„Anna” i wampir

To była jedna z najgłośniejszych spraw lat 70. – „wampir z Zagłębia”. Seryjny morderca kobiet, terroryzujący mieszkańców Śląska. Choć sprawcę schwytano i skazano, do dziś sprawa budzi wątpliwości, co pokazał reportaż z 1998 roku. Jednak kiedy powstawał ten film, nie było miejsca na niejasności czy zawahanie. Ale reżyser Janusz Kidawa podjął się opowiedzenia historii inspirowanej tą głośną sprawą.

„Anna i wampir” jest próbą odtworzenia tej sprawy, ale z perspektywy prowadzących dochodzenie. Część wydarzeń jest prawdziwa, twórcy mieli dostęp do akt sprawy (niektóre fotografie pokazujące sceny zbrodni są wzięte z tych akt), lecz postacie śledczych to fikcja. Naszym przewodnikiem jest kapitan Jaksa (Wirgiliusz Gryń), który zakłada specjalną grupę operacyjną do schwytania „wampira”. Doszło do kilku morderstw, lecz brakuje konkretnych poszlak, śladów czy nawet motywu. Ale cały czas brakuje jakiegoś punktu zaczepienia. Jakby zabójca był sprytniejszy, bardziej cwany albo milicja jest tak niekompetentna. Nawet stosowanie prowokacji (milicjantów w przebraniu lub po cywilnemu czy użycie noktowizorów) czy wyznaczenie nagrody nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Przekonująco udaje się twórcy pokazać jak żmudne było dochodzenie, gdzie brakuje jakiegoś przełomowego momentu. Nie pomagają ani przełożeni, ani żadne „nowoczesne” metody.

Za to panuje stan psychozy, gdzie samo pojawienie się mgły zwiastuje zagrożenie. Morderca pojawia się i atakuje niespodziewanie – nie wiadomo dlaczego, czym. Widzimy jego twarz, ale nie wiemy o nim nic. To wywołuje frustrację, nasila paranoję (oczekiwanie na żonę na przystanku, rozmowa w kolejce czy ucieczka i zamknięcie się świadka zabójstwa), zaś stróże prawa zderzają się z murem. Nie brakuje mniej przyjaznych obrazków milicji jak wymknięcie się sprawcy podczas obławy czy niemal pobicie na śmierć podejrzanego, więc nie spodziewajcie się czystej propagandowej agitki. Jest parę mocnych dialogów, niemal paradokumentalne zdjęcia oraz nieprzyjemna muzyka Henryka Kuźniaka budują klimat. Tak samo jak bardzo zadziwiające, niejednoznaczne zakończenie, przynajmniej dla mnie.

Ponieważ jest to stary film z Polski, to nie za dobrze radzi sobie dźwięk. Wiem, że Kidawa idąc ku realizmowi nagrywał dźwięk bezpośrednio z planu i nie było czegoś, co kiedyś nazywało się post-synchronami. Innymi słowy, wszystko nagrywano na planie, zaś dialogi później nagrywano w studio. Tutaj tego nie zrobiono, przez co parę wypowiadanych słów brzmi niewyraźnie (a nawet jak w scenie oględzin miejsca zbrodni, dialogi się nakładają). Ale dla mnie to najpoważniejsza skaza „Anny i wampira”.

A mimo lat film nadal dobrze się trzyma. Między innymi dzięki świetnemu aktorstwu, ze szczególnym wskazaniem na Wirgiliusza Grynia. Jego Jaksa to bardziej wycofany, miejscami melancholijny śledczy, próbujący metodycznie podejść do sprawy. Aktor ma w sobie tyle charyzmy, że zawłaszcza każdą scenę. Oprócz niego nie można nie wspomnieć solidnego Jerzego Treli (porucznik Szłapowicz), dobrego Leona Niemczyka (major Dobija) czy świetnego Edwarda Skargę (milicjant Bogdan Drozda). Zaskakująco mroczny kryminał z czasu PRL-u, choć będący mocno w kontrze do „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. I można go obejrzeć z dziełem Pieprzycy jako double feature, by pokazać jak jeden temat można ugryźć na różne sposoby.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wizja lokalna 1901

Małe miasteczko Września w roku 1901 stało się bardzo znane na całej Europie. A cóż to się stało? Otóż dzieci w tamtejszej szkole zbuntowały się przeciwko nauczaniu religii w języku niemieckim. Dokładnie jedna z klas 7, do której dołączyła druga klasa, gdzie uczy się trójka naszych bohaterów (Antek, Kacper i Bronka). Jak reagują władze szkoły na tą całą sytuację? O tym próbuje opowiedzieć film Filipa Bajona z 1980 roku „Wizja lokalna 1901”.

wizja lokalna 1901-2

Tytuł może sugerować, że mamy do czynienia z rekonstrukcją wydarzeń, jednak trudno to jednoznacznie ocenić. Reżyser bardziej skupia się na budowaniu atmosfery niż ścisłego trzymania się faktografii i ścisłego przebiegu wydarzeń. Dlatego wiele razy przeskakujemy w różne miejsca (od szkoły przez wiec po siedzibę burmistrza), parę razy dochodzi do złamania czwartej ściany i obserwujemy z każdej możliwej perspektywy. To może wydawać się chaotycznym zagraniem, a wiele dialogów jest w języku niemieckim, co też dezorientuje. Więc po co realizować taki film? By pokazać jakie metody zastraszania i manipulacji stosowano, by złamać uczniów.

wizja lokalna 1901-1

W potęgowaniu tego poczucia represji i psychologicznego terroru pomagają bardzo surowe zdjęcia oraz niemal stonowane kolory. Imponująco prezentują się szkolne sale, niemal żywcem odtworzone ze zdjęć. Narracja prowadzona jest skokowo, co dla mnie mocno dezorientowało i kilka razy gubiłem się w czasie. To jest mój największy zarzut, bo przez ten chaos traciłem zainteresowanie. Wrażenie robią sceny w szkole, gdzie nauczyciele próbują złamać opór uczniów: od prostej perswazji przez stosowanie kar cielesnych po zastraszenie rodziców. To jest przykład pruskiej siły, z bezwzględnością dążącej do podporządkowania ludności swojego kraju.

wizja lokalna 1901-3

I jest to więcej niż dobrze zagrane, także w przypadku dzieci, co nie jest u nas normą. Ale mamy tutaj także imponującą grupę rozpoznawalnych aktorów z Tadeuszem Łomnickim (baron Mossenbach, burmistrz miasteczka), Danielem Olbrychskim (ksiądz Paczkowski) oraz niezawodnym Jerzym Stuhrem (radca Wagner) na czele. Jednak najbardziej wyraziste, wręcz demoniczne postacie to bardzo śliski nauczyciel Koralewski (mocny Zdzisław Wardejn) oraz inspektor Winter w zaskakującej interpretacji Wiesława Drzewicza. Nie chcielibyście spotkać takiej osoby w życiu.

„Wizja lokalna 1901” wydaje się być wprawką do „Poznania 56”, gdzie Bajon także prezentował ważne wydarzenie historyczne z bardziej przyziemnej perspektywy. Bez wielkiej polityki oraz poważnych ludzi władzy, lecz czasami w sposób mocno dezorganizujący fabularną konstrukcję. Niemniej w tej nieszablonowej formie jest coś frapującego.

7/10

Radosław Ostrowski

Żywot Mateusza

Co jakiś czas pojawia się taki skromny, niepozorny film. Akcji w nim praktycznie nie ma, ale przykuwa uwagę. Tak mam z debiutem filmowym nakręconym w 1967 roku. jego bohaterem jest rodzeństwo: Mateusz i Olga. Mieszkają sobie gdzieś na poboczu wsi i prują wiązać koniec z końcem. On czuje silną więź z przyrodą i przewozi ludzi przez rzekę, ona robi swetry. Jakoś tak sobie żyją, ale wszystko się zmieniać, co natura niejako przekazuje.

zywot mateusza1

Debiutujący tym filmem Witold Leszczyński zaskoczył wszystkich. „Żywot Mateusza” klimatem przypomina kino skandynawskie – bardzo stonowane, wręcz ascetyczne w formie. Ale jednocześnie to wszystko wydaje się takie piękne, poetyckie, poruszające. Wszystko tutaj skupia się na małych rzeczach, pięknych krajobrazach oraz zwykłych, codziennych czynnościach. Ale opowieść poznajemy z perspektywy Matisa. To człowiek, który jak dziecko patrzy na świat: na drzewa, rośliny, ptaki. Jakby były dla niego częścią samego siebie. Jednak coraz bardziej docierają sygnały niszczące naturę: wielki ptak zostaje zastrzelony, drzewo zostaje rażone piorunem, nad głową lecą samoloty. Brat z siostrą coraz bardziej zaczynają się oddalać od siebie. Przestają się rozumieć, a dla Mateusza świat staje się coraz ciaśniejszy. Dla bohatera finał może być tylko jeden i to jest jedno z najbardziej poruszających zakończeń w polskim kinie.

zywot mateusza3

Jeszcze bardziej uderza tutaj forma: ascetyczna, a jednocześnie bardzo bogata kompozycja kadrów. Niby zdjęcia są czarno-białe, ale przyroda wygląda tutaj zachwycająco. Nadal jest tutaj wiele symboli (ptak, drzewo), dodających drugiego dna, lecz i bez nich film jest bardzo ciekawy. Z każdą minutą coraz bardziej poznajemy więź Mateusza z naturą, co wywołuje konflikt z siostrą. Zderzenie coraz bardziej obecnej cywilizacji z przyrodą staje się coraz bardziej bolesne. I nawet fantastyczna muzyka nie jest w stanie pozbyć wrażenia fatalizmu.

zywot mateusza2

Ten film nie działałby tak wspaniale, gdyby nie Franciszek Pieczka w roli tytułowej. Pełen entuzjazmu dziecka dorosły mężczyzna, nie potrafiący się dostosować do reguł współczesnego świata. Traktowany jako pocieszny idiota, to nadwrażliwiec z inną perspektywą na świat. Nie potrafi go zrozumieć Olga (zjawiskowa Anna Milewska), która darzy go miłością, ale bardziej stąpa po ziemi. Łatwiej się dostosowuje się do świata, choć nie jest to dla niej łatwe. Niemniej czuć harmonię w tym wszystkim.

zywot mateusza4

Zabrzmi to może dziwnie, ale debiut Leszczyńskiego to najbardziej skandynawski film produkcji polskiej. Bardziej skupione na budowaniu atmosfery i klimatu niż klasycznie rozumianej fabule, co dla wielu może być problemem. Ale nie dajcie się zwieść wiekowi produkcji ani czarno-białym zdjęciom. Zanurzcie się w tym doświadczeniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem autora zdjęć Andrzeja Kostenki. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.