Suzanne Vega – Lover, Beloved: Songs from an Evening with Carson McCullers

Lover%2C_Beloved

Muzyka potrafi zainspirować się wszystkim. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem Suzanne Vega – popularnej w latach 80. amerykańskiej wokalistki folkowo-popowej. Nowe wydawnictwo zrealizowane po dwuletniej przerwie oparte jest na sztuce teatralnej „Carson McCullers Talks About Love”, napisanej przez samą Vegę oraz Duncana Shaika, inspirowanej życiorysem amerykańskiej pisarki Carson McCullers, której najbardziej rozpoznawalną powieścią był debiut „Serce to samotny myśliwy” z 1940 roku.

Produkcją zajął się Gerry Leonard, znany dzięki współpracy z Davidem Bowie, jednak czuć tutaj ducha Vega, która miesza folk z bluesem. I to ostatnie jest wyczuwalne choćby w otwierającym całość „Carson’s Blues”, gdzie słychać zgrabnie wpleciony akordeon, fortepian, puzon. Nie znaczy to jednak, że jest to muzyka spokojna. Płynnie, wręcz taneczny „New York Is My Destination”, wybrany na singla skoczny „We of Me” czy żwawy jazz w stylu nowoorleańskim w „Harper Lee” potrafią zachwycić, ale i trzymać mocno za gardło. Sama Vega nie boi się sięgać po mrok w „Annemarie”, gdzie obok świetnego fortepianu w tle przewijają się niepokojące dźwięki saksofonu, niczym trzaski podłogi czy w pozornie spokojnym „12 Mortal Men”, gdzie wokalistka szepce, a w tle przewijają się pojedyncze dźwięki gitary, mandoliny, fortepianu tworząc klimat jakiego nie powstydziłby się sam Nick Cave.

Tytułowa piosenka to melancholijna ballada zagrana na fortepian i gitarę, tworząca przygnębiającą aurę. Bardziej żywiołowa i swobodniejsza jest „The Ballad of Miss Amelia” z żywiołowym fortepianem zmieszanym z akordeonem. I to wszystko jest tylko drobną przygrywką przed mocnym finałem, czyli „Carson’s Last Supper” – melancholijnym, ale niepozbawionym melodii oraz silnych emocji kompozycji.

Album jest tak różnorodny brzmieniowo oraz treściowo, że chce się do niego wielokrotnie wracać. Spina to wszystko sama Vega oraz opowieść o McCullers – jej sukcesach, samotności, pasji. Wokalistka brzmi dość dziewczęco, ale też bywa delikatna („Carson’s Last Supper”). Ta mieszanka działa czasami kojąco, ale bardziej jest tu refleksyjnie i spójnie. Warto dać szansę temu skromnemu i niepozornemu albumowi.

8/10

Radosław Ostrowski

Suzanne Vega – Tales from the Realm of the Queen of Pentacles

z66t4ez4

Dla wielu pozostała artystka jednego przeboju – „Luka”, ale jej dorobek jest znacznie bogatszy i ciekawszy. Do tej pory nagrała aż 8 płyt, cztery kompilacje (seria „Close-Up” z jej utworami w wersjach akustycznych) i kazała czekać aż siedem lat na nowy materiał. Jedno mogę wam powiedzieć – nie ma tutaj potencjalnych hiciorów, ale nie można powiedzieć, że czas został zmarnowany.

Za produkcję „Tales from the Realm of the Queen of Pentacles” (nie wiem jak wam, ale dla mnie to za długi ten tytuł) odpowiada znany ze współpracy z Davidem Bowie Gerry Leonard. I uderza tutaj bardziej delikatne, wręcz akustyczne brzmienie, choć parę razy pojawia się gitara elektryczna. Udało się stworzyć różnorodne piosenki, które bywają albo folkowe (skoczne „Fool’s Complaint” czy prawie akustyczne „Portrait of the Knight of Wands” z ciekawie wpleciona elektroniką), czasami skręcają w stronę bluesa (najlepsze na płycie „I Never Wear White”). Jest jeden dość porażający utwór, czyli „Don’t Uncork What You Can’t Contain” ze smyczkami (początek tego utworu brzmi naprawdę znajomo, mimo „orientalnego” brzmienia) czy klaskany „Jacob and the Angel”, ale dalej jest równie zaskakująco i ciekawie. Więcej nie zdradzę – sorry, taki klimat.

Jednak sam głos Vegi nie zmienił się specjalnie i nadal potrafi oczarować. Tak samo teksty, opowiadające raczej proste historie, ale też pełne dość zaskakujących obserwacji („I Never Wear White”). I nie ma tutaj miejsca na dość banalne historie miłosne, co to to nie.

Mówiąc już bez zbędnego pitolenia, baśnie od Suzanne Vegi są naprawdę dobrym i atrakcyjnym materiałem, który słucha się z naprawdę duża przyjemnością oraz poczuciem miłego spędzenia czasu.

7,5/10

Radosław Ostrowski