
Coraz więcej jest artystów tzw. one hit wonders, czyli takich mających spore szczęście, gdyż zapamiętano ich dzięki jednemu utworowi. Pewnie niewielu z was mówi nazwisko Vanessa Carlton, jednak założę się, iż wszyscy znają pochodzący z 2002 roku kawałek „A Thousand Miles”. Po tym hicie z debiutanckiej płyty były jeszcze 3 albumy, jednak panna Carlton przestała być tak znana w naszym kraju. Wydany w zeszłym roku najnowszy, piąty album „Liberman” raczej tego nie zmieni.
Czy to znaczy, że nie ma tu nic wartego nastawienia uszu? Wspierana przez producentów Steve’a Osborne’a (współpraca m.in. z a-ha, Simple Minds, KT Thunstall czy Suede) i Adama Landry’ego (Hollis Brown) nagrała popowy towar, zawierający tylko 10 kompozycji. Nie pozbyto się elementów elektronicznych, jednak już w otwierającym całość „Take It Easy” użyto jej z głową (może drażnić pulsująca perkusja na początku), zgrabnie wplatając w to żywe instrumenty (gitara, smyczki, trąbka) czy w rozmarzonym „House of Seven Swords”. Vanessa nadal grywa na fortepianie, co jest sporym plusem jak w żywszym „Willows”, zwieńczonym werblowa perkusją czy delikatnym walczyku „Blue Pool”, zmieniającym nastrój z każdą sekundą. Jednak im dalej, tym bywa różnie jakościowo, a folkowe „Matter of Time” zwyczajnie mnie wynudziło. Jednym uchem zaczęły mi piosenki wychodzić z ucha (z wyjątkiem „Unlock The Lock” i pianistycznego „Ascention”), a nie o to tutaj chodzi.
Kompletnie zaskoczyło mnie jak nadal głos Carlton jest bardzo dziewczęcy, uwodzący i czarujący, dobrze współgrający z warstwą muzyczną.
Jeśli komuś się nudzi i „Liberman” się spodoba, to może kupić od razu wersje deluxe z dodatkowym krążkiem. Jego zawartość to nagrania na żywo z sesji nagraniowej, czyli te same utwory w wersji pianistycznej, przez co te same piosenki zabrzmią zupełnie inaczej niż w podstawowej edycji, co podnosi wartość „Libermana”. Dlatego ode mnie jest:
7/10
Radosław Ostrowski
