Tede – Vanillahajs

Vanillahajs

Jacek Graniecki ksywa Tede to jedna z barwniejszych postaci polskiej sceny hip-hopowej. Weteran działający grubo ponad 20 lat z rozbrajającą regularnością serwuje swoje nowe wydawnictwa realizowane we współpracy z Sir Michem. Po „kurcie_rolsonie” przyszła pora na „Vanillahajs”.

I tak jak na poprzednich albumach, Tede idzie z bitem bardziej współczesnym, pełnym elektronicznych wstawek oraz funkowego sznytu („Vanillaice”), który znamy już przy wcześniejszych płytach. I o dziwo, to właśnie podkład jest najmocniejszą strona tej płyty. Bywa czasami ciepło i bajerancko („Tederminacja” z orkiestrowo-funkowym wstępem), przebojowo (minimalistyczna „Iza Luiza” ze strzałami oraz orientalnymi klawiszami), ale w przeciwieństwie do poprzednich nie jest tak przeładowany. Najbardziej to widać w „Forever ja” (strzelająca perkusja oraz gitara elektryczna), ale nie zabrakło też wtop (cmentarny „Polonez trapez” czy „Michael Kors”), a pojawiający się też audiotune potrafi zirytować („#Hot16Challenge”).

Sir Michu potrafi wspiąć się na wyżyny („Martwe ziomki”), czego nie można powiedzieć o Tedem, który zwyczajnie przynudza.  Nie chodzi tutaj o technikę oraz momenty, gdy po prostu drze się i próbuje śpiewać (refren „Wyje wyje bane” będzie mnie prześladował), ale niemal ciągle opowiada o tym samym (infamia, rap-gra, sława i braggowanie). Wyjątkami od tej reguły są pastiszowa „Pażałsta” (o Putinie), „Świat jest piękniejszy” (gościnnie Te-Tris) oraz funkowa „Ostatnia noc”.

Tym razem pan Tedeusz zaczyna zniżać formę i powoli zmierza do miejsca, w którym już był – w krainie zapomnienia oraz zjadania swojego ogona. Czy to chwilowy stan, przekonamy się pewnie za rok, ale nie wygląda to dobrze.

6/10

Radosław Ostrowski

Słoń i Mikser – Demonologia II

Demonologia_II

Już sama okładka zapowiada, że nie będzie to album lekki i przyjemny, co w hip-hopie i tak jest pewną normą. Także tytuł zapowiada pójście w stronę horroru. To poznajcie „Demonologię II” duetu Słoń (nawijka) i Mikser (produkcja).

Ten dwupłytowy album jest mroczna produkcją. Surowe bity, niepokojące smyczki, imitacje chórków czy przerobione głosy – to tutaj jest normą. W dodatku jeszcze nie brakuje organów („Koyaanisqatsi”), imitację muzyki z pozytywki („Suro”) czy równie nieprzyjemny fortepian („CHCWD”). Jednak trudno omówić tu każdy utwór, a jest ich 27. Brzmi to naprawdę dynamicznie, strasznie i bardzo fajnie, a także różnorodnie. Zaś w tekstach jest tutaj o zbrodni, karze, narodzinach diabła („Suro”), pełne przemocy obrazy („Pan Patryk jedzie na biwak”), odniesienia do horrorów („Slasher”) czy pedofilię. Mocne rzeczy – wierzcie mi.  Zaś sama nawijka Słonia naprawdę porywa i przykuwa uwagę.

Gospodarz zaś doszedł jeszcze do wniosku, że mógłby zaprosić paru gości, którzy tutaj się popisali. Pih, KaeN, Sherrelini czy Te-Tris – te ksywy mówią same za siebie. Przerażający album.

8,5/10

Radosław Ostrowski