Wojciech Jerzy Has

Reżyser i scenarzysta filmowy.

Urodzony 1 kwietnia 1925 roku w Krakowie. Syn restauratora. Podczas okupacji niemieckiej studiował w krakowskiej Szkole Handlowej, a gdy ta została rozwiązana w 1943 roku, w Szkole Przemysłu Artystycznego (zakonspirowana Akademia Sztuk Pięknych). Po zakończeniu wojny zapisał się do przywróconej ASP oraz na Kurs Przeszkolenia Filmowego kierowany przez Stanisława Furmanika. W ramach zajęć Has mógł obejrzeć filmy przechwycone przez Antoniego Bohdziewicza z hitlerowskiego biura propagandy Film und Propaganda jak Ludzie za mgłą (1938) Marcela Carne, Jej pierwszy bal (1937) Julien Delivera czy Iwana Groźnego (1944) Siergieja Eisensteina. Kurs ukończył w lipcu 1946 roku i rok później przerwał studia w ASP. Po drodze jeszcze pracował jako asystent operatora Polskiej Kroniki Filmowej.

Początki filmowej kariery reżysera Pętli jednak nie należały do łatwych. Zaczął jako asystent reżysera przy filmie Dwie godziny (1946) Stanisława Wohla. Produkcja nie trafiła jednak do dystrybucji, jednak Wohl polecił Hasa Jerzemu Zarzyckiemu przy pracy nad Zdradzieckim sercem opartym na prozie Edgara Allana Poe. Film nigdy nie powstał z powodu śmierci aktora grającego główną rolę, Stanisława Grolickiego, lecz Has został zarekomendowany Eugeniuszowi Cękalskiemu – opiekunowi artystycznemu jego pierwszego krótkiego metrażu. Nakręcona w 1947 roku Harmonia spotkała się z dezaprobatą filmowca, który zarzucił Hasowie formalizm i zablokował dystrybucję filmu. Podczas starań o realizację filmu, twórca Pożegnań poznał Jerzego Bossaka – szefa artystyczno-programowego „Film Polski”. Kiedy Has razem ze Stanisławem Różewiczem przygotowywali dokument Ulica Brzozowa (1947), ten pierwszy został najęty jako realizator w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Sytuacja jednak się zmieniła, kiedy Bossak został pozbawiony stanowiska, a jego miejsce zajęła Ruta Radkiewiczowa, żona ministra bezpieczeństwa publicznego. Wskutek donosu Has za karę został zesłany do Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi, gdzie tworzył filmy dokumentalne, instruktażowe i oświatowe.

A potem przyszedł rok 1955, kiedy zaczęły powstawać pierwsze zespoły filmowe. Początkowo Has związał się z kierowanym przez Jerzego Zarzyckiego ZF „Syrena”, gdzie przygotowywał swój pełnometrażowy debiut na podstawie scenariusza Danuty Ścibor-Rylskiej Ziemia. Tekst miał rysy kina socrealistycznego: wyzyskiwani przez kułaka parobkowie przechodzą do spółdzielni produkcyjnej, gdzie prowadzą lepsze życie od niego. Problem w tym, że scenopis wykonany przez Hasa tak mocno odbiegał od założeń, iż projekt został mu odebrany. Rozczarowany reżyser odszedł z „Syreny”, ale otrzymał propozycję współpracy od Ludwika Starskiego – kierownika artystycznego ZF „Iluzjon”. Has do współpracy zaprosił znanego pisarza Marka Hłaskę, po czym obaj przyszli ze wstępnym scenariuszem do kierownika literackiego zespołu, Stanisława Dygata. I tak powstała Pętla, a następnie – za namową autora zdjęć, Mieczysława Jahody – Pożegnania. Po tym reżyser związał się z kierowanym przez Jerzego Bossaka ZF „Kamera”.

Od 1974 roku Has zaczął pracę jako wykładowca w łódzkiej Filmówce na Wydziale Reżyserii. W latach 1989-90 został dziekanem tego wydziału, zaś w latach 1990-96 pełnił funkcję rektora uczelni. Wśród filmów, które twórca objął opieką artystyczną uczelni były takie dzieła jak Indeks (1977) Janusza Kijowskiego, Listopad (1992) Łukasza Karwowskiego, Rozmowa z człowiekiem z szafy (1993) Mariusza Grzegorzka, Torowisko (1999) Urszuli Urbaniak czy Szczęśliwy człowiek (2000) Małgorzaty Szumowskiej. Do tego w latach 1981-87 był kierownikiem artystycznym Zespołu Filmowego „Rondo”. Poza swoimi filmami powstały tam m.in. Matka Królów (1982) Janusza Zaorskiego, Yesterday (1984), Kochankowie mojej mamy (1985) i Pociąg do Hollywood (1987) Radosława Piwowarskiego oraz Oszołomienie (1988) Jerzego Sztwiertni.

Wojciech Jerzy Has zmarł 3 października 2000 roku w Łodzi. Początkowo miał być pochowany na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie, ostatecznie ceremonia pogrzebowa odbyła się 10 października 2000 na cmentarzu komunalnym w Dołach w Łodzi. Zostawił po sobie trzecią żonę, Wandę Ziembicką.

Do grona regularnych współpracowników należeli: scenografem Jerzym Skarżyńskim, montażystką Zofią Dwornik, kompozytorami Lucjanem Kaszyckim i Jerzym Maksymiukiem, operatorem Mieczysławem Jahodą, Stefanem Matyjaszkiewiczem i Grzegorzem Kędzierskim, kostiumologiem Lidią Skarżyńską, Magdaleną Biedrzycką i Marią Nowotny; dźwiękowcem Bohdanem Bieńkowskim i Januszem Rosołem oraz aktorami – Gustawem Holoubkiem, Ireną Orską, Ireną Netto, Władysławem Dewoyno, Józefem Pierackim, Zdzisławem Maklakiewiczem, Adamem Pawlikowskim, Krzysztofem Litwinem, Zbigniewem Cybulskim, Beatą Tyszkiewicz, Barbarą Krafftówną i Elżbietą Czyżewską.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Wojciecha Jerzego Hasa – od najsłabszego do najlepszego.

Miejsce 14. – Złoto (1961)

Na pierwszy rzut oka to prosta opowieść, skupiająca się wokół młodego chłopaka, który próbuje znaleźć swoje miejsce na ziemi. Ostatecznie trafia do kombinatu w okolicy kopalni węgla brunatnego. Jednak zaadaptowanie się w nowym środowisku nie jest proste. Has pozornie idzie w stronę produkcyjniaka, jednak próbuje stworzyć dramat psychologiczny. Główny bohater grany przez Władysława Kowalskiego ma pewną tajemnicę, ale fabuła była pretekstowa, tło ledwo liźnięte, zaś postacie pozbawione głębi. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany (1985)

Has i horror? Adaptacja powieści Jamesa Hogga miała potencjał na intrygujące kino. Historia skupia się wokół Robert (Piotr Bajor), który opowiada historię swojego życia po śmierci. Wychowywany przez dewotkę oraz pastora, przekonany o wyższym celu, trafia na tajemniczego Nieznajomego (Maciej Kozłowski). Ta mieszanka grozy, dramatu historycznego oraz – w założeniach – traktatu o łatwo można wpaść w sidła zła poprzez pychę i arogancję. Ale problem w tym, że reżyser przedstawia to wszystko w sposób mętny i nieczytelny. Z masą metaforycznych dialogów, symboli oraz teatralnego aktorstwa. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Pismak (1984)

Tytułowym pismakiem jest Rafał (Wojciech Wysocki), związany z pismem „Djabeł”, który publikuje antyklerykalne i antypaństwowe treści. W zaborze rosyjskim podczas I wojny światowej. Zostaje aresztowany i trafia do celi, gdzie razem z nim przebywają były zakonnik Syskstus (Jan Peszek) oraz legendarny kasiarz Szpicbródka (Zdzisław Wardejn). Has jest bardzo kameralny, oszczędny w formie dramat psychologiczny w ograniczonej przestrzeni. Granica między jawą a snem zaczyna się zacierać, w tle mamy kwestie winy i kary, ale powolne tempo oraz mętne zakończenie. Sytuację ratuje świetna obsada, szczególnie Wardejn, Peszek, a także drobne role Gustawa Holoubka i Janusza Michałowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Niezwykła podróż Baltazara Kobera (1988)

Ostatni film w dorobku Hasa, będący koprodukcją polsko-francuską. Adaptacja powieści Fredericka Tristana skupia się wokół młodego chłopaka z małego miasteczka. Jąkała, który… widzi anioły i wydaje się, że jest przeznaczony do nieprzeciętnych rzeczy. Odkąd trafia na studia do seminarium jest świadkiem niezwykłych rzeczy. Trudno nie zauważyć, że „Niezwykła podróż…” mocno przypomina „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Inkwizycja, kabaliści, wolnomularze, Niebo, Piekło. Jest mętnie i tajemniczo, ale jednocześnie trudno mi było oderwać oczy. Pięknie wizualny, z fantastyczną muzyką oraz naprawdę dobrym aktorstwem. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Wspólny pokój (1959)

Tym razem Has bierze na warsztat powieść Zbigniewa Umiłowskiego, będącą portretem aspirujących, młodych literatów w przedwojennej Warszawie. Do pokoju pełnego takich ludzi trafia Lucjan Salis (Mieczysław Gajda), próbujący pracować nad nowym dziełem. A jednocześnie ma nawrót gruźlicy. Film naładowany dialogami, bardzo kameralny i pokazujący jałowe życie młodych ludzi, którzy o czymś marzą, planują, myślą, ale nie potrafią zrobić nic ponad to. Problem w tym, że nie byłem w stanie się emocjonalnie zaangażować. Technicznie i aktorsko bez zarzutu, lecz czegoś mi tu zabrakło. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Rozstanie (1960)

„Komedia sentymentalna” – ten podtytuł raczej nie jest czymś, czego można było się spodziewać po filmie Hasa. Historia skupia się wokół starszej aktorki, która wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb dziadka. Jej rodzina bardzo chce, by kobieta została w odziedziczonym domu, ale to nie będzie łatwe. Po drodze jeszcze pojawia się pewien młody chłopak. To jeden z bardziej uroczych filmów w dorobku reżysera, pełen ciepłego humoru, zaś w tle mamy zderzenie dawnego świata z nową rzeczywistością. Zaś między Lidią Wysocką a Władysławem Kowalskim jest mocna chemia, a na drugim planie jest masa wyrazistych postaci ze wskazaniem na Holoubka i Pawlikowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Szyfry (1966)

Druga z produkcji Hasa, która polemizuje z „polską szkołą filmową”. Podążamy za Tadeuszem (Jan Kreczmar) – mieszkającym w Londynie imigrancie, który nie utrzymuje kontaktu z pozostawioną w kraju rodziną. Zmuszony jest wrócić do Krakowa przez list od syna (Zbigniew Cybulski), opisującym coraz pogarszający się stan matki, która nie potrafi się pogodzić ze śmiercią drugiego syna. Próba rozwikłania tajemnicy okaże się trudnym zadaniem. Mamy tu zderzenie dwóch perspektyw – ludzi, co przeżyli okupację i imigrantów, dla których jest to kompletnie nieznane doświadczenie. Dla tych drugich słowa pierwszych brzmią jak tytułowe szyfry. Plus dwie niezapomniane sceny oniryczne. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Nieciekawa historia (1982)

Pierwszy po 10 latach przerwy film Hasa, oparty na opowiadaniu Antoniego Czechowa. Podstarzały profesor medycyny (świetny Gustaw Holoubek) dokonuje bilansu swojego życia. A ten nie wypada zbyt pomyślnie. Bardzo kameralny dramat psychologiczny o poczuciu jałowości egzystencji i przegraniu życia. Najbardziej melancholijny film w dorobku reżysera, pięknie sfotografowany i zagrany. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Pożegnania (1958)

Pamiętasz była jesień – to z tego filmu pochodzi ta piosenka. Ale to nie jedyna niezapomniana rzecz w tej adaptacji powieści Stanisława Dygata. Dwoje młodych ludzi z różnych światów – on z klasy inteligenckiej, ona fordancerka. Coś między nimi zaczyna iskrzyć, jednak spełnienia nie będzie. Po części z powodu wybuchu wojny. Zadziwiająco delikatny i poruszający melodramat z wojną w tle, która niszczy wiele rzeczy. Oczekiwania, nadzieje, plany i miłości. Ale może jest jest szansa na to, że jeszcze ta para się zejdzie? Fantastyczny duet Tadeusz Janczar/Maria Wachowiak, świetny drugi plan oraz Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Lalka (1968)

Adaptacja jednej z najgłośniejszych powieści Bolesława Prusa, czyli historia niespełnionej miłości między zamożnym kupcem Wokulskim (Mariusz Dmochowski) a zubożała arystokratką Łęcką (Beata Tyszkiewicz). To także pierwszy film Hasa nakręcony w kolorze. Przede wszystkim historia próby wejścia do środowiska, które patrzy na kogoś innego więcej niż krzywo. Jak zawsze bogata w detale scenografia, pokazująca bardzo naturalistycznie Warszawę drugiej połowy XIX wieku, piękne kostiumy oraz bardzo wyraziste aktorstwo z masą drobnych epizodów. Nim zobaczymy nową wersję z Marcinem Dorocińskim, warto sobie przypomnieć tą interpretację. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Pętla (1957)

Pełnometrażowy debiut reżysera na podstawie dzieła Marka Hłaski. Czyli jeden, bardzo dzień z życia Kuby (Gustaw Holoubek) – nałogowego alkoholika. Następnego dnia ma pójść na odwyk, ale musi tą dobę wytrzymać. A wierzcie mi, to nie będzie proste. Już tutaj widać jak bardzo skupionym oraz precyzyjnym reżyserem jest Has. „Pętla” jest bardzo mrocznym i najbardziej depresyjnym portretem uzależnienia jaki widziałem (bardziej niż „Zostawić Las Vegas” czy „Pod mocnym aniołem”), przypominający senny koszmar przeżywany w nieskończoność. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Sanatorium pod Klepsydrą (1973)

Do tytułowego sanatorium przybywa Józef (Jan Nowicki), by odwiedzić swojego umierającego ojca (Tadeusz Kondrat). Lecz samo miejsce jest dość osobliwe: niby jest lekarz i pielęgniarki, ale te ściany popękane, jakieś mchy, kurze. A potem Józef otwiera drzwi na zewnątrz ogrodu i… trafia do zupełnie innego świata. Opierając się prozie Bruno Schulza reżyser prowadzi bohatera do świata, który bezpowrotnie odszedł. Świata żydowskich społeczności, wspomnień z dzieciństwa, gdzie rzeczywistość i sny mieszają się ze sobą. To brzmi jak mieszanka, którą mogli spłodzić David Lynch, Terry Gilliam i Andrzej Żuławski, a wszystko fenomenalnie nakręcone przez Witolda Sobocińskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)

Piętrowa opowieść w ramach opowieści w ramach opowieści według epickiej (ponad 900 stron) prozy hrabiego Jana Potockiego oraz zwariowana mieszanka komedii, kina przygodowego i… horroru. A wszystko skupia się wokół młodego oficera Alfonsa van Wordena, który wyrusza do Madrytu. Po drodze trafia do gór Sierra Morena, uważanych za nawiedzone. A potem dzieją się rzeczy nie z tego świata – islamskie księżniczki, opętani, pustelnicy, Inkwizycja, kabaliści, ożywieni wisielcy. Do tego jeszcze ludzie opowiadają swoje historie, które otwierają kolejne i kolejne. Produkcja do wielokrotnego oglądania, gdzie można więcej wyłuskać. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Jak być kochaną (1962)

Chyba największa niespodzianka tego zestawia. Na podstawie utworu Kazimierza Brandysa, film opowiada historię aktorki Felicji (rewelacyjna Barbara Krafftówna), której losy obejmują okres przedwojenny, okupacji i współczesność. Dziewczyna podczas okupacji miała ukryć aktora Rawicza (Zbigniew Cybulski), w którym się podkochiwała. Ale nie jest to miłość odwzajemniona. Mimo upływu lat to bardzo porażające kino, bardzo powolne, precyzyjnie napisane, wykonane oraz zagrane. Aż sam jestem zdziwiony, że tak bardzo mi się spodobał. Recenzja tutaj.

Sam Wojciech Jerzy Has to twórca tak osobliwy, że w zasadzie trudno go wcisnąć w jakąś szufladkę. Od bardzo kameralnych dramatów psychologicznych po bardzo wystawne, wręcz wysokobudżetowe produkcje z bardzo szczegółową scenografią i kostiumami. Reżyser w swoich dziełach często porusza kwestie czasu, miesza jawę ze snem, wpuszczając się w surrealistyczne rewiry. Nawet jeśli nie zawsze jest on jasny i czytelny, to jednak nie można odmówić uroku, unikalnej estetyki i wręcz wizjonerstwa.

A jakie są wasze ulubione filmy Wojciecha Jerzego Hasa? Tak jak u mnie? A może zupełnie inaczej? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Rękopis znaleziony w Saragossie

Dość długo zwlekałem z sięgnięciem po ten najgłośniejszy film w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na szkatułkowej powieści hrabiego Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie” to najbardziej odjechany, psychodeliczny film, którego nie powstydziliby się filmowi surrealiści czy wariaci pokroju Davida Lyncha. Tylko, że nakręcony w Polsce lat 60.

Punktem wyjścia jest podróż nowego kapitana gwardii walońskiej, Alfonsa van Wordena (Zbigniew Cybulski) do Madrytu. Przedziera się przez góry Sierra Morena, uważając ją za najkrótszą drogę do celu. Problem w tym, że okolica uważana jest za nawiedzone miejsce. Ale nasz oficer to szlachcic, który nie wierzy w taką ciemnotę i nie jest go w stanie nic przekonać do zmiany swoich planów. Po drodze trafia na oberżę, gdzie straszy. Tak straszy, że właściciel z żoną nocą idą do najbliższego miasteczka. I kapitan na własnej skórze przekona się, iż istnieją rzeczy nie z tego świata. Wszystko przez kobietę, a nawet dwie – muzułmańskie księżniczki, co nie wyparły się swojej wiary w Allaha. Uczta oraz napój, przez który obudzi się rankiem… przy szubienicy. I to więcej niż raz.

Has tworzy coś, co dużo później Barbara Białowąs określi jako „film o filmie w ramach filmu”. Co przez to mam na myśli? Dużo sporo postaci opowiada o sobie, swoich przygodach i tam pojawia się inna postać, zaczynająca snuć kolejną opowieść. To się strasznie gmatwa, komplikuje oraz wywołuje kompletny mętlik w głowie – mojej, a także samego van Wordena. Każda z tych opowieści niby dotyczy hiszpańskiego społeczeństwa XVII wieku, jednak ciężko oderwać uszy oraz oczy. Jest tu masa barwnych oraz wyrazistych postaci – pustelnik mieszkający w opuszczonej kaplicy (Kazimierz Opaliński), „nawiedzony” Paszenko (Franciszek Pieczka), zaczytany w romansach kupiec don Lopez (Krzysztof Litwin), uwodzicielska Frasquetta (Elżbieta Czyżewska), wreszcie tajemniczy kabalista (Adam Pawlikowski) oraz król Cyganów (Leon Niemczyk). A po drodze jeszcze ożywieni wisielcy, rabusie, święta Inkwizycja, wezyr, usypiające napoje. Jakbyśmy razem z van Wordenem znaleźli się w jakiejś pętli, z której nie da się wyrwać.

