Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Czarownice z Eastwick

Eastwick to małe miasteczko gdzieś w USA – wszyscy dobrze się znają, a wieści przychodzą w ekspresowym tempie. Właśnie tutaj przyszło żyć trzem samotnym kobietom. Alex to wdowa, tworząca rzeźby. Sukie samotnie wychowuje gromadkę dzieci i pisze dla lokalnej prasy. Jane uczy muzyki w szkole i jest szarą myszką. Marzą o spotkaniu tego jedynego mężczyzny. I jak za pociągnięciem magicznej różdżki pojawia się on – tajemniczy facet, Daryl, który ma niesamowity magnetyzm, uwodząc powoli każdą z trzech dam.

eastwick1

Po sukcesie trylogii o szalonym Maxie George Miller dostał zaproszenie do Ameryki, by tam zrealizować kolejny film, czyli adaptację popularnej powieści Johna Updike’a. Niby jest tutaj magia, ale trudno nazwać nasze panie klasycznymi czarownicami. Nie są w pełni świadome swoich mocy, która działa tylko w ich obecności. Wtedy są w stanie wywołać burzę podczas nudnej uroczystości czy przywołać tajemniczego nieznajomego. Reżyser zaskakująco dobrze sprawdza się jako obserwator szarego życia w małym miasteczku, przy okazji piętnując mentalność drobnomieszczańską oraz hipokryzję, co najsilniej symbolizuje postać właścicielki gazety, Felicii Alden oraz dyrektora szkoły, zalecającego się do Jane. Nudne, spokojne i nijakie życie staje się powoli dla naszych pań balastem, z którym nie są w stanie sobie poradzić.

eastwick2

Pojawienie się tajemniczego Daryla van Horne’a wywołuje poważną zmianę: on budzi w nich kobiecość, a dokładniej bycie kochanym oraz tak potężną dawkę seksapilu, że można byłoby obdzielić całe tabuny kobiet. Tą zmianę przedstawiają nie tylko sceny uwodzenia przez mężczyznę (każdą z nich traktuje inaczej), ale też wspólna gra w tenisa, pełna wściekłości i ledwo widocznej zazdrości. Kipiało tam od emocji – czworokąt sprawia przyjemność także dla oka oglądających (to nie jest seksistowskie), ale wtedy w połowie wszystko się sypie. Bo w końcu on okazuje się draniem (bo zabił ich największą przeciwniczkę – Felicię) i odrzucają go, on się odgrywa, ale powoli wszystko wraca do normy, by ostatecznie go zgładzić. Kolejny dowód na to, że kobieca logika jest kompletnie niezrozumiała. Tak bardzo starasz się spełnić potrzeby pań, a w zamian dostajesz tylko pierze i czereśnie. Czegoś tu nie załapałem, bo ten fragment wydawał mi się zbędny (aczkolwiek scena w kościele, gdy Daryl wypluwa gorzkie refleksje na temat pań nadal trafny).

eastwick3

Imponować mogą też piękne zdjęcia oraz świetna scenografia w domostwie van Horne’a, ale i tak najbardziej pamięta się cztery postacie. Po pierwsze, Daryl – czarujący, chociaż niemłody, magnetyzujący, z porażającym spojrzeniem. To idealny materiał dla Jacka Nicholsona, który wykorzystuje swoją szansę. Także panie są tutaj urodziwe. Cher (Alex) jeszcze z czasów przed operacjami plastycznymi i Michelle Pfeiffer (Sukie) przykuwają uwagę samą obecnością, bez względu na strój. Ale największe wrażenie robi Susan Sarandon jako Jane. Wyciszona, stonowana i spokojna, a po spotkaniu z Darylem dzika, drapieżna i pewna swojej wartości. Nie do poznania.

eastwick4

Gdyby nie rozczarowujące zakończenie, „Czarownice” byłyby znakomitą satyrą oraz wyrazistym portretem kobiecości. A tak jest tylko dobre kino z intrygującymi postaciami, świetną stroną techniczną i odrobiną czarnego humoru. Lekki zawód, ale i tak porządnie wykonana przez Millera.

7/10

Radosław Ostrowski