

Młody, 27-letni chłopak, który zawojował i dość dobrze sobie radził na listach przebojów, posiada smykałkę do robienia hitów. Wystarczy wymienić choćby „Grenade”, „The Lazy Song” czy „Just The Way You Are”. Mowa o niejakim Bruno Marsie, który wydał swój drugi album. Czy udany?
„Unorthdox Jukebox” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej stylistyce pop. Produkcja jest robotą tria producenckiego The Smeezingtons (Bruno Mars, Philip Lawrence i Ari Levine), wspierani m. in. przez Diplę, Marka Robsona czy Benny’ego Blanca. Efekt jest zaskakująco przyzwoity. Nie ma tu drażniącej elektroniki, są za to eksperymenty i czerpanie z innych gatunków jak retro pop we’a w „Locked Out of Heaven”, reggae w „Show Me”, soulu w „When I Was a Man” (z ładnym fortepianem) czy nawet dyskotekowych dźwięków stylistyce lat 80-tych („Moonshine”) czy niemal przedwojnia (kończący album „Old & Crazy” w duecie z Esperanzą Spalding, brzmiący niemal jakby żywcem wzięty z gramofonu). Czyli jest dość różnorodnie i całkiem spoko.
Także wokal Bruno jest zdecydowanie na plus i bardziej słychać, że śpiewa. Głos jest również ok i trudno się przyczepić do czegoś. Tekstowo jest tak jak w każdym popie być powinno, czyli ma się dobrze słuchać i bez ambicji. Mars głównie śpiewa o kobietach i o tym jakie są złe („Money Makes Her Smile”), ale też traktuje je jako obiekt miłości („Treasure”), czyli kobieta zmienną jest.
Bruno Mars stworzył naprawdę niezły album przeznaczony głównie na imprezy. Fajnie, nie ma nudy czy monotonii, ale mogło być lepiej.
6,5/10
Radosław Ostrowski