I tutaj Hasowi udaje się zbudować niepokojącą atmosferę tajemnicy, niesamowitości. W tle jeszcze wchodzi mieszanka symfonicznej muzyki z raczkującą elektroniką w tle, która działa. Jak zwykle u tego reżysera nie zawodzi strona wizualna: imponująca scenografia i kostiumy (a także rysowane ryciny – piękne) przez bardzo surowe krajobrazy górskie aż po proste, ale bardzo przemyślane ruchy kamery. Reżyser jest bardzo pewny w tym, co i jak chce zaprezentować. Choć czasem bywają momenty, że film wygląda niczym spektakl teatralny (szczególnie we wnętrzach), ale to dodaje mu pewnego uroku. A jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane – w zasadzie tu mógłby w zasadzie wpisać same nazwiska, bo tu każdy ma swoje przebłyski, także wymienieni wyżej ludzie. Jednak dla mnie całość – poza kradnie rewelacyjny Zdzisław Maklakiewicz w roli natrętnego, ale bardzo zaradnego i wygadanego don Busquerosa. Jego energia jest bardzo zaraźliwa z każdą obecnością.

Od razu powiem, że „Rękopis…” nie jest łatwym filmem do rozgryzienia i za pierwszym razem można się od niego odbić albo zniechęcić. Jednak ta mieszanka komedii, kina przygodowego oraz kostiumowego z dużą dawką surrealizmu imponuje skalą, techniczną biegłością i klimatem tak specyficznym, że nie da się go opisać. To zdecydowanie kino do wielokrotnego oglądania, gdzie można będzie odkryć kolejne warstwy, znaczenia, tajemnice.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niezwykła podróż Baltazara Kobera

Ostatni film Wojciecha Jerzego Hasa wydaje się znów krążyć między tym, co rzeczywistością a snem. Tym razem reżyser „Pętli” wziął na warsztat powieść Fredericka Tristana, przy współpracy z francuskim studiem oraz aktorami. W efekcie powstała dziwna mieszanka, która jest troszkę lepsza od horrorowego „Osobistego pamiętnika grzesznika…”, lecz nie do końca spełnia oczekiwania.

Kimże jest ten tytułowy Baltazar Kober? To młody chłopiec (Rafał Wieczyński) z XVI-wiecznego Budziszyna, który jest wyjątkowy i przeznaczony do rzeczy niezwykłych. Jak bardzo jest to nieprzeciętny indywidualista? Już na samym początku widzi on… archanioła Gabriela (Marek Barbasiewicz), który mu towarzyszy w różnych próbach. Trafia po różnych częściach Europy: od studiów w seminarium przez poznanie grupy komediantów aż po ściganego przez Świętą Inkwizycję alchemika Cammerschulze (Michael Lonsdale mówiący głosem Gustawa Holoubka).

I jak to zwykle u Hasa historia przeskakuje z miejsca na miejsce, gdzie sami zaczynamy się gubić między rzeczywistością a oniryzmem. A sam film próbuje przedstawić dojrzewanie młodego człowieka, odkrywającego życie we wszystkich kolorach. Od prób zgłębiania wiedzy, śmierć rodziny (ich duchy, w tym macochy nawiedzają go) przez poznanie specjalistów przez wszelkie zwidy (zarówno archanioła, jak i tajemniczego Flamanda, będącego… sługą Szatana) aż trafia do Wenecji. Dużo jest tu dialogów pełnych filozoficznych rozważań czy metafor, które bywają mocno hermetyczne. I to wszystko jeszcze nafaszerowane symboliką, czyniącą całość jeszcze bardziej tajemniczą. Bo mamy tu i walkę dobra ze złem, rozumu z sercem, gdzieś w tle jest Inkwizycja, ograniczająca dostęp do wiedzy, Niebo, Piekło, walka o duszę.

Trudno odmówić „Podróży” technicznej biegłości oraz wizualnego piękna – to najładniejszy film Hasa z lat 80.: od szczegółowej scenografii i dekoracji przez pracę kamery aż po kostiumy oraz charakteryzację. Jeszcze w tle gra przepiękna muzyka Zdzisława Szostaka, która zostaje bardzo długo w głowie. Nawet francuscy aktorzy z polskimi głosami nie wywołują zgrzytu – w szczególności niezawodny Lonsdale oraz wręcz diabolicznie wyglądający Daniel Emilfork (rektor). Zaś polska ekipa kompletnie nie odstaje, choć najbardziej zapadł mi w pamięci Jerzy Bończak (Flamand), śliczna Adrianna Biedrzyńska (Rosa) i niezawodny Henryk Machalica (ojciec Baltazara). Jedynym słabszym ogniwem są dzieci (ze wskazaniem na młodszego brata Baltazara) oraz Rafał Wieczyński w roli tytułowej, który mocno odstaje od reszty.

Coraz bardziej tu widać, że pod koniec swojej działalności Has bardziej skupiał się na onirycznej atmosferze niż na historiach, które miały podbić uwagę oraz serca szerokiej widowni. Niemniej „Niezwykła podróż Baltazara Kobera”, choć bardziej mi przypominała mieszankę Lyncha i Lecha Majewskiego, to jednak potrafi zaciekawić. Lecz trzeba mocno uzbroić się w cierpliwość.

6/10

Radosław Ostrowski

Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany

Chyba dawno nie widziałem takiego przerostu ambicji oraz możliwości niż w przypadku „Osobistego pamiętnika grzesznika” Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na powieści Jamesa Hogga opowieść miała się skupić wokół życia człowieka w grzechu, podatności na wpływy Szatana. Tylko, że coś tutaj nie do końca zagrało.

Wszystko zaczyna się nocą, kiedy zostaje wykopane ciało lekko gnijącego nieboszczyka. Dowódca gwardii ma znaleźć tytułowy pamiętnik, lecz Robert (Piotr Bajor) zamiast wręczyć go bez wahania, zaczyna opowiadać swoją historię. Urodził się w rodzinie głęboko religijnej, że się tak wyrażę. Matka (Hanna Stankówna) była mocno oddana Bogu oraz modlitwom, zaś ojciec (Janusz Michałowski) był pastorem. Nie był jednak mężem kobiety, gdyż ten zostawił ją po tym, jak zapłodnił ją przemocą. Ale spokojne życie młodzieńca zmieniło się wraz z pojawieniem się tajemniczego nieznajomego (Maciej Kozłowski), który potrafi zmienić się w niego. Wtedy zaczynają dziać się dziwaczne rzeczy.

Reżyser znowu idzie w poetycko-surrealistyczną stylistykę, dodając do mieszanki estetykę kostiumowego kina grozy. Mamy tutaj próbę podjęcia tematów związanych z życiem w grzechu i nieczystości, hipokryzji oraz podatności na zło. A wszystko pokazane z perspektywy młodzieńca, który jest przekonany o swojej wyjątkowości. Brzmi to bardzo intrygująco, dialogi pełne są poetyckich metafor, także wizualnie wygląda to bardzo dobrze: od bardzo szczegółowej scenografii i dekoracji aż po płynną pracę kamery. Problem w tym, że to wszystko zmierza donikąd. Historia dzieje się w sposób urywany sposób, gdzie granica między jawą a snem się zaciera, zaś wiele istotnych wydarzeń rozgrywa się poza kadrem, wywołując jeszcze większy mętlik w głowie. Do tego samo aktorstwo jest strasznie teatralne i sztuczne (szczególnie w wykonaniu Bajora, który jest strasznie sztywny), które może by pasowało do XVII czy XVIII wieku, czyli epoki rozgrywania akcji. Niemniej nie jest to żadne usprawiedliwienie.

Dla mnie „Osobisty pamiętnik grzesznika…” to największe rozczarowanie w dorobku Hasa. Choć ma ładne ujęcia czy porządne technikalia, to scenariusz i reżyseria ciągną ten film w dół. Mętny, zbyt zintelektualizowany, nieczytelny tytuł, wywołujący we mnie przebitki z „wybitnych” dzieł Lecha Majewskiego. A nie jest to dobre skojarzenie.

5/10

Radosław Ostrowski

Pismak

Pismak – pejoratywne określenie na dziennikarza. Taki też tytuł dostał nakręcony w 1984 roku film Wojciecha Jerzego Hasa, oparty na powieści Władysława Terleckiego, który także napisał scenariusz. I jest to niby kolejny dramat psychologiczny, który – jak poprzednia „Nieciekawa historia” – jest bardzo kameralny oraz stonowany. Ale jednocześnie mamy pewne odloty ku oniryzmowi.

Akcja toczy się w czasie I wojny światowej i skupia się wokół tytułowego dziennikarza Rafała (Wojciech Wysocki). Mężczyzna wydaje satyryczne pismo „Djabeł”, w którym – jako Belzebub – pisał antyklerykalne i antysystemowe poglądy. I za te treści zostaje aresztowany przez władze. Trafia do sporej celi zwanej „salonem”, gdzie przebywają znany kasiarz (Zdzisław Wardejn) oraz były mnich Sykstus (Jan Peszek). Mężczyzna planuje wykorzystać sytuację jako tło do napisania swojej pierwszej powieści.

I w zasadzie to tyle w kwestii fabuły, która skupia się na naszym dziennikarzu w zamknięciu. „Pismak” z jednej strony jest mocno zamknięty w niemal jednym miejscu (więzienie – aczkolwiek cela jest duża), ale z drugiej zaciera się granica między wizjami a rzeczywistością. Z więziennej celi nagle trafiamy do pociągu, gdzie jest ze swoją partnerką oraz pisarzem. Albo jesteśmy w ogrodzie. Reżyser próbuje tutaj wejść w umysł człowieka, który zarówno ma wielkie ambicje, próbuje nadać sens swojemu życiu i – być może – ma coś więcej do ukrycia niż tylko wydawanie nieprzyzwoitej prasy. Jeszcze jest tu kwestia winy i kary, ciągle namacalne poczucie izolacji oraz ciągła dezorientacja. Niby wszystko tu wygląda jak trzeba w warstwie technicznej – od bardzo stonowanych zdjęć, niepokojącej muzyki po dobrą scenografię i rekwizyty – jednak problemem jest tu reżyseria. Pozornie wydaje się być w porządku, a wyrazisty styl Hasa jest łatwy do rozpoznania. A jednak film nie był w stanie mnie porwać i wciągnąć całkowicie. Nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować, jakby brakowało jakieś mocniejszego haka. Poza niektórymi liniami dialogu i mętnym zakończeniem, nie zostanie w mojej głowie zbyt wiele.

Wiele tutaj ratuje obsada. Choć grający główną rolę Wojciech Wysocki wypada całkiem nieźle, to film dla mnie kradli fantastyczny i energiczny Zdzisław Wardejn (kasiarz Szpicbródka) oraz bardzo powściągliwy Jan Peszek (Sykstus) w roli współtowarzyszy celi. Pierwszy jest bardzo elegancki, pełen pasji, mający układy i znajomości, drugi jest bardzo skryty i wycofany, ewidentnie coś go dusi oraz skrywa. W ogóle drugi plan tutaj jest bardzo wyrazisty, nawet jeśli postacie pojawiają się na krótko jak sędzia śledczy (Gustaw Holoubek) czy lekarz (Janusz Michałowski).

Muszę przyznać, że „Pismak” niezbyt dobrze zniósł próbę czasu. Bywa czasami zbyt enigmatyczny i mętny, przez co ciężko się w tym zanurzyć. Nawet interesujące kwestie ingerencji cenzury czy symbolicznej warstwy nie do końca wybrzmiewa. Sytuację ratują techniczna warstwa oraz wyraziste aktorstwo.

6/10

Radosław Ostrowski

Nieciekawa historia

Kiedy Has w 1972 roku stworzył „Sanatorium pod Klepsydrą”, wydawał się być w najwyższej formie artystycznej. Zważywszy na to, że adaptacja opowiadań Schultza zdobyła nagrodę specjalną jury na MFF w Cannes reżyser „Pętli” powinien mieć bardzo szeroko otwarte drzwi oraz wolną rękę w stworzeniu kolejnych tytułów. Problem w tym, że dzieło to zostało „przemycone” na ten prestiżowy festiwal za plecami władz i te ukarały reżysera na 10-letni zakaz wykonywania zawodu. Najgorsze, co może zdarzyć się artyście i nawet praca jako wykładowca łódzkiej Szkoły Filmowej od 1974 roku nie mogło tego zrekompensować. Wszystko zmieniło się w 1982 roku, kiedy Has został kierownikiem artystycznym nowo powołanego Zespołu Filmowego Rondo.

Tak też pojawiła się „Nieciekawa historia” – adaptacja opowiadania Antoniego Czechowa, której tytuł może być odbierany jako ostrzeżenie lub prowokacja. Co ciekawe, scenariusz został napisany już w 1960 roku i jest to powrót do bardziej kameralnego dramatu psychologicznego. Opowieść skupia się na bardzo starym profesorze medycyny (Gustaw Holoubek), dokonującego pewnego rozliczenia ze swoim życiem. Uznany przez środowisko, żyjący w dostatku z żoną (Anna Milewska) oraz córką (Elwira Romańczuk) – powinien czuć się pełen spełnienia oraz radości. Jednak narracja z offu, będąca formą wewnętrznego monologu sugeruje coś zupełnie innego.

I w zasadzie tym jest cały film. Pozornie nieciekawy, powolny, pozbawiony jako takiej fabuły, gdzie Has wchodzi w stan mentalny człowieka. Człowieka coraz bardziej zgorzkniałego, zdystansowanego i zbyt głęboko siedzącego w swojej rutynie, z której już nie jest w stanie się wyrwać. Coraz krytyczniejszy stanie się wobec gnuśniejącego otoczenia, czujący wręcz pogardę wobec niemal wszystkiego, nie czując emocjonalnej więzi wobec najbliższych. Jedyną osobą, z którą czuje pewną więź jest naznaczona tragedią była aktorka, Katarzyna (cudowna Hanna Mikuć). Tylko czy to do czegoś zmierza? Będzie szansą na wybudzenie się z letargu? A może okaże się niewypałem? Dużo tutaj świetnych dialogów, które zostają na długo.

Technicznie trudno się tu do czegoś przyczepić. Choć „Nieciekawa historia” nie jest tak rozbuchana w skali jak „Sanatorium”, ale jest bardzo dopracowana. Od pięknie skomponowanych zdjęć Grzegorza Kędzierskiego (pierwszy film Hasa z tym autorem zdjęć) aż po bardzo szczegółową, elegancką scenografię i intensywną (choć rzadko pojawiającą się) muzyką Jerzego Maksymiuka. Nie brakuje tu znajomych mastershotów jak w przypadku początku filmu, jednak dominuje tu sporo statycznych ujęć, które pasują do atmosfery filmu.

„Nieciekawa historia” to powrót Hasa z czasów początku swojej kariery, bo pozbawiony surrealistycznej otoczki oraz retrospekcji. Bardzo kameralny, melancholijno-refleksyjny dramat psychologiczny z prawdopodobnie najlepszą rolą Gustawa Holoubka w swojej karierze. Zaskakująco emocjonalne, zdyscyplinowane i angażujące kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Sanatorium pod Klepsydrą

Coś ostatnio trafiają mi się tajemnicze, bardzo enigmatyczne filmy, które za nic mają klasyczny sposób narracji. Po biograficznym „Franzu Kafce” padło tym razem na film Wojciecha Jerzego Hasa. Po realizacji „Lalki” reżyser przymierzał się do przeniesienia na ekran prozy Bruno Schulza. Niestety, ale władze komunistyczne rozwiązały wszystkie zespoły filmowe, w tym odpowiedzialną za produkcję dzieł twórcy „Pętli” ZF Kamera. Struktury te zostały przywrócone dopiero w 1972 roku i to dało możliwość realizacji „Sanatorium…”. Tym razem produkcją zajął się Zespół Filmowy Silesia kierowany przez Kazimierza Kutza.

Sama opowieść zaczyna się pozornie łatwo i banalnie. Do tytułowego sanatorium przybywa Józef (Jan Nowicki), by odwiedzić swojego umierającego ojca Jakuba (Tadeusz Kondrat), z którym nie miał zbyt łatwego kontaktu. Ale samo miejsce wygląda dość osobliwie: popękane ściany, obrośnięte roślinnością albo – jak w przypadku sali restauracyjnej – kurzem i pajęczynami. Zupełnie jakby tutaj nikogo nie było od kilkunastu (lub więcej) lat. A potem pojawia się pielęgniarka oraz doktor Godard (Gustaw Holoubek) przekazujący mężczyźnie, że „śmierć ojca nie doszła jeszcze do skutku, ta śmierć, która go w pańskiej ojczyźnie dosięgła”. Jakby w tym miejscu czas poruszał się dużo wolniej. Józef po chwili spogląda na rozbite okno, gdzie widzi… siebie, wchodzącego do sanatorium. Ale towarzyszy mu chłopiec w szkolnym mundurku (przyszły reżyser Filip Zylber) i po otwarciu drzwi widać… drzewa.

To, co się dzieje potem prowadzi do bardzo dziwnego oraz jednego z bardziej zapętlonych labiryntów w dorobku Hasa. Mężczyzna niejako wraca do czasów swojego dzieciństwa, gdzie zarówno matka (Irena Orska) oraz ojciec traktują go jakby był kilkuletnim dzieckiem. Drzwi w pokoju potrafią zaprowadzić zarówno do rynku, zaś pod łóżkiem może być przejście do małego miasteczka, pałacu czy opuszczonego statku pasażerskiego. Oniryczny, surrealistyczny klimat budził we mnie skojarzenia zarówno z Davidem Lynchem, jak i (bliżej naszego podwórka) Andrzejem Żuławskim. Czas i przestrzeń zaczyna się zacierać, mieszają się epoki oraz realia (obok siebie czarnoskórzy żołnierze w mundurach napoleońskich oraz z przełomu XIX i XX wieku, postacie raz są manekinami, raz są przebrani za ptaki), wywołując kompletną konsternację, osłupienie, zdziwienie.

Trudno oderwać się od tego filmu na poziomie audio-wizualnym. Has pierwszy raz świadomie stosuje kolor, który wręcz nasyca wiele przestrzeni: od lekko gnijącej zieleni przez błękity, fiolety oraz szarzyzny. Do tego Witold Sobociński używa wiele długich ujęć oraz kadrów z niskiej perspektywy, co daje spore pole przestrzeni. Imponująca scenografia oraz kostiumy imponują masą detali, przez co sprawia wrażenie ożywionego miejsca. Od pojawiającego się na początku pociągu przez małe miasteczko i róg ulicy, gdzie znajduje się sklep (i coś jakby synagoga) aż po statek. Niby ożywione oraz pełne ludzi, a jednocześnie coraz bardziej rozpadające się, odchodzące w niepamięć.

Zadziwiający strzał w dorobku Hasa, tworząc prawdziwie epicki w skali, ale też wymagający skupiania i uwagi. Dla mnie to historia o nieuniknionej śmierci oraz ostatecznym końcu dawnego świata. Świata dzieciństwa, młodości, naszych przodków, którego nie da się odtworzyć i ożywić. Nawet jeśli nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, nie pozwala wyjść z głowy. Wliczając w to operującego na granicy obłędu i ekscytacji Jana Nowickiego. Kapitalne kino dla koneserów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Lalka (1968)

Dla Wojciecha Jerzego Hasa „Lalka” była bardzo wyjątkową produkcją. Po pierwsze, był to pierwszy film reżysera w kolorze. Po drugie, był to ostatni film stworzony w Zespole Filmowym „Kamera”, z którym współpracował od samego początku swojej drogi artystycznej. No i skala (ponad 300 aktorów, 10 tysięcy statystów, przygotowane tysiące kostiumów) realizacji była ogromna. Czy po latach ta produkcja broni się?

Historia jest raczej powszechnie znana (zwłaszcza, gdy czytało się książkę jako lekturę szkolną – tak jak ja) i skupia się na Stanisławie Wokulskim (Mariusz Dmochowski). Jak go poznajemy pracuje jako kelner w winiarni u Hopfera oraz uzdolniony wynalazca. Ale po kilkunastu latach stał się bardzo energicznym i zamożnym kupcem, prowadzącym sklep z galanterią. Kiedy prowadzi różne interesy za granicą, ten lokalny zostaje pod nadzorem przyjaciela oraz subiekta, Ignacego Rzeckiego (Tadeusz Fijewski). Wokulski na swoje nieszczęście zakochuje się w Izabeli Łęckiej (Beata Tyszkiewicz), młodej hrabinie, której rodzina coraz bardziej ubożeje. Mężczyzna próbuje coraz bardziej wkraść się w łaski jej rodziny.

„Lalka” już od samego początku zwraca uwagę warstwą wizualną, pokazując bardzo szeroki wycinek miasta Warszawa: od pełnych przepychu salonów arystokratycznych przez sklepy z masą towarów aż po bardziej wyniszczone dzielnice biedoty. Ilość szczegółów w warstwie scenograficzno-kostiumowej jest imponująca, pozwalając w zbudowaniu bardzo żywego świata. Wiele ze źródłowego materiału zostało powycinane (wspomnienia Rzeckiego z „Pamiętnika starego subiekta”, wątki dotyczące mieszkańców kamienicy Krzeszowskiej czy zmienione zakończenie) – wiadomo, bo to spory tekst. Ale jeśli ktoś spodziewałby się melodramatu, to Has trochę inaczej kładzie akcenty. Reżyser bardziej skupia się nie tyle na romansie i wątkiem melodramatycznym, lecz na pewnym zderzeniu dwóch światów: bardzo zamożnej i żyjącej bardzo jałowo wyższych sferach z bardziej energicznym mieszczaninem, próbującym się do niej dopasować.

Może jałowo to za mocne określenie, ale ich egzystencja ogranicza się do wydawania gotówki ponad stan, długów, prowadzenie nierentownych interesów. Brakuje im jakiegoś powodu do działania, kierują się pozorami oraz konwenansami. Dużo jest tutaj plotek, spekulowania, działań prowadzonych niejako z ukrycie, gdzie w zasadzie wszystko (także godność) może być na sprzedaż. I to właśnie ten portret świata oraz psychologiczna wędrówka Wokulskiego, która kończy się… sporym rozczarowaniem. Nie brakuje tu bardzo ciekawych dialogów (te stworzył Kazimierz Brandys), bez popadania w walenie ekspozycją czy szeleszczeniem papieru. Technicznie trudno się tu do czegoś przyczepić. O scenografii i kostiumach już mówiłem, prezentują się imponująco, tworząc cudną warstwę plastyczną. Razem ze sporymi ilościami masterszotów oraz oszczędną muzyką Kilara nie można oderwać oczu.

A wszystko jest bardzo elegancko zagrane przez masę rozpoznawalnych i świetnych aktorów. Jednak liczy się tutaj trójka: Mariusz Dmochowski (Wokulski), Tadeusz Fijewski (Rzecki) i Beata Tyszkiewicz (Łęcka). Na pierwszy rzut oka Dmochowski może wydawać się dziwnym wyborem – potężnie zbudowany, z dość surową urodą, zaś sporo w jego graniu obserwowania otoczenia oraz milczenia. Jakby jego postać zastanawiała się i planowania kolejne działanie czy słowo, co tworzy pełną aurę tajemnicy. Intrygująca postać, mieszająca stoicki lub melancholijny spokój z chwilami nagłego ożywienia. Tyszkiewicz jest zwyczajnie zjawiskowa i tylko pozornie sprawiająca wrażenie naiwnej, nie orientującej się w swoim położeniu kobiety. W kontrze do nich jest tutaj poczciwy Rzecki w wykonaniu Fijewskiego, który jest reprezentantem powoli odchodzącego pokolenia ery romantyzmu. Jego wspólne sceny z Dmochowskim mają dodatkowego kopa.

Choć ekranizacja Hasa została potem zapomniana przez powstały lata później mini-serial z 1977 roku (a jakby tego mało szykują się nowe dwie adaptacje powieści Prusa), to jednak „Lalka” pozostaje bardzo autorskim spojrzeniem na klasykę polskiej literatury. Może bywa czasem bardzo teatralny w prezentacji i zaskakująco kameralny, jednak pozostaje bardzo wciągającym oraz pociągającym kawałkiem kina kostiumowego w eleganckim stylu.

8/10

Radosław Ostrowski

Szyfry

Pozornie „Szyfry” wydają się opowieścią o wojnie i tym, jaki wpływ ona pozostawiła na jej świadkach. Jednak film Hasa jest zupełnie innym doświadczeniem ze względu na perspektywę przybysza z zewnątrz. Osoby nie znającej życia pod okupacją oraz jej niebezpieczeństw.

Oparty na opowiadaniu Andrzeja Kijowskiego film skupia się na Tadeuszu (Jan Kreczmar) – od wielu lat mieszkającym w Londynie imigrancie. Mężczyzna zostawił w kraju swoją żonę oraz dwójkę synów, z którymi niespecjalnie utrzymuje kontakt. Ale teraz wyrusza do Krakowa – wszystko przez list jego syna, Maćka (Zbigniew Cybulski), w którym wspomina o coraz bardziej pogarszającym się stanie fizycznym matki. Nie przyjmuje ona do wiadomości tego, co stało się z młodszym synem, Jędrkiem. Tadeusz próbuje ustalić co stało się z młodszym synem i kto go zabił. Jednak kolejne rozmowy ze świadkami jeszcze bardziej mącą obraz.

Has na pierwszy rzut oka robi film, w którym mamy tajemnicę do rozwiązania. Ale zagadkę rozwiązuje osoba z zewnątrz, dla której życie pod okupacją znane jest tylko z pośrednich źródeł. Dla niego wypowiadane relacje oraz zdania są niezrozumiałe, nieczytelne. Nasz bohater niczym ślepy i głuchy błąka się po niby znajomym, lecz kompletnie obcej rzeczywistości. Czy Jędrka aresztowali i rozstrzelali Niemcy? A może się ukrywa? Czy może zabili go swoi? Jednak dla mężczyzny ta podróż może wydawać się szansą na scalenie rodzinie już po rozpadzie. Ale czy aby na pewno? Wszystko tak naprawdę zależy od tego, co sami wyciągniemy z tych wszystkich wypowiedzi. Tych już nie żyjących przeszłością (antykwariusz), tych żyjących we własnym świecie (żona Tadeusza, stary leśniczy) albo skrywających pewne fakty (rozedrgany Maciek).

Jeszcze tutaj Has wbija mocne surrealistyczne sceny, które robią piorunujące wrażenie. I nie chodzi tylko o muzykę Krzysztofa Pendereckiego czy imponującą pracę kamery. Te dwie długie sekwencje dodają kolejne poszlaki do interpretacji. W obydwu nasz bohater pojawia się w mundurze z I wojny światowej (pierwsza z pociągiem pełnym manekinów – poza małym dzieckiem; druga zaś o wiele bardziej skomplikowana: z Jędrkiem w stroju komunijnym idącym ze świecą i przechodzący z kościoła aż po miejsce niemieckiej kaźni – wszystko w jednym ujęciu). Jakby reżyser serwował kolejny szyfr do odczytania, tak samo jak zakończenie. Nie, nie zamierzam go zdradzać, by nie psuć wszystkiego.

Bardzo enigmatyczne i jednocześnie gęste kino, pełne wciągających dialogów, świetnego aktorstwa oraz pięknych, czarno-białych zdjęć. Historia o niemożliwości rozwikłania tajemnic, których lepiej jest czasem zostawić i próbować żyć dalej. A wszystko bez martyrologii oraz patosu.

8/10

Radosław Ostrowski

Jak być kochaną

Po niezbyt udanym „Złocie” Has znów sięgnął po literaturę, by zbudować kolejny psychologiczny portret. Tym razem padło na opowiadanie Kazimierza Brandysa, który także napisał scenariusz i reżyser zdecydowanie złapał wiatr w żagle.

„Jak być kochaną” skupia się na Felicji (Barbara Krafftówna) – aktorce, której dość burzliwą przeszłość poznajemy w retrospekcjach oraz wewnętrznych monologach. Wszystko podczas lotu do Paryża. Historia zaczyna się w Krakowie tuż przed wybuchem wojny, gdy kobieta zaczynała swoją drogę artystyczną. Rzeczywistość miała inne plany i zamiast tego zaczęła pracę kelnerki w restauracji. Na swoje nieszczęście zakochuje się w doświadczonym koledze, Wiktorze Rawiczu (Zbigniew Cybulski). Więc kiedy musi się ukrywać z powodu podejrzenia o zabójstwo kolegi-kolaboranta, Felicja bez wahania decyduje się go przechować. Jednak zamiast w wyznaczonym miejscu, kobieta bierze go do swojego lokum. I tu się tak naprawdę zaczyna dramat.

Reżyser niby robi kolejną historię wojenną oraz tego, jak mocno to się odbiło na życiu. Jesteśmy jednocześnie we współczesności i przeszłości, w tle przebija się narracja z offu, dopełniająca obrazu. Niby jest to historia osadzona w realiach wojennych, jednak nie należy spodziewać się heroicznych czynów. Has pokazuje grozę wojny głównie zza okna albo bez pokazywania wprost grozy (gwałt na Felicji w jej mieszkaniu). Ale przede wszystkim jest to historia miłości niespełnionej, gdzie ona trafiła z uczuciami pod niewłaściwy adres. Bo on okazał się strasznym egotycznym mitomanem, potrzebującym widowni i uzależniony od atencji. Oraz pragnącym sławy, bez względu na cenę (dobitnie to pokazuje scena w restauracji po wojnie). Pozornie całość wydaje się płynąc spokojnym rytmem, jednak to pod tymi subtelnymi i cichymi scenami kryją się rzeczy z o wiele większym ciężarem. Trudno mi się tu przyczepić do warstwy audio-wizualnej, choć sama muzyka (pianistyczna wariacja „Jeziora łabędziego” Czajkowskiego) pojawia się dziwnie rzadko.

Wszystko na swoich barkach trzyma rewelacyjny duet Barbara Krafftówna/Zbigniew Cybulski. Pierwsza w roli Felicji jest mieszanką niewinności i ciepła, która z czasem staje się coraz bardziej cyniczna, zdystansowana i niejako unikająca ludzi. Jak każda osoba, która „sparzyła się” po nieudanej relacji. Te przeskoki między tymi nastrojami są pokazane bezbłędnie. Za to Cybulski jest w zupełnej kontrze – zapatrzony w sobie narcyz, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, próbujący potem zbudować wokół siebie heroiczny mit. Bardzo intrygująca mieszanka, mimo posiadania niezbyt wielu wspólnych scen. Z drugiego planu najbardziej wybijali się tutaj Artur Młodnicki (Tomasz, bardziej doświadczony kolega, być może nawet nieobojętny wobec Felicji) oraz Wieńczysław Gliński (bakteriolog lecący obok kobiety w samolocie).

„Jak być kochaną” nie jest filmowym poradnikiem czy komedią romantyczną. Kolejne mroczne, melancholijne dzieło Hasa o destrukcyjną siłą miłości. Przerażająco poruszający, z mocnymi scenami oraz dialogami, a także niezapomnianym duetem na pierwszym planie. Niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski