Superman (1978)

Już w ten piątek do kin pojawi się nowa inkarnacja Supermana od Jamesa Gunna i uznałem, że to będzie świetna okazja by zapoznać się (lub przypomnieć) filmowe wcielenia Człowieka ze Stali. Pomijam wersję Zacka Snydera, bo też już u mnie są zrecenzowane – dawno, ale jednak. Więc zacznijmy od samego początku, czyli roku 1978.

Droga do realizacji była dość wyboista, a pomysł na ekranizację ikonicznej postaci z komiksów DC pojawił się w głowie producenta Ilyi Salkinda pod koniec 1973 roku. Niecały rok później udało się nabyć prawa od DC Comics, jednak proces poszukiwania reżysera, scenarzysty oraz aktorów był bardzo żmudny. Plus plan był taki, by od razu nakręcić pierwszą i drugą część, dystrybuowane przez Warner Bros. Planowano zatrudnić Williama Goldmana (znany ze scenariusza m. in. do „Butch Cassidy i Sundance’a Kida”) czy Leigh Brackett, jednak ostatecznie za sumę 600 tysięcy dolarów namówiono samego Mario Puzo. Autor „Ojca chrzestnego” napisał ogromny (ponad 500 stron) scenariusz i choć producenci uważali samą historię za solidną, to jednak była zbyt duża, więc wynajęto Roberta Bentona oraz Davida Newmana do przepisania tekstu. Benton w tym czasie pracował jako reżyser nad filmem „Ostatni seans”, więc Newman ściągnął swoją żonę Leslie do pomocy. Jednocześnie cały czas szukano reżysera i pod uwagę brano same mocne nazwiska pokroju Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Yatesa, Sama Peckinpaha czy nawet… George’a Lucasa. Bliski podpisania umowy był znany z paru filmów o Bondzie Guy Hamilton, jednak kiedy produkcja została przeniesiona z Włoch do Wielkiej Brytanii zrezygnował. Powód? Problemy zdrowotne oraz… podatki.

To skomplikowało sprawę, ale Salkindowie zobaczyli „Omen” Richarda Donnera i będąc pod sporym wrażeniem, postanowili zatrudnić jego. Reżyser nie był fanem stworzonego scenariusz, uznając go za zbyt campowy, więc sięgnął po pomoc Toma Mankiewicza. W końcu udało się dopasować scenariusz, po długich poszukiwaniach dobrać obsadę (w tym już wcześniej zatrudnionych Marlona Brando i Gene’a Hackmana) zaczęto prace. Udało się nakręcić cały pierwszy film i 75% drugiego, kiedy prace nad „dwójką” wstrzymano, by skupić się na post-produkcji „Supermana”. Wskutek konfliktu między reżyserem a producentami Donner został zwolniony, a drugą część dokończył (i niejako nakręcił od nowa) Richard Lester.

To tyle tego baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo długiego wstępu i wprowadzenia, więc skupmy się na samym filmie. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw trafiamy na Krypton, gdzie zesłani z planety zostaje trójka spiskowców pod wodzą generała Zoda (Terence Stamp). Sam Krypton zmierza ku zagładzie, co stwierdza Jor-El (Marlon Brando), lecz zostaje zignorowany przez rządzącą Radę. Decyduje się umieścić swojego syna, Kal-Ela w specjalne kapsule razem z całą zgromadzoną wiedzą o Wszechświecie. Tuż po jej wystrzeleniu planeta zostaje zniszczona, zaś malec uderza w okolice amerykańskiej farmy Kentów. Przebywa tam aż do wieku 17 i po śmierci „ojca” opuszcza farmę, by trafić na biegun. Dzięki zielonemu kryształowi buduje tam twierdzę samotności, gdzie razem z duchem Jor-Ela przez lata kształci się i jako Superman przybywa do Metropolis. Resztę znacie, zatrudnia się jako Clark Kent w gazecie Daily Planet, robiąc z siebie kompletną pierdołę. No i jeszcze Lex Luther (Gene Hackman) kombinuje, bruździ, chcąc doprowadzić do zniszczeń dla własnych korzyści.

Reżyser Richard Donner robi wszystko, byśmy uwierzyli w ten świat i widać, że szanuje materiał źródłowy. Już czołówka, w której mamy pokazany na ekranie pierwszy komiks Supermana (wszystko na ekranie filmowym), pokazuje tą miłość. Nadal wrażenie robi tutaj zarówno sam wygląd planety (scenografia i design), a także kolejnych lokacji: farma Kentów (łany zboża ładniejsze niż w „Gladiatorze”), Forteca Samotności, siedziba Daily Planet czy ukryta kryjówka Luthora. Scenografia, kolorystyka, kostiumy – tutaj wydaje się wszystko namacalne. O dziwo, jest tu całkiem sporo humoru, który nie wydaje się wymuszony i naprawdę bawi (Superman rozprawiający się z drobnymi złodziejaszkami). A jednocześnie film ma w sobie sporo uroku, mimo pewnej naiwności.

Jedyne słabsze momenty pojawiają się w finale oraz w kilku scenach z użyciem efektów specjalnych. Zakończenie, gdzie Superman zmienia bieg historii jest pozbawione logiki i sensu, a on sam nie ponosi żadnych konsekwencji. A przecież wyraźnie mu mówiono, że nie ma ingerować w historię ludzkiej rasy i robi to. Z drugiej strony parę scen z użyciem projektora nie zestarzało się zbyt dobrze, co wybijało z seansu (kilka momentów z latającym Supermanem czy wystrzelonymi rakietami).

Nadrabia to wszystko bardzo dobrze poprowadzona obsada. Christopher Reeve w roli Supermana i Clarka Kenta jest po prostu idealny. Ma zarówno świetną prezencję, gdy nosi kostium Człowieka ze Stali, nawet jak się wzbija w powietrze czy lata wypada bardzo przekonująco. Także zgrywając kompletnie bezradnego, wręcz pierdołowatego i lekko ekscentrycznego Clarka Kenta nie popada w fałsz. Nic dziwnego, że nikt nie zorientował się, że Superman oraz Clark Kent to ta sama osoba. Równie świetna jest Margot Kidder, czyli ambitna, sprytna Lois Lane (choć ma pewne problemy z poprawnym pisaniem słów) oraz bardzo ekscentryczny Gene Hackman w roli egoistycznego geniusza zbrodni Lexa Luthora. W ogóle drugi plan jest przebogaty, choć chciałoby się parę postaci na dłużej (zwłaszcza Marlona Brando w roli Jor-Ela czy Glenna Forda jako Jonathana Kenta), bo wypadają tak dobrze.

Miałem spore obawy czy po tylu latach i bez żadnych efektów komputerów film Richarda Donnera zniesie próbę czasu. I choć widać ówczesne ograniczenia technologiczne, czasami fabuła jest skondensowana i lekko chaotyczna, ale jednocześnie jest tu dużo miłości do materiału źródłowego, sporo wyobraźni oraz zaskakującej lekkości. Reżyser pokazał, że człowiek jest w stanie latać i wygląda to bardzo przekonująco, mimo ponad 45 lat na karku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Doktor Freud

Zygmunt Freud – jedna z najważniejszych postaci przełomu XIX i XX wieku, tworzący silne fundamenty pod współczesną psychologią. Jego teoria dotycząca „kompleksu Edypa” była przełomem dla nauki, choć początkowo była odrzucona przez środowisko naukowe. Wreszcie o jego pracy postanowili sięgnąć filmowcy, zaś jednym z pierwszych był John Huston.

dr freud1

Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Freud popada w konflikt ze swoim przełożonym w Wiedniu, dr Meynerta. Wszystko dotyczy histerii – wówczas uważanej za chorobę kobiecą, będącą źródłem nerwic. Zygmunt decyduje się wyjechać do Paryża, gdzie poznaje profesora Charcota, mającego inne zdanie oraz wykorzystujący hipnozę do leczenia pacjentów (a to było nieuznawane za środowisko). Wraca do Wiednia, gdzie pojawia się na jego drodze dr Breuer, który prosi go o pomoc przy badaniu swoich pacjentów.

dr freud2

Scenariusz do filmu napisał znawca naukowca, słynny francuski filozof Jean-Paul Sartre, jednak mający ponad tysiąc stron tekst nie za bardzo nadawał się do ekranizacji. Twórcy skupiają się na pięciu latach badań Freuda, doprowadzających do odkrycia, że świadomość a myśli to nie jest to samo. A co jest źródłem histerii i czy dotyka tylko kobiet? Odpowiedzi na te pytania są poznawane bardzo powoli, zaś kluczowe są tutaj dwa wątki: badanie pacjentki Cecylii Koertner (kobieta cierpi na paraliż nogi i bezsenność) oraz męcząca tajemnica Freuda, która męczy go od momentu pogrzebu ojca (lekarz mdleje przed bramą cmentarza). Obydwa te „dochodzenia” są prowadzone za pomocą dialogów oraz ciągle odkrywanych retrospekcji z lekko „zasmugowanymi” ujęciami. Dla mnie problemem było – troszkę wrzucone na siłę – wątki dotyczące żony Freuda, które tak naprawdę niczego dla mnie nie wnosiły. Wrażenie za to robią monochromatyczne zdjęcia, bardzo szczegółowa scenografia oraz wyrazista muzyka Jerry’ego Goldsmitha (jedna z pierwszych dużych prac kompozytora), wykorzystująca elektronikę.

dr freud3

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach Montgomery Clift w tytułowej roli. Bardzo wycofany, wręcz powściągliwy, ale konsekwentnie dociekliwy i skupiony. Zwłaszcza podczas rozmów z pacjentką (mocna Susannah York) oraz ze swoim przyjacielem Breuerem (świetny Larry Parks), potrafi wyczuć swoją postać. No i ma pewne własne demony do poskromienia.

„Doktor Freud” to jeden ze spokojniejszych, bardziej kameralnych filmów w dorobku Hustona. Solidna biografia, skupiona przede wszystkim na naukowych dokonaniach lekarza, z wybijającą się rolą Clifta (jedną z ostatnich w karierze).

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Krzyk

Dziwaczne to kino, ale może po kolei. Dawno temu, żyło sobie małżeństwo – Anthony i Rachel Fielding. On jest kompozytorem, grającym też na organach w lokalnym kościele, ona zajmuje się domem. Do ich ustabilizowanego życia wkracza tajemniczy mężczyzna, niejaki Charles Crossley. Opowiada o tym, jak spędził czas wśród Aborygenów, gdzie nauczył się zabijania za pomocą… krzyku.

krzyk1

Całą ta historię opowiada sam Crossley podczas gry w krykieta w szpitalu psychiatrycznego. Ta szkatułkowa konstrukcja pozwala Jerzemu Skolimowskiemu na stworzenie intrygującej oraz intrygującej opowieści grozy. Jednak nie spodziewajcie się ogranych do bólu sztuczek w rodzaju szybkiego montażu, hektolitrów krwi (jej tu praktycznie nie ma) czy nerwowych smyczków jako podkładu muzycznego. Reżyser sięga po niemal archetypowy konflikt umysłu i racjonalności z magią oraz zjawiskami niewytłumaczalnymi, by opowiedzieć niby klasyczną historię trójkąta, gdzie ten trzeci jest dominującym w tym układzie. Prowadzone są też filozoficzno-religijne dysputy o duszy oraz magii, symbolizowanej przez cywilizację Aborygenów i ich szamanów (bardzo interesujące i nie pozbawione krwawych szczegółów). Zderzenie tych dwóch światów przyniesie katastrofalne skutki dla całej trójki.

krzyk2

Reżyser powoli buduje atmosferę niepokoju, w czym pomagają mu przepiękne plenery brytyjskiej prowincji, pełne wrzosowisk, otoczonej morzem oraz piaskowych wydm, gdzie dochodzi do pierwszego krzyku (niesamowity dźwięk, którego słowa naprawdę nie są w stanie opisać). Aurę niesamowitości podkręca też elektroniczna muzyka (jej autorami są Tony Banks i Michael Rutherford z zespołu Genesis oraz Rupert Hine) oraz tajemnicze – czyli nie do końca dla mnie zrozumiałe – symbole kamienia oraz kości, które przewijają się przez dłuższy czas. I muszę to przyznać, że oglądałem „Krzyk” niemal oczarowany i zahipnotyzowany, ale potem próbowałem rozgryźć sens i miałem problem. Stąd ocena taka niska, chociaż nieadekwatna do tego, co odczuwałem.

krzyk3

Wszystkiego dopełnia wyborne aktorstwo. Najmocniej wyróżnia się genialny Alan Bates (Crossley). Nieogolony, ubrany na czarno mężczyzna z jednej strony intryguje swoją filozofią oraz mocą, z drugiej odpycha swoimi opowieściami i zachowaniem. Partnerujący mu Susannah York (Rachel – spokojna i cicha gosposia, tłumiąca swoje pożądanie) oraz John Hurt (racjonalista i kompozytor Anthony) dorównują kroku, portretując subtelnie skrywane emocje – pożądanie, gniew, poczucie zagrożenia.

krzyk4

„Krzyk” będzie seansem pełnym niejednoznaczności, tajemnicy oraz czegoś, co nie pozwoli zapomnieć. Ocena nieadekwatna, jednak jestem pewny, że jeszcze do tego wrócę. Ta tajemnica Crossleya nie daje mi spokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski