Yes – The Ladder

The_Ladder

Po kompletnie nieudanym “Open Your Eyes” zespół Yes próbował pogodzić się z Wakemanem (nic z tego nie wyszło) i ograniczyli role Billy’ego Sherwooda do gry na gitarze. Jako klawiszowiec dołączył Igor Choroszew, który już kręcił się wokół zespołu przy pracy nad poprzednią płytą. I w tym pięcioosobowym składzie, na pożegnanie XX wieku zespół poszedł do studia i nagrał „The Ladder”.

Tym razem za produkcję odpowiadał Bruce Fairbairn, znany ze współpracy m.in. z AC/DC, Aerosmith, Scorpions czy The Cranberries. Co gorsza, Fairbanks zmarł po ukończeniu nagrań. Efekt jest dość zaskakujący, co pokazuje już otwierająca całość prawie 10-minutowa suita „Homeworld” – delikatne klawisze (mocno przypominające dokonania Wakemana), ładna linia melodyczna, świetna gra sekcji rytmicznej oraz popisy gitarowe (zwłaszcza w środku). Jest przebojowo (na końcu delikatna koda zagrana przez Choroszewa i Andersona + podmuchy wiatru), czyli tak jak być powinno przy poprzedniku, tylko nie wyszło. Cała pierwsza część płyty jest bardzo chwytliwa i przebojowa, a jednocześnie bardzo nastrojowa (lekko orientalne „It Will Be a Good Day” czy bardzo latynowskie – przez gitarę – „Lightning Strikes” z echem Andersona oraz bardzo tanecznym rytmem, lekko plastikowym). Nie brakuje też odniesień do poprzednich płyt (latynowski „Can I” odnosi się do „We have heaven” z „Fragile” czy linia basu w „New Language” przypominająca tą z „Roundabont”) i brzmi to naprawdę przyzwoicie. Dalej jest różnie (podniosłe i lekko popowe „If Only You Knew”), nie brakuje ciekawych patentów (sitar na początku „To Be Alive” – dalej nie jest tak fajnie, solówka Howe’a w „Finally” czy instrumentalne popisy w „New Language”), ale dalej brakuje ikry, zas solówki gitarowe Sherwooda mocno psują efekt (rockowo-reggae’owy „The Messanger”).

Całkiem nieźle sobie radzi Jon Anderson na wokalu, choć w paru miejscach czuć pewne zmęczenie („The Messanger” czy „Finally”), ale nie wypada fatalnie. Także teksty trzymają całkiem przyzwoity poziom. „Drabina” okazała się naprawdę udana płytą i zespół powoli wchodził w XXI wiek. I wszedł w mocnym stylu. Ale to temat na inna historię.

7/10

Radosław Ostrowski


Yes – Open Your Eyes

Open_Your_Eyes

Po płycie „Talk”, która okazała się kasową porażką, zespół Yes opuścił Trevor Rabin i Tony Kaye. Za to wrócił Steve Howe, zaś dołączył jako klawiszowiec Billy Sherwood, którego od lat Chris Squire próbował przeforsować jako nowego wokalistę grupy po założeniu grupy Anderson Wakeman Bruford Howe. I z takimi siłami, zespół poszedł do studia i nagrał „Open Your Eyes”, za którego produkcję odpowiadał zespół.

Efekt jest szczerze mówiąc taki sobie, tworząc Yes środka, czyli niezbyt skomplikowane brzmienia oraz próby bardziej chwytliwego grania, co nie do końca wypala. Bo zachwycają raczej pojedyncze fragmenty niż całe kompozycje (orientalne klawisze w „Man in the Moon” czy solówki gitary w „Wonderlove”), ale brakuje tutaj jakiegoś przebojowego materiału, jeśli zespół zdecydował się wybrać tą ścieżkę. Czymś takim mógłby być utwór tytułowy, gdyby powstał jakąś dekadę wcześniej. Czymś takim nie mogła być „From the Balcony”, bo była za spokojna (tylko Anderson i gitara Howe’a – akustyczna), także tandetne „Love Shine” bardziej zniechęca niż zachęca. Jednak najgorsze zespół zaserwował nam na sam koniec – ponad 20-minutowy „The Solution”. Tak naprawdę piosenka trwa jakieś sześć minut, zaś reszta to posklejane dźwięki ptaków i morza. Kompletna strata czasu. Nawet Anderson nie sprawdza się jako wokalista.

Nie jest to najgorszy album w historii grupy, ale jest bardzo blisko tego rezultatu. Przynajmniej da się tego przesłuchać, ale jakość kompozycji pozostawia wiele do życzenia.

4/10

Radosław Ostrowski

Yes – Union

Union

Po wydaniu płyty „Big Generator” doszło do rozłamu w grupie. Jon Anderson opuścił Yes i razem z byłymi członkami założył grupę Anderson Bruford Wakeman Howe, zas pozostała część grupy działała pod wodzą Chrisa Squire’a (Andesona zastąpił Billy Sherwood). I zdarzył się cud, gdyż byli i obecni członkowie grupy Yes w tym samym czasie korzystali z tego samego studia nagraniowego. Panowie doszli do wniosku, żeby połączyć siły i razem nagrać nowy album. Tak powstał „Union”.

Ośmiu muzyków nagrywało niezależnie od siebie kompozycje, za których produkcje odpowiadał m.in. Jonathan Elias, Billy Sherwood czy Mark Mancina. Producenci potem przejęli nagrania i zmontowali bez zgody muzyków (to tłumaczy udział ponad 20 muzyków sesyjnych!). Efekt – najgorsza płyta w dorobku grupy. Nadal pop-rockowa, jeśli chodzi o dokonania Squire’a (ta formuła powoli zaczęła się wypalać, co najdobitniej pokazuje „Miracle of Life”) i jeszcze bardziej plastikowa, zaś kompozycje Andersona też nie powalają, choć brzmią trochę lepiej (najbardziej wyróżnia się „Without Hope You Cannot Start The Day” z eleganckimi klawiszami oraz szybkimi solówkami Howe’a) czy „Silent Talking” (klawisze z rozmachem plus zadziorna gitara). I nawet miniaturki Howe’a („Masquarade”) i Bruforda („Evensong”) nie są w stanie uratować tej płyty.

Słusznie uznaje się „Union” za kompletną porażkę. Absolutnie nie warto.

Radosław Ostrowski

 

Yes – Drama

Drama

Po płycie „Tormato” doszło do poważnego rozłamu w zespole Yes. Grupę opuścił nie tylko Rick Wakeman, ale też Jon Anderson, co było sporym ciosem. Spięcia doprowadziły do roszad i poważnych zmian. Do grupy dołączył producent Trevor Horn (wokalista) i klawiszowiec Geoff Downes (obaj z zespołu The Buggles), który popracowali i pozmieniali brzmienie grupy, czego efektem jest płyta „Drama”. Jaki był efekt?

No właśnie. Zespół przeżywał wtedy kryzys twórczy i pojawienie się dwóch nowych członków wyszło na dobre, choć nie wszystko tutaj zagrało. Zespół w stronę bardziej cięższego brzmienia, gdzie więcej do powiedzenia ma sekcja rytmiczna (najbardziej to widać w „Run Thought the Light”), klawisze brzmią niby delikatniej i łagodniej, a gitara Howe’a pokazuje naprawdę pazur (świetny riff z „Machine Messaiah” czy „Tempus Fugit”). Najlepszymi utworami są wspomniany „Mashine Messaiah” (ponad 10-minutowy kolos) oraz równie rozbudowany „Into the Lens” z perkusją grająca tango (fragment został „zapożyczony” przez Listę Przebojów Trójki jako zapowiedź nowości). Z pozostałych pięciu utworów warto wyróżnić „Tempus Fugit” z nietypowym metrum, bo cała reszta jest co najwyżej średnia (ze wskazaniem na „Does It Really Happen?”).

Z kolei Trevor Horn na wokalu radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Ale to jednak nie jest Jon Anderson. Ale wydanie deluxe z 2003 roku zawiera parę dodatkowych nagrań, które podnoszą ocenę temu albumowi (głównie wersje demo plus kilka niezłych utworów instrumentalnych). Najcenniejsze są jednak nagrania z sesji w Paryżu z Andersonem i Wakemanem na pokładzie.

Mówiąc krótko Drama(tu) nie ma i album ten wypada całkiem nieźle w porównaniu z poprzednikami. Mimo sporego sukcesu komercyjnego ostatecznie doszło do rozpadu Yes. To temat jednak na następną opowieść.

6,5/10 (wydanie rozszerzone 7,5/10)

Radosław Ostrowski

Yes – Tormato

Tormato

Końcówka lat 70. nie była zbyt udana dla progresywnego rocka. Pojawiło się disco, ludzie mieli ochotę na prostsze i mniej skomplikowane brzmienia. Dlatego zespół Yes musiał wybrać – kontynuujemy ścieżkę rozpoczęta przez „Going for the One” czy robimy następne „Opowieści z Topograficznych Oceanów”? Ostatecznie wybrano to pierwsze wyjście i rok później wyszedł „Tormato”.

Za produkcję tym razem odpowiadał Brian Lane, menadżer zespołu. I brzmi to znacznie prościej, chwytliwie, ale nadal jest to Yes. To słychać już w dwuczęściowej „Future Times/Rejoice” – klawisze Wakemana, ładne solo gitarowe Howe’a oraz mocniejsza sekcja rytmiczna robią swoje, zwłaszcza w „Rejoice” ze świetnym wspólnym śpiewem. „Don’t Kill the Whale” miał wszelkie zadatki, by odnieść sukces w rozgłośniach radiowych, dzięki zadziornym riffom Howe’a. I po tym może dojść do szoku przez pięknego „Madrigala” z klawiszami, które imitują klawesyn. Równie chwytliwy i szybki jest „Release, Release” ze świetnym refrenem (to, co tam robi Anderson naprawdę mi imponuje, ale reszta muzyków jest mocno zgrana, zaś podczas solo White’a słychać okrzyki tłumu). Pewna zmiana jest tutaj elektroniczny „Arrival UFO” o przylocie kosmitów, gdzie Wakeman używa różnych „dziwacznych” pomruków. Bardziej sielska jest druga petarda, czyli „Circus of Heaven” z bardzo delikatną gitarą, podpierana przez klawisze i bas, tworząc baśniowy klimat. Równie dynamiczny jest kończący całość „On The Silent Wings of Freedom”, gdzie każdy z muzyków daje popis swoich umiejętności.

Nie jest to może najbardziej popularny album zespołu czy najbardziej kojarzony. Ale to po prostu dobry album, który jest bardziej przystępny. Po prostu solidna robota.

7/10

Radosław Ostrowski


Yes – Going for the One

Going_for_the_One

Po dwóch wielkich płytach zespół Yes stanął w rozkroku i musiał dokonać wyboru: albo brniemy dalej w eksperymentalne brzmienia, co doprowadzi do zniechęcenia i odwrócenia się słuchaczy albo wszystko upraszczamy i ludzie idą na nasze koncerty. Powrót Ricka Wakemana ułatwił sprawę i Yes postanowiło stać się bardziej przystępne i mniej eksperymentalne. Czy oznaczało to, że będzie gorzej?

Odpowiedzi miał udzielić „Going for the One” – pierwszy album w całości wyprodukowany przez Andersona i spółkę. Już samo ułożenie ścieżek daje odpowiedź – utworów jest pięć (czas trwania rzadko przekracza 7 minut, poza jednym kolosem). Otwierający całość utwór tytułowy zapowiada poważniejsze zmiany – to prostszy, ale bardzo dynamiczny i rockowy numer ze świetnymi „ślizgami” Howe’a. Kompletnym przeciwieństwem jest bardzo stonowany „Turn of the Century”, gdzie dominuje gitara akustyczna oraz syntezatorowe brzmienia Poly- i Minimoogów. Prosta, ale bardzo piękna melodia z epickim wręcz rozmachem. Równie mocny jest „Parallels” z potężnym, organowym brzmieniem w tle oraz wspólnym śpiewem zespołu. I prawie na sam koniec dostajemy krótkie i bardzo delikatne „Wonderous Stories” – czarujący, bardzo przyjemny i uwodzący. Zaś na sam koniec zostawiłem suitę „Awaken”.

Ten 15-minutowy kolos ma bardzo rozbudowana konstrukcję oraz łukowy charakter. Zaczyna się od pianistycznego wstępu oraz rozmarzonego fragmentu od słów „High Vibrations”. Ta baśniowość zostaje przerwana przez gitarowy riff Howe’a (temat główny: „Suns, high streams through awaken in the mass touch”), który powtarza się po krótkim popisie (refren „Workings of man…”). Wtedy wszystko się wycisza, Howe gra krótką solówkę i wydaje się, że to już koniec. Błąd. White zaczyna grać na cymbałkach, Anderson na harfie, dołączają się flet oraz organy Wakemana (piękno w najczystszej postaci). Instrumenty dalej grają, aż dołacza Howe i jego „łzawiąca” gitara. W końcu pojawia się chór, a Anderson zaczyna śpiewać („Master of soul”), zaś gitara i organy wręcz „wybuchają”. Wyciszenie, powraca melodia z samego początku, krótka koda… i już po wszystkim.

„Going for the One”, mimo uproszczenia, pozostaje bardzo dobrym albumem zespołu Yes. Łabędzim śpiewem klasycznego brzmienia progresywnego z kapitalna suitą w finale. Po poprzednikach lekka (tylko lekka) obniżka formy.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Yes – Relayer

Relayer

Rok po realizacji “Opowieści z Topograficznych Oceanów” zespół Yes miał spory dylemat w jaką stronę pójść. Na domiar złego odszedł Rick Wakeman, zastąpiony przez Patricka Moraza. Anderson i spółka postanowili wrócić do koncepcji z „Close to the Edge”, czyli trzy utwory i wystarczy. Tak powstał „Relayer”, który nie był aż tak mocno rozbudowany jak poprzednik, ani bardzo przystępny.

Tak jak w „Close to the Edge” mamy prosty podział na trzy utwory: dwa krótsze utwory (jeden spokojny, drugi dynamiczny) i jedną petardę, która jest wypadkową obydwu. Co się zmieniło? Mamy mocne dźwiękowe szaleństwo pachnące awangardą i eksperymentowaniem, co tez jest zasługa nowego klawiszowca, który był wychowany na jazzie.

Tym wielkim numerem jest inspirowane „Wojna i pokojem” Lwa Tołstoja prawie 20-minutowe „The Gates of Delirium”. Pierwsze osiem minut to Yes jakie znamy – bardzo spokojne, wręcz sielankowe, z popisami muzyków, ale im dalej w las, tym więcej ofiar. Srodek to jedna wielka walka dźwiękowa, pełna kakofonii i wybuchów. I pod koniec (czytaj ostatnie pięć minut) następuje… totalne wyciszenie, zas w tle grającej gitary hawajskiej mamy bardzo czysty wokal Andersona w naprawdę poruszającej piesni o pokoju.

Po tym mocnym uderzeniu, czeka następny szok, czyli „Sound Chaser”. Poczatek to jedna, wielka improwizacja klawiszy i perkusji, ale największą niespodzianką jest tutaj jazzująca gitara Howe’a. Jednym słowem, totalne szaleństwo – to jeszcze Yes? W połowie dochodzi do przełamania, Howe zaczyna grać tak jak tylko on potrafi, tempo się uspokaja, pojawia się na krótko Anderson (wcześniej gdzieś w tle tego chaosu)… i znów mamy muzyczne improwizacje, choć łatwiejsze w odbiorze.

Po tym całym szaleństwie, przychodzi pora na wyciszenie i spokój w „To Be Over”. Gitara akustyczna, czasami grająca orientalnie (czasami w bardzo charakterystycznym stylu Howe’a), mocno kojące klawisze oraz bardzo prosty tekst. Pięknie i bardzo progresywnie.

„Relayer” jest najbardziej eksperymentalną płytą w dorobku zespołu, która przebija wszystko, co do tej pory zrobili. Już lepszego albumu chyba nie udało się im nagrać. Wszystko tutaj jest zrobione wręcz mistrzowsko. Więc ocena może być tylko jedna.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Yes – Tales from Topographic Oceans

Tales_from_Topographic_Oceans

Kiedy wydawało się, że już nie da się przebić „Close to the Edge” zespół Yes postanowił zaryzykować i poszedł po bandzie. Wydał w 1973 roku podwójny album, który zawierał tylko cztery utwory. A każdy z nich trwał… 20 minut. Mniej więcej.

Poza tym nic się nie zmieniło – z jednym wyjątkiem. Perkusistę Billa Bruforda zastąpił Alan White, jednak ta zmiana nie jest aż tak mocno odczuwalna. Mam problem, bo nie wiem jak opisać to, co się dzieje na albumie pełnym bogatych dźwięków, aranżacji czy popisów umiejętności każdego z muzyków. Każdy członek zespołu pozwala sobie na więcej (może poza Rickiem Wakemanem, który po wydaniu płyty opuścił zespół). Sama atmosfera jest po prostu nieziemska oraz mocno pachnąca Orientem (najbardziej w „The Ancient – Giants Under the Sun” z fantastyczną akustyczną solówka Howe’a), zaś cały album jest jakiś taki uduchowiony, potrafiący poruszyć niesamowita biegłością muzyków, gdzie każdy dostaje szanse wykazania się. Nie brakuje czarujących klawiszy Wakemana (dziesiąta minuta „Revealing Science of God”), gitarowych szaleństw Howe’a (łkająca gra na początku i na końcu „Ritual” czy w 14 minucie „Revealing”), mocnych uderzeń White’a i Squire’a. W dodatku fenomenalnie zaśpiewane przez Andersona teksty, inspirowane wschodnią filozofią. Ta mieszanka albo was odrzuci albo zachwyci. I nie oszukujmy to – to najbardziej bezkompromisowy album zespołu Yes. Może nie jest tak zwarty jak poprzednicy, ale ma swoje naprawdę piękne fragmenty.

Radosław Ostrowski

Yes – Fragile

Fragile

Czy można było przebić płytę „Close to the Edge”, która wtedy (a nawet i teraz) jest wielkim albumem? Można, tylko jest to bardzo trudne. Popełniłem pewien błąd, bo pominąłem jedną płytę, która została wydana na początku roku 1972 („Close to the Edge” wyszło we wrześniu) i już tutaj widać zapowiedź tego, co nastąpiło później.

I to właśnie tutaj po raz pierwszy wszedł Rick Wakeman. Główna osią tej płyty są cztery długie utwory. Pierwszy to „Roundabout”, który jest mieszanką pięknych i długich klawiszy Wakemana, surowszej gitary Howe’a oraz zgranej sekcji rytmicznej – dynamiczny utwór (mimo trwania ponad 8 minut), który porywa, zaskakuje i mocno trzyma za gardło. Drugą taką siłą jest „South Side of the Sky”. Chwytliwy wstęp gitary oraz sekcji rytmicznej. I wtedy po ok. dwóch i pół minuty pojawia się bardzo dynamiczne i delikatne solo na fortepianie, które potem się powtarza, dołącza perkusja oraz zespół śpiewający proste „la, la, la, la”. Wtedy nagle pojawiają się nieprzyjemne szumy, zaś zespół wraca do melodii z początku przerywanej szumami wiatru oraz mocniejszymi riffami Howe’a, zaś całość kończy ponad 10-minutowy „Heart of the Sunrise”. Początek to mocniejsze granie Howe’a, grające w tle organy oraz bardzo dynamicznie uderzająca perkusja – i tak mijają trzy minuty. Następuje wyciszenie, gitara gra delikatniej i wchodzi Anderson. Jest bardziej podniośle i delikatnie, ale ostatnie trzy minuty to popisowe zgranie Howe’a i Bruforda oraz klawiszowa gra Wakemana, gdzie jeszcze pojawia się pianino (a zakończenie wprawia w konsternację).

Ale między tymi utworami pojawia się pięć kompozycji (każda napisana przez jednego członka). Ale poziom bywa dość różnorodny: niezły jest „Cans and Brahms” Wakemana (elektroniczna aranżacja 4. Symfonii Brahmsa), podobnie „We Have Heaven” Andersona z nakładającymi na siebie wokalami. Najsłabiej wypada „Five Per Cent of Nothing” Bruforda, zaś najlepsze są zdecydowanie „The Fish” Squire’a (te cymbałki i bas) oraz gitarowy popis Howe’a „Mood for a Day”. Także teksty trzymają wysoki poziom.

„Fragile” to był mocny wstęp przed „Close to the Edge” (opisanie tego drugiego albumu prędzej należy potraktować jako małą wpadkę). Powoli zaczyna się konsolidacja formy i treści, zaś następne albumy to będzie dopiero opowieść. Ale to nie teraz.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Yes – Close to the Edge

Close_to_the_Edge

Zespół Yes poprzednim albumem już wszedł w nurt brzmień progresywnych z pewną ręką, zrywając z poprzednimi albumami. Jednak dopiero „Close to the Edge” skrystalizował styl zespołu. W dodatku klawiszowca Tony’ego Kaye’a zastąpił drugi, najbardziej rozpoznawalny członek zespołu – Rick Wakeman. I co tym razem wyszło?

Za produkcję znów odpowiada zespół do spółki z Eddy’m Offordem, bo jak wiadomo zwycięskiego składu się nie zmienia. Płyta zawiera utwory sztuk… trzy, za to bardzo długie. I to o nich postaram się opowiedzieć.

Najpierw mamy tytułowy, prawie 20-minutowy utwór. Początek to instrumentalny popis gitary Howe’a – delikatnej i szorstkiej jednocześnie, za to poważną zmianą jest lżejsze i bogatsze brzmienie klawiszy. Zaczyna się wszystko od bardzo płynnego brzmienia klawiszy, do których dołącza popisująca się gitara, imitujące plumkanie klawisze, zaś Howe rozkręca się i coraz bardziej szaleje, zaś perkusja coraz mocniej i mocniej uderza. Ten instrumentalny wstęp kończy się organowymi klawiszami. Druga część bardziej stonowana i melodyjna z wokalem Andersona na pierwszym planie. Zwrotki to przede wszystkim równe granie klawiszy oraz zgranie sekcji rytmicznej z gitarą, zaś refreny (wspólnie śpiewane) kontynuują tą drogę, idą w coraz różniejsze warstwy oraz zapętleniem się linii melodyjnej. A Wakeman coraz bardziej czaruje swoją grą na klawiszach. Trzecia część to pewne wyciszenie z pasażami Wakemana – bardzo relaksującymi, z towarzyszącymi dźwiękami opadającej wody. W dodatku wokale brzmią jakby odbijające się od ściany (choć Anderson nadal się wybija), kończąc się potężnymi organami. Ostatnia część jest już bardziej melodyjna, wraca sekcja rytmiczna i gitara, zaś klawisze brzmią mroczniej i bardziej dynamicznie, z kapitalna końcówką. Takiej jazdy nie słyszałem od bardzo dawna.

Drugi utwór – bez dzielenia na części – to grany często na koncertach „And You And I”. Zaczyna się od delikatnych dźwięków gitary akustycznej, które brzmią naprawdę ładnie. Do niej dołącza delikatne uderzenia basu, do gitary dołącza druga, zaś klawisze tworzą wręcz baśniową atmosferę. I wtedy przed zwrotką wkracza perkusja i dwugłos wokalny aż do śpiewanego tylko przy wsparciu gitary refrenu. Po nim następują bardzo piękne solówki klawiszy i gitary Howe’a. Potem wracamy do początku utworu, lecz potem następuje przełamanie. Gitara idzie lekko w stronę folkową, klawisze nabierają bardzo „ciepłego” brzmienia, dołączają pozostałe instrumenty, zaś gitara elektryczna nabiera zadziorności, idąc w stronę epickiego finału, zakończonego akustyczną gitarą.

Trzeci – równie znakomity – „Siberian Khatru” wydaje się najbardziej przebojowy i dynamiczny z nich wszystkich. Zaczyna się od szybkiego grania gitary elektrycznej oraz zgrania sekcji rytmicznej z coraz mocniej brzmiącymi klawiszami. Howe coraz bardziej się zapętla razem z Wakemanem, bas nabiera większej wyrazistości, zespół razem śpiewa. I to brzmi jak karnawałowa zabawa, czasami zabarwiona elementami orientalnymi oraz imitacja klawesynu. I znowu Anderson z niesamowitą siłą wokalu.

Największą niespodzianka są tutaj bardzo filozoficzne teksty, inspirowane Wschodem, pokazujące parę wnikliwych refleksji na temat człowieka. Kompozycje są coraz bardziej zwarte i rozbudowane, ale nie ma tutaj mowy o nudzie czy dłużyznach. O nie. W dodatku w wydaniu deluxe poza alternatywnymi wersjami „And You And I”, „Siberian Khultu” czy fragmentu „Close to the Edge”, mamy jeszcze utwór „America” napisany z Paulem Simonem.

O takich płytach zwykło się mawiać doskonałe. I nie ma w tym ani słowa przesady, bo „Close to the Edge” nie chce się specjalnie zestarzeć i nadal urzeka swoim pięknem. Więc ocena może być tylko jedna.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski