Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ruby Sparks

Poznajcie Calvina – to młody chłopak, który zdobył uznanie swoją debiutancką powieścią, ale obecnie przeżywa kryzys twórczy. Jego psychiatra daje mu zadanie napisania jednego zdania o osobie, która polubiłaby jego ciapowatego psa. W końcu we śnie trafia się dziewczyna imieniem Ruby. Zaczyna o niej pisać, a tydzień później materializuje się.

ruby_400x400

Brzmi jak komedia? I po części tak jest i pachnie to komedią romantyczną, ale nie do końca tak jest. Twórcy „Małej miss” w tym filmie próbują znaleźć odpowiedź na pytanie: chciałbyś mieć idealnego partnera? Drugie pytanie: co byś zmieniła w nim? Bo nasz bohater niczym demiurg kreuje swoją idealną dziewczynę, ale wszystko zaczyna się psuć, gdy próbuje ją udoskonalić. Owszem, jego prośby się spełniają, ale z czasem staje się to drażniące. Ideałów nie ma – mówią twórcy i potrafią to w bardzo przekonujący sposób pokazać. Ale w końcu dociera do Calvina to, co zrobił, jednak czy z tego wyciągnie jakieś wnioski? To pozostaje sprawą otwartą. Wszystko to okraszone piękną muzyką (piosenki francuskie), z ładnymi zdjęciami oraz solidnym montażem.

ruby_2_300x300

Także od strony aktorskiej film wypada więcej niż dobrze. Paul Dano znany jest z grania skomplikowanych chłopaków i tutaj też radzi sobie z rolą ekscentrycznego, samotnego faceta, który nie potrafi nawiązać relacji z dziewczynami. Jednak dla mnie objawieniem była Zoe Kazan (także autorka scenariusza), który wciela się w rudowłosą Ruby. Jest niemal chodzącym ideałem, szkoda, że nie jest to postać prawdziwa. Zaś sceny, w których jest poddana „tuningowi” są w jej wykonaniu świetne. A na drugim planie nie brakuje znanych aktorów jak Steve Coogan (pisarz Langdon Tharp), Elliot Gould (dr Rosenthal), Annette Bening (matka Calvina) czy Antonio Banderas (Mort, partner matki Calvina). I wszyscy wypadają naprawdę dobrze.

Ta niezależna produkcja okazała się ciekawą i fajną produkcją, która daje sporo do przemyślenia.

7/10

Radosław Ostrowski