Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski