca całość “Finger on the Trigger”. Ale Asia to nie tylko dynamiczne hiciory do podbijania radiowych stacji, każdy z członków świetnie gra na swoim instrumencie i wokal Wettona jest naprawdę dobry. Problem jednak polega na jednym, ale poważnym drobiazgu: nic nowego tutaj nie ma i powoli czuć z tego powodu pewne znużenie. A ballady, choć dość spokojne („Ever Yours” z ładną gitarą akustyczną), działały dość usypiająco, choć zdarzają się pewne drobne momenty przyjemności (fortepian, smyczki oraz solówka Howe’a w „Listen, Children” czy lekko bluesowe „Emily”), jednak trzeba przyznać, że to naprawdę solidnie zrobiona płyta. Jednak muszę się przyznać, że „Phoenix” bardziej na mnie podziałał. Ale „Omega” tez jest całkiem niezła.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Phoenix

Phoenix

Asia po wielu latach grania pozostawała jednym z popularnych zespołów progresywnych brzmień, jednak po odejściu z podstawowego składu prawie wszystkich członków, wielu fanów grupy wracało do dwóch pierwszych płyt, nie do końca akceptując Johna Payne’a na wokalu. Dlatego w 2006 roku, jedyny członek grupy działający od początku, klawiszowiec Geofff Downes postanowił dokonać restartu grupy i tak nastąpiła reaktywacja. Wrócili wokalista i basista John Wetton, perkusista Carl Palmer oraz gitarzysta Steve Howe. I dwa lata później wyszedł nowy album starej grupy, pod wiele mówiącym tytułem „Phoenix”. Czyżby rzeczywiście nastąpiło odrodzenie?

Za produkcję pierwszego od 25 lat albumu Asii w pierwotnym składzie odpowiadał sam zespół oraz Steve Raspin (współpraca m.in. z Fishem), a oczekiwania były naprawdę duże. Ale już otwierający całość „Never Again” pokazuje, że to stara, dobra Asia. Wyraziste gitarowe riffy Howe’a (czasami łkająca), mocna i dynamiczna perkusja, chwytliwy bas oraz klawiszowe popisy dają dwie rzeczy, za które zespół był kochany: chwytliwe melodie, podniosłe (wręcz chóralne śpiewane) refreny i świetny głos Wettona. Nie brakuje także ładnej akustycznej gitary („Nothing’s Forever”), delikatnego fortepianu („Heroine”), dziwacznej elektroniki (prawie 8-minutowa suita instrumentalne „Sleeping Giant” z piękną wokalizą, proste „No Way Back” z bluesową gitarą i krótkie „Reprise”, czyli powtórka z początku kompozycji), klarnet (piękne „I Will Remember You”) czy wiolonczelę („An Extraodrinary Life”). Innymi słowy, jest tutaj naprawdę jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej, zaś godzina trwania mija bardzo szybko i przyjemnie.

Asia wraca do swojej wielkiej formy i nagrała swój najlepszy album od początku swojej kariery, będący destylatem tego, co najlepsze. A czy dalej było równie dobrze jak po „Phoenix”? Will see.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aqua

Aqua

Po wydaniu dwóch płyt w zespole Asia doszło do rozpadu. W 1990 roku doszło do reaktywacji grupy, ale ze zmienionym składem. Wrócił Steve Howe, Carl Palmer i Geoff Downes. Ciężko chorował John Wetton, którego zastąpił nowy basista i wokalista John Payne i doszedł drugi gitarzysta Al Pitrelli. W takim składzie w 1992 roku powstał kolejny album „Aqua”.

Tym razem za produkcję odpowiada Geoff Downes razem z Johnnym Warmanem – bardzo uznanym autorem tekstów i piosenkarzem. Tym razem efekt był dość zaskakujący. Album zaczyna i kończy instrumentalna „Aqua” podzielona na dwie części – delikatna gra gitar akustycznych i klawiszy. A potem pojawia się „Who Will Stop the Rain?” – znacznie delikatniejsze klawisze, piękne solo gitary akustycznej w połowie (słychać robotę Howe’a), surowa gitara elektryczna i na koniec pewien „etniczny” wokal. A dalej jest jeszcze ciekawiej i równie przebojowo, bo stylistycznie niespecjalnie się zmieniło (poza mocniejszą i zadziorniejszą gitarą). Jednak grupa zaczyna się otwierać się na inne gatunki – mamy mocno bluesowe „Back in Town”, „Love Under Fire” z plumkajacymi klawiszami udającymi harfę, nastrojowe „Crime of the Heart” ze smyczkami na poczatku czy mocno rockowe „Someday” ze spokojniejszym środkiem, co przypomina bardziej progresywne brzmienia. Ale im dalej, tym trochę mniej ciekawiej i pojawia się prosta naparzanka gitarowa („Little Rich Boy”), zaś ballady pokroju „The Voice of Reason” oparte w całości na gitarach wywołała we mnie znużenie (poza końcówką).

A jak wypada sam wokal Johna Payne’a? Jest taki bardziej amerykański i bardziej rockowy, co w mocniejszych numerach się sprawdza, ale bardziej „wbił” mi się w głowę Wetton. Także dość proste teksty sprawdzają się bez poważnych zastrzeżeń.

Ku mojemu zaskoczeniu „Aqua” okazała się porządna płytą z dobrymi melodiami, bardziej agresywnym brzmieniem oraz całkiem interesującym wokalistą. Nie brakuje tutaj odrobiny przełamywania barier i zabawy z innymi gatunkami, ale Asia nie zmieniła znacząco swojego stylu. I chyba dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Alpha

Alpha

Debiutancki album supergrupy Asia odniósł nieprawdopodobny sukces komercyjny. Kwartet postanowił pójść za ciosem i po roku wydał drugi album „Alpha”, a skład (także produkcyjny) nie uległ poważniejszym zmianom. Czyżbyśmy dostali to samo, co przedtem?

Jeśli chodzi o przebojowość, to absolutnie tak. Nadal jest to chwytliwy i melodyjny pop rock, okraszony progresywnymi wstawkami. I każdy robi swoje: widać większy wspływ tutaj klawiszy Downesa oraz sekcji rytmicznej, a gitara Howe’a jest gdzieś tam w tle (najbardziej się wybija w „Never in a Million Years”). Elektronika nadaje tutaj elegancji czy baśniowości (balladowe „The Smile Has Left Your Eyes”) oraz wspólnie śpiewane chórki. Perkusja nadal wyczynia nieprawdopodobne uderzenia, pojawi się też gitara akustyczna („My Own Time”) i to wszystko tworzy bardzo pogodny, wręcz ciepły klimat. Nie brakuje też rozmachu (“The Heat Goes On” z potężną perkusją, złożoną elektroniką oraz ostrzejszą gitarą z delikatniejszym środkiem), chwytliwości, przebojowości (praktycznie każdy numer) oraz delikatnych dźwięków fortepianu („The Last to Know”). To wszystko powoduje, że „Alphy” słucha się więcej niż bardzo dobrze. Mi trochę brakowało gitary Howe’a (nic dziwnego, że po tym albumie opuścił grupę), ale wokal Johna Wettona (trzyma formę i jakoś nie chce jej opuścić) oraz naprawdę dobre teksty powodują, że jest to naprawdę bardzo dobra płyta. Do przesłuchania bardzo gorąco namawiam.

8/10

Radosław Ostrowski

Asia – Asia

Asia

Kiedy w 1982 roku powstała grupa Asia, spodziewano się kolejnego świetnego zespołu grającego rocka progresywnego. Te wymagania nie wzięły się znikąd. Wystarczy spojrzeć na członków tej grupy. Steve Howe – gitarzysta, wcześniej członek zespołu Yes. Geoff Downes – klawiszowiec grający wcześniej w popowej grupie The Buggles, pracował z Yes przy albumie „Drama”. Carl Palmer – perkusista, znany z grupy Emerson, Lake & Palmer. No i wokalista i basista John Wetton – członek m.in. King Crimson. Musiało powstać coś wielkiego, ale chyba fanom w/w grup chyba nie o to chodziło.

Za produkcję „Asii” odpowiadał Mike Stone, który wcześniej współpracował m.in. z Queen czy Journey. A skąd wziął się szok? Ponieważ zespół złożony z tak wybitnym indywidualności zaczął grać prostą, wręcz pop-rockową muzykę, która nie mogła dorównywać dorobkowi Yes czy ELP. Ale wiecie na czym polega dowcip? Po pierwsze, piosenki są bardzo melodyjne i chwytliwe. Po drugie, nie brzmi to tandetnie i plastikowo, a każdy z muzyków daje z siebie wszystko. Howe bardzo pięknie gra na gitarze, gdy trzeba zrobić mocną solówkę, robi ją. Delikatne i przyjemne klawisze Downesa pachną popem (balladowe „Without You”), ale jest to bardzo piękne. Sekcja rytmiczna ma tutaj swoje momenty i potrafi zaskoczyć (początek i koniec „Time Again”, gdzie perkusja dowala do rytmu gitary i klawiszy czy „Wildest Dreams”), a aranżacje są tu naprawdę dopieszczone, choć skrojone pod radiowe wymagania. Każdy utwór na tej płycie ma potencjał hitowy, którego zazdrościły inne zespoły (z nieśmiertelnym utworem „Heat of the Moment”).

Świetne chórki, mocny wokal Wettona oraz całkiem niegłupie teksty wnoszą Asie na wyższy poziom, choć nic tego nie zapowiadało. Mógłbym wymienić każdy utwór po kolei i rozłożyć na czynniki pierwsze, ale mamy do czynienia tutaj ze świetnymi muzykami, którzy postanowili nagrać prosta i przyjemną muzykę. A to pozornie jest tylko łatwą kwestią niż zrobienie progresywnego kolosa. Im się udawało przez dłuższy czas, a debiut jest absolutnie udany i mimo lat nie chce się zestarzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Świetna okładka po prostu.

Yes – Fly from Here

Fly_from_Here

Wydawało się, że zespół Yes pozostanie grupą koncertową. Aż tu nagle w 2011 roku pojawiła się informacja, że zespół Yes wraca z nową płytą. Tylko, że po drodze zrobiło się bardzo nieprzyjemne zamieszanie. Najpierw wrócił Rick Wakeman, potem odszedł (zastąpił go jego syn, Oliver – później on też odchodzi), ale w 2008 roku wokalista Jon Anderson dostał ataku astmy, co zmusiło zespół do koncertowej przerwy. Pozostali członkowie na zastępstwo wybrali nowego wokalistę Benoita Davida, po czym… podziękowali Andersonowi za współpracę i wyrzucili go z zespołu. Panowie, tak się nie robi. W dodatku znów zaprosili do współpracy Trevora Horna (został producentem) oraz klawiszowca Geoffa Downesa (Asia), który został nowym członkiem grupy. Obaj panowie współpracowali już przy płycie „Drama” i w tym składzie, ruszyli do studia. Tak powstało „Fly from Here”. Jaki jest tego efekt?

To Yes środka, czyli melodyjnie i chwytliwe, nie bez potencjału przebojowego. Sam początek to tytułowa suita (owertura i pięć części), którą Horn i Downes napisali już w 1980 roku. Więc po kolei. Uwetura to przede wszystkim popisy Downesa, pełne różnych efektów dźwiękowych oraz wspierającej pod koniec gitary Howe’a. Krótkie, ale przyjemne. Pierwsza część – „We Can Fly” – miała największy potencjał „hitowy”. Rytmiczne zgranie Howe’a, Squire’a i White’a oraz proste dźwięki klawiszy stworzyły mieszankę wybuchową. Bardziej wyciszony „Sad Night at the Airfield” wyróżnia się pięknym gitarowym wstępem Howe’a, jednak w refrenach dołącza sekcja rytmiczna oraz fortepian, bardzo melancholijny. „Madman at the Scenes” to bardziej rozbudowana melodia z owertury, zachowująca brzmienie i konstrukcję ze świetnym zgraniem sekcji rytmicznej oraz szybkimi solówkami Howe’a połączonymi ze wspólnie śpiewanym refrenem. „Bumpy Ride” to skoczna gra klawiszy z gitarą, gdzie pod koniec pojawia się wokal, zaś na sam koniec dostajemy podniosła powtórkę refrenu „We Can Fly”. W częściach II-V w tle przewijają się odgłosy pilota.

Następne utwory już nie robią aż takiego wrażenia. Wadą nie jest ich prostota czy chwytliwość, ale brak ciekawych pomysłów i pewna monotonia. „The Man You Always Wanted To Be” z wokalem Squire’a w zwrotkach (całkiem niezłym) z całkiem fajną gitarową melodią na początku staje się bardziej popowa (bronią się jeszcze bębenki). „Life on a Film Set” to podzielona na dwie części kompozycja. Pierwsza – spokojna i wyciszona (prosta gitara Howe’a), ale w połowie dołączają sekcja rytmiczna oraz klawisze, nadając dynamiki. Z kolei spokojniejszy „Hour of Need” (tutaj poza Davidem wokalnie udzlia się Squire i Howe) oraz instrumentalny „Solitaire” mnie wynudziły. Ale nadzieja wróciła wraz z dynamicznym finałem, czyli „Into the Storm”, gdzie Squire i Howe znów pokazują na co ich stać (zwłaszcza Howe pod koniec).

Nie wspomniałem o jednej postaci, czyli Benoit Davidzie. Powiedzmy sobie to wprost – Jona Andersona nie da się przebić, ale David nie próbuje go w żaden sposób imitować, tylko śpiewa po swojemu. I radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Także teksty są solidne i nie przeszkadzają.

Jedno nie ulega wątpliwości – „Fly from Here” będzie dzieło fanów grupy Yes. Starych zasmuci odejście Andersona, nowych może zachęcić melodyjność i chwytliwość. I jest to zaledwie dobry album.

7/10

Radosław Ostrowski

Yes – Magnification

Magnification

Po nagraniu udanego “Laddera” z zespołu odeszli Billy Sherwood oraz klawiszowiec Igor Koroszew (skandal seksualny) i zespół zaczął działalność w czteroosobowym składzie bez klawiszowca. Ale ekipa wpadła na pomysł nagrania płyty z orkiestrą symfoniczną, która by zastąpiła klawisze (pod batutą Larry’ego Groupe’a). I tak powstało „Magnification”.

Mogę powiedzieć jedno – drugi album z orkiestrą jest dużo lepszy od pierwszego podejścia („Time and a Word”) i wyciągnięto wnioski, a zgranie zespołu z orkiestrą jest znacznie silniejsze (w końcu zastępuje syntezatory). Zespół jednak odcina się zarówno od swojego brzmienia z lat 70-tych, ale też nie próbuje nagrać kolejnego przeboju w stylu „Owner of a Lonely Heart”. Ale jednocześnie słychać kto jest autorem tej płyty – tej gry gitary Howe’a, basu Squire’a czy uderzeń perkusji nie można pomylić. Ale to zgranie z orkiestrą, pozwala zespołowi pokazać się trochę z lepszej strony – Howe często gra na gitarze akustycznej (początek „Dramtime” czy piękny „Soft As a Dove”), Anderson śpiewa pięknie i czysto, zaś Squire ma szansę wykazać się jako wokalista (delikatne i zwiewne „Can You Imagine”). Także konstrukcja albumu porywa. Od mocnego uderzenia (epicki utwór tytułowy oraz bardzo dynamiczny „Spirit of Survival” z mocnymi uderzeniami perkusji oraz gwałtownymi brzmieniami orkiestry) przez kulminacje („Give Love Each Away” i „We Agree”) przeplatane z przerywnikami („Don’t Go”, „Can You Imagine” i „Soft As a Dove”), kończąc całość dwoma potężnymi kompozycjami. Najpierw jest dynamiczny i żywiołowy „Dreamtime” oraz bardziej stonowany „In the Precence Of”, który przypominał trochę „And You And I”. Obydwa pokazują niesamowita formę grupy oraz umiejętność tworzenia bardzo emocjonalnych kompozycji. Na sam koniec dostajemy wyciszająca kodę „Time is Time”.

W zasadzie trudno przyczepić się do jakiegokolwiek utworu z tej płyty, bo każdy utwór jest przynajmniej dobry. Yes weszło w XXI wiek z kopyta oraz silną energią. Jeśli panowie nie będą ze sobą się sprzeczać, dalej mogą osiągnąć wielkie rzeczy. Czy można postawić ten album obok wielkich klasyków z lat 70-tych? Nie. Ale nie zmienia faktu, że to najlepsza płyta grupy od czasów „Talk”. Znakomite wydawnictwo.

8/10

Radosław Ostrowski