Zima pod znakiem Wrony

Stan wojenny to był ten okres w polskiej historii, który przerwał karnawał Solidarności i uczyniła lata 80. jednym z najbardziej depresyjnych okresów naszego kraju. Nasi filmowcy podejmowali opowieści osadzonych w tych realiach: od bardziej komediowych („Rozmowy kontrolowane”, „Chrzciny”) przez biografię („Wałęsa. Człowiek z nadziei”) aż po bardziej ambitne pokazanie funkcjonowania systemu („Żeby nie było śladów”). Teraz dostajemy koprodukcję polsko-brytyjską opartą na opowiadaniu Olgi Tokarczuk, pokazującą ten okres z perspektywy osoby z zewnątrz.

Bohaterką „Zimy…” jest Joan Andrews (Lesley Manville), mieszkająca w Londynie profesor psychiatrii. Przybywa do Warszawy 12 grudnia 1981 roku w celu przeprowadzenia wykładów na konferencji naukowej. Na lotnisku zostaje odebrana przez studentkę Alinę (Zofia Wichłacz), pełniącą rolę przewodnika. Co może pójść nie tak? Poza zniknięciem walizki, jej wykład w Pałacu Kultury zostaje przerwany przez studencką manifestację, a dodatkowo uniwersytet nie opłacił naukowczyni hotelu. Podłość ludzka zaiste nie zna granic. Zamiast tego zamieszkuje w domu dziewczyny w bloku, a następnego dnia ma odebrać ją jej brat. Problem w tym, że Alina się nie zjawa, telefon nie działa, zaś pod domem pojawia się czołg. Zostaje wprowadzony stan wojenny, a profesor utknęła bez możliwości powrotu.

Za kamerą stanęła Kasia Adamik, która postanowiła ugryźć stan wojenny w niemal surrealistycznej formie. Reżyserka bardzo przekonująco pokazuje atmosferę beznadziei życia w brutalistycznej architekturze, na zewnątrz opustoszałej i pozbawionej kolorów. Wszystko toczy się dość powolnym tempem, co może wielu zniechęcić, a jednocześnie wywołać poczucie dezorientacji oraz pytań, dokąd to wszystko zmierza. Z jednej strony kolejka po karpia i patrole milicji oraz wojska, z drugiej aresztowania przez UB/milicję, a także… wplątanie się w nielegalne drukowanie zakonspirowanej opozycji. Pojawiają się sceny ucieczki przed milicją (niezły pościg samochodowy nocą czy piesza pogoń po sfotografowaniu zabójstwa przez wypchnięcie z okna), próba zabicia przez UB czy ukrywanie się nocą w akademiku. Innymi słowy, jest intensywnie, z suspensem godnym thrillera i film mnie zaangażował. Bardziej niż się tego spodziewałem, pokazując przekonująco mentalność homo sovieticusa.

Jedyny poważny zgrzyt pojawia się w trzecim akcie, a dokładnie podczas sceny w ambasadzie. Tutaj dość jasno zostaje przedstawiona (dla mnie zbyt jasno) sytuacja geopolityczna oraz stosunek świata zachodniego. A także ostatnie sceny związane z nielegalną audycją na dachu jednego z bloków. Niemniej udaje się Adamik bardzo przekonująco pokazać atmosferę życia w tej rzeczywistości, bardziej przypominającej wielki dom wariatów.

Wszystko to jeszcze wygrywa bardzo dobra obsada. Nie zawodzi Lesley Manville w roli profesor Andrews – początkowo wycofana i zdystansowana, a także bardzo zagubiona w obcej rzeczywistości, marząca tylko o jak najszybszym wydostaniu się stąd. Pod tym wszystkim jednak kryje się ktoś z mocno zakonserwowaną empatią oraz własnymi demonami (reprezentowane przez oniryczne sceny snów). Swoje też robią niezawodni Andrzej Konopka (wuj Aliny, Henryk z cudnym wąsem) oraz Tom Burke (brytyjski ambasador). Ale największą niespodzianką była dla mnie Zofia Wichłacz, której fanem nigdy specjalnie nie byłem. I to od czasu debiutu w „Mieście 44” (może poza serialową „Warszawianką”), tutaj jednak jest przekonująca w roli studentki pozornie nierzucającej się w oczy, a tak naprawdę mocno zaangażowanej w działalność „Solidarności” idealistki. Zwłaszcza wspólne sceny z Manville należą do jednych z najjaśniejszych w dorobku Polki.

Nawet jeśli wiele dzieje się na granicy prawdopodobieństwa, to „Zima pod znakiem Wrony” pozostaje mocnym dramatem okraszonym elementami thrillera. Świetnie zagrana i wyglądająca (bardzo atmosferyczne zdjęcia Tomka Naumiuka) wizja stanu wojennego, która jeszcze nigdy nie wyglądała jak koszmar na jawie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szpiedzy

Steven Soderbergh odkąd wrócił z emerytury kręci filmy równie intensywnie jak Ridley Scott. W przeciwieństwie do Anglika, reżyser „Ocean’s Eleven” nie stworzył żadnej spektakularnej padaki i częściej trzymał poziom. Nie inaczej jest w przypadku „Szpiegów”, czyli bardzo powolnego, skupionego na dialogach thrillera w świecie tajnych służb.

Przewodnikiem po tym świecie jest George Woodhouse (Michael Fassbender) – prawdziwy as wywiadu, który zostaje zadanie rozpracowania zdrajcy. Sprawa dla niego jest bardzo poważna, bo wśród piątki podejrzanych (troje agentów, specjalistka od obsługi satelity, psycholog) jest… jego żona, Kathryn (Cate Blanchett). Na znalezienie zdrajcy ma siedem dni. Na początek zaprasza podejrzanych na kolację do siebie i powoli zaczyna się cała gra. A wszystko dotyczy czegoś nazywanego Severusem.

Soderbergh razem ze scenarzystą Davidem Koeppem tworzy mieszankę przypominającą troszkę kryminał Agathy Christie z powieściami Johna le Carre. Z pierwszym łączą ją eleganckie dialogi, odrobina humoru oraz pewna… teatralność w prezentowaniu narracji, zaś z drugim środowisko. I znowu wkraczamy do świata pełnego kłamstw, oszustwa, manipulacji, gdzie stawką jest związek. Podobno idealny, wręcz dziwnie działający w świecie, gdzie nie powinno takie połączenie działać. Tutaj nie ma miejsca na galopującą akcję, świszczące kule oraz eksplozje niczym z „Mission Impossible” czy jakiegoś Bonda. Wszystko bazuje tu na sprytnych dialogach, gdzie podrzucane są kolejne poszlaki, tropy oraz podejrzenia. Bardzo powoli jest podkręcane napięcie, każda scena ma swój ciężar, coś wisi w powietrzu. A rozwiązanie jest w pełni satysfakcjonujące, pokazane w nagłym, brutalnym stylu.

Wizualnie pozornie „Szpiedzy” nie rzucają się w oczy, ale Soderbergh raz na jakiś czas pozwala sobie na zabawę (początek zza pleców George’a na jednym ujęciu, montażowe przebitki podczas łowienia ryb czy szybkie najazdy kamery w finale czy przeplatające odpowiedzi podczas przesłuchania na wariografie). Przez co nie ma tutaj miejsca na nudę, całość jest delikatnie oświetlona, zaś w tle gra elektroniczno-jazzowa muzyka. Każde ułożenie kamery jest przemyślane, nie brakuje długich ujęć czy zbliżeń.

A wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie błyszczy tutaj Michael Fassbender, którego George sprawia wrażenie bardzo chłodnego, wręcz pozbawionego emocji robota. A jednocześnie podchodzi bardzo poważnie i precyzyjnie do wszystkiego, co robi (na widok poplamionej koszuli podczas gotowania musi się przebrać), rzadko pozwalając sobie na jakiekolwiek rozedrganie. Elektryzująca, charyzmatyczna, celowo „szara” postać, fantastycznie uzupełnia się z przepiękną (jak zawsze) Cate Blanchett. Razem i osobno nie można oderwać wzroku. Także drugi plan jest tu przebogaty, gdzie przewija się m. in. mocny Tom Burke (lubiący używki Freddie Smiths), wyrazista Marisa Abela (obsługująca satelitę Clarissa) czy bardzo powściągliwy Rege-Jean Page (pułkownik Stokes). Troszkę niewykorzystany był (moim zdaniem) Pierce Brosnan w roli szefa komórki, Arthura Stieglitza.

„Szpiedzy” to trzeci wspólny duetu Steven Soderbergh/David Koepp i ta kolaboracja jest bardzo udana (poprzednich dwóch nie widziałem). Inteligentnie napisany, stylowo wyreżyserowany, cudownie zagrany oraz ładnie wyglądający. Jak najbardziej warto się wybrać i dać się złapać w tą szpiegowską układankę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Życie

Zawsze pojawiają się takie małe, skromne filmy z Wielkiej Brytanii, które niekoniecznie podbijają listy box office. Ale dla tych, co widzieli było to doświadczenie. Czy taki będzie też przypadek filmu „Życie” w reżyserii Olivera Hermanusa?

Akcja filmu toczy się w Londynie na początku lat 50., gdzie poznajemy niejakiego pana Williamsa (Bill Nighy). To mężczyzna w średnim wieku, pracujący jako miejski urzędnik, gdzie sprawy raczej się przedłuża niż wprawia w ruch. Mieszka z dorosłym synem i jego żoną, w zasadzie prowadzi dość monotonne, spokojne życie. Spokój jednak zostaje zaburzony, a wszystko przez wieści od lekarza. W dużym skrócie: zostało mu już bardzo niewiele czasu i czas zrobić życiowy bilans. Ten jednak nie wypada zbyt dobrze i pozostaje jedno pytanie: co dalej?

living1

Film jest remakiem filmu „Piętno śmierci” Akiry Kurosawy z 1951 roku, która ma status klasyka kina. Zarówno film i reżyser. Czy tak będzie w przypadku wersji pana Hermanusa? Ciężko mi powiedzieć, jednak ma na to zadatki. Sam film ma w sobie wiele melancholijno-refleksyjnego klimatu, gdzie na pierwszy plan wybija się poczucie zmarnowanego czasu. Bezsilność wobec przekazania najbliższym najgorszej wiadomości, porzucenie na pewien czas pracy, dostrzeganie drobnych detali. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo sporej powagi i ciężkiego tematu, film jest zaskakująco lekki i niepozbawiony humoru. Jest to także zasługa dobrych dialogów, tempa oraz momentów wyciszenia, pozwalających lepiej poznać naszego bohatera.

living2

Jeszcze bardziej zaskakująca jest realizacja. Zdjęcia w formacie 4:3, mocno skupione na zbliżeniach twarzy podkreślają kameralność historii. Jednocześnie wszystko jest stylizowane na kino z lat 50. – kolorystyka, statyczna praca kamery, czcionka napisów w czołówce czy elegancka, symfoniczna muzyka. Jedyny twist ma miejsce w ostatnich 30 minutach, ale nie zamierzam go zdradzić. Powiem tylko, że to jedna z najbardziej poruszających scen w ostatnich latach.

living3

A wszystko trzyma to na swoich barkach trzyma Bill Nighy w roli Williamsa. Ten aktor znany jest ze świetnych ról drugoplanowych i bardzo rzadko pojawia się w głównej roli. Powinien to robić częściej, tworząc jedną ze swoich najlepszych ról. Na pozór bardzo flegmatyczna i powściągliwa jak (stereo)typowy Brytyjczyk, ze zmęczonym głosem niepodobnym do siebie. Ale w środku przez pewne mikrospojrzenia, drobne gesty powoli ta skorupa zaczyna pękać i dostrzegalna jest przemiana tej postaci. Bez popadania w patos czy górnolotność. Nighy’ego wspierają na drugim planie Aimee Lou Wood i Alex Sharp. Ona jest młodą urzędniczką, co zmienia pracę i tworzy zadziwiająco przyjacielską relację, z kolei on jest młodym, początkującym urzędasem, wchodzącym w całą tą procedurę. Nie można nie wspomnieć o świetnym Tomie Burke’u, czyli poszukującym weny pisarzu Sutherlanda, próbującego pomóc Williamsowi w dość hedonistyczny sposób.

living4

„Życie” to ten typ małego filmu, który może nie ma kosmicznego budżetu, efektów specjalnych, strzelania, pogoni i rozpierduchy, ale za to jest sporo serca oraz emocji. To bardziej kameralna, refleksyjna, elegancka i cicha historia o znajdowaniu sensu życia, nawet w ostatnim jego etapie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski