Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy

malomiasteczkowy-b-iext53346209

Z polskich artystów ostatnich kilku lat, nazwisko Dawida Podsiadły było wymienia przez wszystkie możliwe przypadki w niemal każdych okolicznościach. Dwie poprzednie płyty zrobione razem z Bogdanem Kondrackim okazały się hitami (mnie w sumie też się podobały), ale tym razem nasz zdolny chłopak połączył siły z Bartkiem Dziedzicem (współpraca m.in. z Melą Koteluk, Arturem Rojkiem czy Moniką Brodką) i coraz bardziej skręcił ku mainstreamowi. Co z tego mogło wyjść?

Pierwsze, co słychać to fakt, że jest to album w całości śpiewany po polsku, co jest spora niespodzianką. Po drugie, to zdecydowanie bardziej popowa płyta, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że jest plastikowa, prostacka i produkowana taśmowo. Choć przyznaję, że otwierający całość „Cantatte Tutti” wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciepła elektronika, tworząca niemal letni klimat (wokalizy, ksylofon), ale z drugiej wokal był dla mnie niezrozumiały, kompletnie nie docierały do mnie słowa. A to dopiero był początek całej imprezy. Równie pulsujący, wręcz taneczny jest „Dżins” (od połowy to już niemal dyskoteka pełną gębą) oraz pędzący na złamanie karku „Małomiasteczkowy” z perkusją i basem w trybie turbo czy równie dynamiczne „Trofea”. Nie brakuje odrobiny rocka (delikatny „Najnowszy klip” okraszony elektroniką), lecz tak naprawdę to pomysłowo wykorzystywana elektronika stanowi pierwszy plan jak w „Nie ma fal”, rozmarzonym „LIS” czy lekko hip-hopowym rytmie „Co mówimy?”.

Dawid głosowo jest taki jak zawsze, chociaż częściej operuje falsetem, raczej jest mniej ekspresyjny niż poprzednio. Nie zmienia to faktu, że słucha się go świetnie. Ale i same teksty też brzmią więcej niż dobrze i nie opowiada o tym, co popowi artyści: nie brakuje refleksji nad światem („Małomiasteczkowy”), nad sobą („Nie ma fal”), a także pokazując troszkę ciemną stronę sławy („Matylda”).

Muszę to powiedzieć, bo sam nie do końca w to wierzę: „Małomiasteczkowy” to zaskakująco świetna płyta, dająca to, co w muzyce popowej najlepsze. Chwytliwe melodie, niegłupie teksty oraz unikanie tego, co zwykło się nazywać plastikowym brzmieniem. I takiej muzyki popowej, to słuchać mogę.

8/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Effet miroir

effet-miroir-w-iext53587182

Podobno w Polsce muzyka francuska nie należy do zbyt popularnych. Ale od każdej reguły zawsze jest jakiś wyjątek i taki jest casus Isabelli Geffroy, znanej jak Zaz. Każdy jej album w Polsce osiągał status przynajmniej platyny, co świadczy raczej o sporej popularności. Czy tak też będzie ze studyjnym albumem numer 4? Wydaje mi się, że tak, ale po kolei.

Początek to wręcz wyciszona, grana tylko przez fortepian i smyczki „Demain c’est toi” . Oszczędny, ale piękny utwór, który nagle się kończy, zanim się zorientujecie. Zaskoczeniem za to było niemal ocierające się o dźwięki słonecznej Hiszpanii czy Karaibów singlowe „Que vendra”. Jest gitarka, trąbka i bębenki, co daje kopa. Ale to tak naprawdę dopiero początek, bo dalej nasza Francuzka idzie kompletnie w inne rewiry niż zazwyczaj. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, dominuje stylistyka retro: od niemal roztańczonego, pachnącego latami 80. „On s’en remet jamais” z metalicznym basem oraz żywszą, tnącą gitarą elektryczną w refrenie przez niemal klasyczny pop (wyciszony „Me souveniers de toi”) po rock’n’rolla z lat 60. („Toute ma vie” z cudnym Hammondem czy troszkę pobrudzone „Je parle”), a nawet bluesa („Resigne-moi” z nakręcającą się gitarą). I ten stylistyczny rozrzut to największa niespodzianka, jaką serwuje Zaz, opuszczając lekko jazzowe korzenie. Nie brakuje też nastrojowych ballad jak pianistyczny „Ma valse”, który staje się coraz intensywniejszy czy rytmicznego, niemal funkowego „Si c’etait a refaire”. Znalazło się też miejsce dla reggae (niezłe „Plume”), co też mnie zdziwiło. Jedynym dla mnie zgrzytem (może to złe, ale dziwnie to brzmiało) był niemal dyskotekowy „Pourquoi tu joues faux” i troszkę plastikowe „Nos vies” (ta perkusja drażni), jednak to są na szczęście drobiazgi.

Sama Zaz jest znakomita, choć czasami potrafi pędzić swoim wokalem bardzo szybko, jednak dominuje delikatność (w finałowej „Laponii” po prostu mówi, ale tak, że można się zanurzyć w tym głosie). Jej sam głos wystarczyłby do zwrócenia uwagi wszystkich słuchaczy oraz stanowi element spajający całość do jednego worka. Do tego mamy naprawdę solidne teksty w pięknym języku francuskim, by stworzyć najbardziej barwny album w dorobku Zaz. Nie wiem, jaka będzie następna płyta, ale jestem jej strasznie ciekawy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe

kwiat_jabloni__niemozliwe

Na początku pojawił się bardzo chwytliwy singiel “Dziś późno pójdę spać”, którego teledysk na YouTube miał ponad 5 milionów wyświetleń, co stało się jednym z większych fenomenów polskiej sceny. Trzeba było parę miesięcy poczekać na debiutancką płytę rodzeństwa Sienkiewiczów (Jacek i Kasia), działających jako Kwiat Jabłoni. On gran a mandolinie, ona na fortepianie I więcej do szczęścia nie potrzeba. Czy to wystarczyło na debiut?

Zaczyna się od tytułowego utworu, który jest… delikatny, chwytliwy i miejscami mroczny (odbijające się sample), z krótkimi chwilami wyciszenia. Ale oznacza to, że będzie smutno, o nie. Bardzo ciepły, wręcz radosne jest “Dzień dobry”, dając spore pole mandolinie i wywołując skojarzenia z… Paulą i Karolem. Z kolei rozpędzony fortepian na początku “Nie ma czasu”, dodaje odrobiny niepewności w tym lekko melancholijnym utworze, zachowującym średnie tempo. Jeśli chcecie czegoś żywszego, to macie do tego “Nic więcej”,  znane już “Dziś późno pójdę spać” ze wskakującą od połowy perkusją, powoli rozpędzające się, wręcz bajkowe “Za siódmą chmurą” czy czarujące “Kto powie mi jak” z bardzo mocnym środkiem. Delikatność oraz liryzm przypomina o sobie przy “Chodźmy nad wodę”, by zetknąć się z “dyskotekowym” (jak na tego typu instrumentarium) “Wzięli zamknęli mi klub” oraz przypominającym tzw. world music “Wody midaj” z rewelacyjnym intrem. Do tego jeszcze jako bonus zostaje dodany rockowy “Turysta”, który pokazuje zupełnie inne oblicze duetu. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, pieszcząc uszy aż do samego końca.

Przyjemnie się słucha tych tekstów, tak samo jak bardzo zgranych ze sobą głosów rodzeństwa. Chciałoby się powiedzieć, że to poezja i nie jest to przesada. Do wielu piosenek na bank będę wracał, bo niemożliwe, żeby “Niemożliwe” pozostawiło kogokolwiek obojętnym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stanisław Soyka – Muzyka i słowa Stanisław Soyka

muzyka-i-slowa-stanislaw-soyka-w-iext53716501

Myślę, że wiele osób kojarzy nazwisko Stanisława Soyki. Ale ostatnimi laty artysta mierzył się głównie z cudzym dorobkiem: albo standardami jazzowymi, albo poezją śpiewaną. I nie zrozumcie mnie źle, takie albumy też mogą być udane, ciekawe, ale zawsze się czeka na takie dzieła, gdy twórca mówi swoim głosem, proponując własny materiał. I tak też zrobił Soyka, co widać już w samym tytule.

Gatunkowo to jest mieszanka popowo-folkowa, ale to jest bardzo umowne. Zaczynamy od reagge’owego “Przyjdzie czas na zmiany”, które przyjemnie buja (i ten gwizd w tle). Więcej gitar odzywa się w “Ławeczce-bajeczce”, przypominającej klimatem łagodnego bluesa z lat 70., okraszony dęciakami, niemal surowym “Zależy mi”, które kojarzyło mi się z… Martyną Jakubowicz czy troszkę żwawszym, lekko funkowym “Mamulu tatulu” (ale tylko troszkę). I choć nie są to jakieś galopujące popisy spod znaku heavy metalu czy hard rocka, nie można też nazwać tej płyty smęceniem starszego pana. Bo i zdarzają się cudne numery jak “Lubię wracać do Warszawy” czy rozbudzone, jazzujące “W Piotrowym mateczniku”, ale też i wyciszone jak “Nie ma ich” (może poza gitarą), gdzie w połowie dochodzi do przełamania ku etnicznym wstawkom czy idące gdzieś pośrodku utwory, gdzie gitara z trąbką tańczą blisko siebie jak w “Ciszy nie unikaj” – tutaj mamy jeszcze Hammonda w tle czy wsparte przez akordeon “Tango pozostało”. Ale najlepsze pozostaje na koniec, bo mamy niemal czadowe “I już i tyle” oraz wreszcie fortepian (z tym instrumentem pan Soyka kojarzy się najbardziej) w poruszającej “Wielkiej rzece”.

Sam pan Soyka trzyma formę i nadal potrafi dać sporo czadu, chociaż niczego nikomu nie musi udowadniać. Dodając do tego bardzo refleksyjne teksty, pełne polotu (jak “Ławeczka-bajeczka”), ale i powagi (“Nie ma nas” o Żydach, po których nie zostało wiele w Warszawie). Bardzo sympatyczne wydawnictwo, niepozbawione pazura.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tęskno – Mi

mi-b-iext53330085

Gdyby mnie ktoś zapytał o debiut muzyczny roku 2018, który zrobił na mnie największe wrażenie, wskazałbym na duet Tęskno. Pianistka Hania Raniszewska oraz wokalistka Joanna Longić wydają się kompletnie nieznanymi twarzami na naszym rynku, zaś tytuł “Mi” dość intrygująco. A jak wypada samo brzmienie, umieszczone na półce jako “pop”?

Bliżej tutaj duetowi do dokonań niejakiego Olafura Arnaldsa czy Agnes Obel niż konwencjonalnie rozumianego popu. Fortepian razem z kwartetem smyczkowym są jedynymi instrumentami na tej płycie, a wszystko zależy od sposobu wykorzystania go. Czasem dźwięki fortepianu się nasilają, a skrzypce płyną niczym w horrorze („Wymówka”), by rozpędzić się niczym u Reginy Spektor (łagodny „Łeb”, chociaż wokal wydaje się tutaj zagłuszany przez muzykę). Gość jest tylko jeden i jest nim specjalizujący się w elektronice Duit, dokonując ciekawego kolażu w poruszającym „Razem” (ten refren robi robotę). Reszta to jest taka mieszanka spokojniejszych, choć angażujących numerów jak „Kombinacje” ze snującymi się smyczkami, „Z chaosu” z tymi bardziej żwawszymi jak lekko zapętlona „Mapa”, gwałtowny „Galop”. Żaden z utworów (na szczęście) nie brzmi tak samo i pojawiają się pewne drobiażdżki w postaci drobnej elektroniki („Lawina”) czy odgłosów natury („Uszy”).

Samo brzmienie – bardzo szlachetne i klasyczne to nic, w porównaniu ze śpiewem Longić, który jest delikatny, wręcz eteryczny, ale czaruje. jednak najciekawiej się robi, gdy do głosu dochodzi także Raniszewska, dając pole do wspólnego śpiewania czy to na zasadzie przeplatanki („Uszy”, „Łeb”), czy nakładania się głosów („Mapa”). Plus miejscami dość poetyckie teksty, nie ocierające się o grafomanię.

Pozornie „Mi” może się wydawać spokojną, bardzo niepozorną płytą, jaką można bardzo łatwo przeoczyć. Niemniej po jej przesłuchaniu, zrobi wam się bardzo tęskno. Na szczęście będziecie mogli posłuchać jej jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze. Ja czekam na kolejne dzieła od tego duetu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Turnau – Bedford School

bedford-school-b-iext53454583

Jaki Grzegorz Turnau jest, każdy słyszy oraz widzi. Pianista i wokalista ma swój wypracowany styl, którego trzyma się konsekwentnie, czasem pozwalając na drobne modyfikacje. Na swojej najnowszej płycie zrobił dwie rzeczy, jakich nigdy nie robił. Po pierwsze, nagrał płytę w całości śpiewaną po angielsku. Po drugie, jest to zbiór coverów z czasów młodości artysty, gdy uczył się w tytułowym Bedford School w centralnej Anglii.

Jest jeden wyjątek od normy, czyli piosenka tytułowa (to nie jest cover), idąca ku łagodniejszej odmianie jazzu (trąbka oraz perkusyjne werble robią robotę). Reszta to piosenki takich wykonawców jak Billy Joel, The Beatles, Paul McCartney, Sting czy Queen. I o dziwo, niekoniecznie są to głośne hity, co jest pewną zaletą (są pewne wyjątki, ale o nich jeszcze opowiem). Bo mamy zarówno bardziej melancholijnego “The Fool on the Hill” z bardzo skocznym środkiem (perkusjonalia, smyczki), jak i zwiewny, chociaż krótki “Souvenir” czy okraszona folkiem w formie “Vienna” (duet z Marią Rumińską z zespołu Shannon). Zaskakuje dynamiką rozpędzające się “Miami 2017 (Seen The Lights Go Out On Broadway)”, gdzie w środku szaleje saksofon z perkusją, z kolei “Waterfalls” wsparte na delikatnej elektronice brzmi bardzo delikatnie. Turnau robi wszystko, by nie przynudzać i parę razy zaskakuje (lekko stonowany duet “All Dead, All Dead” z folkowymi naleciałościami czy wyjątkowo mroczne “My Valentine”).

Bardziej znanymi utworami w tym zbiorku są “Until” Stinga, “Sorry Seems to Be the Hardest World” Eltona Johna oraz “Imagine” Johna Lennona. Pierwszy pozostaje walczykiem, zdominowanym przez fortepiano, choć im dalej, pojawia się coraz więcej kolorów. Drugi wydaje się dość zachowawczy, ale Turnau potrafi wykrzesać z siebie większe emocje. Z kolei trzeci zostaje ubrany w formę duetu, przez co nabiera nowego blasku.

Turnau nadal gra na fortepianie, jak na prawdziwego zawodowca przystało, potrafi oczarować swoim głosem, a angielszczyznę ma naprawdę bez zarzutu. Przyjemnie się słucha tego cover albumu, zwłaszcza duetów z Rumińską, ale i sam gospodarz potrafi zaskoczyć, choć nadal pozostaje w swoim stylu. Czy to będzie ciekawostka, czy nowy etap w drodze Krakusa – will see.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – T.Cover

1543061610NgfveGO5Vh8DnvwkyKehFQTqRenvWy

Czy ktoś spodziewał się, że zespół T. Love działa już ponad 35 lat? Ta rocznica przypadła rok temu i ktoś wpadł na pomysł, by artyści szeroko pojętej sceny muzycznej postanowili w formie hołdu nagrać własne wersje swoich ulubionych piosenek tej kapeli. Najpierw krążyły one na YouTube, by dopiero jesienią tego roku zostać wydane na płycie. Niestety, nie ma tu wszystkich, co wynika z pewnych problemów natury prawno-biznesowej, ale zestaw jest dość imponujący.

Rapową scenę reprezentuje Mioush dość mocno eksperymentujący z “Wychowaniem”, gdzie wysamplowany fragment staje się pretekstem do własnych refleksji na temat okresu dojrzewania. Swoje zrobił też Sokół z “Warszawą” serwując niemal oszczędną aranżację, niemal melorecytując tekst. Fani psychodelicznych eksperymentów rozsmakują się w tym, co Łąki Łan zrobiło z “I Love You”, idąc ku tanecznemu techno oraz rave (tytuł “I Love Rave” zobowiązuje), by potem przerobić go na modłę… country, a także Tekno z “Potrzebuje wczoraj” (bardziej skocznie i mające mniej warstw, z lekko punkowym wokalem). Szukacie czegoś na ostro? To macie Acid Drinkers z koncertową wersją “Nie nie nie”, gdzie zgrabnie wpleciono klasyka eurodance’u “No Limits” od 2 Unlimited oraz bardziej garażową wersję “Gnijącego świata” od Mietalla Wallusia. Fani reggae (i przede wszystkim Kamila Bednarka) pobujają się przy niezłej “Stokrotce”, zaś osoby lubiące elektronikę zanurzą się w eterycznym popisie duetu Xxanaxx (“nie nie nie”) czy bardzo oszczędnej “Jeździe” od Poli Rise.

Żeby jednak nie było tak słodko, jest kilka drobnych kiksów jak zrobiony na indie rocka “1996” z bardzo manierycznym (i irytującym) głosem Piotra Roguckiego, smęcący “Gnijący świat” w quasi-orientalnej wersji Jordany Reyne, dziwaczny “Lucy Phere” od Bovskiej czy tandetnie folkowy “Ajrisz” od Sidneya Polaka. Za to zwieńczeniem albumu jest nagrany wspólnie przez Muńka oraz Kryzys “Armageddon 2014” ku pamięci zmarłego Roberta Brylewskiego. I jest w tym moc, brud, pazur.

Podoba mi się ta inicjatywa, choć brakuje chyba najlepszego z coverów “Boga” od Dawida Podsiadły, ale tu pojawiły się kwestie pozaartystyczne. Niemniej jest to bardzo intrygująca kompilacja, gdzie każdy stara się naznaczyć każdy utwór swoim własnym piętnem, a nie tylko odśpiewać. I to jest fajny ruch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paweł Domagała – 1984

1984-b-iext52589041

Czy wiecie, co to jest “syndrom drugiej płyty”? jest to jedna z bardziej zaraźliwych chorób w świecie muzycznym (i nie tylko, choć ma inne nazwy), który dotyczy osób po debiucie. Wyróżnia ją jeden poważny objaw, którego przy tworzeniu debiutu nie pojawia się: oczekiwania oraz presja, a jednocześnie próba pozostania sobą. I pojawia się dylemat: czy zachować klimat poprzedniego dzieła, czy spróbować czegoś nowego? I ta choroba dotknęła znanego aktora Pawła Domagały, który dwa lata temu zadebiutował jako wokalista, współkompozytor oraz autor tekstów. Płyta “Opowiem Ci o mnie” była bardzo liryczną płytą, pokazującą troszkę wrażliwsze oblicze aktora znanego głównie z ról komediowych. A teraz pojawiła się druga płyta “1984”, gdzie znów artystę wsparł Łukasz Borowiecki. Co wyszło tym razem?

Początek, czyli “Radom” to bardzo pogodna, o dziwo zwiewna piosenka w lekko folkowym stylu. Bardzo podobały mi się wplecione skrzypce w środku oraz lekko nostalgiczny klimat. W podobnym tonie jest niemal wyciszone “W połowie drogi” z ciekawą perkusją oraz wyciszoną gitarą w tle. A wtedy wskakuje jeden z najbardziej katowanych utworów przez stacje radiowe, co przyniosło mu więcej szkody niż pożytku. Czyli “Weź nie pytaj” – prosty, lekko bluesowy numer o miłości, którego refren był i będzie cytowany multum razy, co mnie absolutnie nie dziwi. Drugi singiel, czyli mocno poszatkowane “Wystarczę ja” było jak dla mnie zbyt popowe (“klaskana” perkusja oraz zbyt prosty tekst). O dziwo większe wrażenie robiły na mnie troszkę ożywione numery jak bardziej gitarowe “Czasami”, okraszona solem skrzypiec “Obietnica”,  reagge’owy “Człowiek, który był czwartkiem” czy  okraszony smyczkami “Najgrubszy anioł stróż”.

Tekstowo już tak dobrze nie jest i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że już słyszałem wiele takich słów. Do tego jakoś nie do końca wierzyłem Domagale, choć jego wokal wypada bardzo przyzwoicie. Czegoś mi tutaj zabrakło pod tym względem, przez co miejscami zwyczajnie się nudziłem.

Chciałbym powiedzieć, że “1984” to bardzo udana płyta, którą poleciłbym z całego serca. Ale byłaby to tylko półprawda, bo tylko częściowo spełnia swoje oczekiwania. Lepiej wrócić do debiutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Czesław Mozil & Grajkowie Przyszłości – Kiedyś to były Święta

kiedys-to-byly-swieta-b-iext53651242

Ile razy padały słowa narzekania, że “kiedyś to było”? I to stwierdzenie stało się pretekstem dla płyty świątecznej. By było jeszcze ciekawiej, każdy z utworów był publikowany na YouTube każdego dnia Adwentu. To wyjaśnia dlaczego jest aż 24 utwory. Specjalnie powołana grupa Grajkowie Przyszłości to dzieci ze szkół muzycznych z całej Polski, zarówno na wokalu, jak I na instrumentach pod wodzą Czesława Mozila. Czy jest czego się bać? I czy to nie będzie zbyt cepeliowskie?

Jakby to ująć, jest to hybryda dźwiękowa, gdzie nie brakuje zarówno dużych popisów perkusyjnych (“Kalendarz adwentowy”) czy skrętów ku jazzowym naleciałościom (utwór tytułowy zmieszany z chórkiem czy pianistyczno-smyczkowa “Świąteczna premiera”, godna dokonań Michała Urbaniaka). Etniczne wstawki w postaci skrzypiec (rozpędzonych) nie brakuje w “Drugim zabiciu karpia” (chociaż śpiewany przez chórek dziecięcy początek wydaje się niezrozumiały) czy niemal przyśpiewkowym “Nie ma czasu” tak jak klasycznego brzmienia (plumkanie, klarnet) w poruszającym utworze “Święta według nas”. Każdy utwór jest pełen dźwiękowych detali, dodając masę frajdy ze słuchania. Smyczki, fortepian, różnego rodzaju flety, gitara akustyczna (“Każdy ma swoje święta”), cymbałki, perkusjonalia, nawet gitara elektryczna (“Jasełka”) oraz obowiązkowy akordeon (“Kaloryfer, który gra”), bo inaczej Czesław nie ma na czym grać. Ta różnorodność stylistyczna nie wywołuje zgrzytów, a nawet pięknie się uzupełnia, co słychać w spektakularnej “Pastorałce 2018”.

Mozil, choć dominuje tutaj wokalnie i jako frontman sprawdza się bez zarzutu, nie jest jedynym wykonawcą utworów. Pojawia się parę gości w postaci Quebonafide, Zuzy Jaworskiej oraz Malwiny Jachowicz, którzy ubarwiają swoją obecnością zestaw. Jednak tak naprawdę liczą się tutaj dzieci, które kradną szoł.

Tekstowo mamy tutaj wokołoświątecznych tematów, które jednak mają swoje drugie dno: kuszenie przez czekoladki na kalendarzu adwentowym, zabicie karpia, samotność, przełamywanie rutyny spędzania świąt, słabo wybrane prezenty (“I Am Prezent”) czy (nie)oczekiwanie na Mikołaja. A nawet pewien fałsz w obchodzeniu Świąt (“Sztuczna choinka”), śnieg czy chorowanie podczas tego okresu (“Wesoły świąd”).Także same teksty dają sporo rozkminy, ale też i humoru.

Coraz lepsze chyba są te płyty okołoświąteczne, albo ja tak dobrze wybieram. I jeśli chcecie bardziej kreatywnego zestawu piosenek o świętach, zamiast tysięcznego wałkowania kolęd czy innych “Last Kristmas”, propozycja Mozila jest ewidentnie dla was. I Święta (już następne) będą przez to lepsze.

8,5/10 + znak jakości

 

Radosław Ostrowski

 

Warszawska Orkiestra Sentymentalna – Śpiewnik kolędowy

spiewnik-koledowy-w-iext53591014

Grudzień to jest taki czas, kiedy pojawia się wiele albumów o tematyce świątecznej albo bożonarodzeniowej. Pozornie to jest łatwy sposób na zarobienie forsy, bo są to utwory bardzo znane, popularne i przerabiane tysiące razy. Z pewnym sceptycyzmem sięgnąłem po album Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej zawierający świąteczne piosenki. Kapela 8-osobowa znana była z grania przedwojennych szlagierów tym razem zamieniła dawne kawiarnie i kabarety na bardziej świąteczną ulicę. I co?

Mimo dość sporego składu, początek w postaci “Wśród nocnej ciszy” zaskakuje bardzo minimalistyczną aranżacją w postaci delikatnej trąbki oraz dość szorstkiego, niemal podniosłego wokalu Gabrieli Mościckiej. Potem jednak jej (trąbki) miejsce zajmują ksylofon oraz mandolina, tworząc bardzo wyjątkowy klimat. Żwawsze “Dzisiaj w Betlejem” też zaskakuje bardzo ciepłym brzmieniem, ubarwionym lekko folkowym sznytem (akordeon oraz wibrafon), jaki znam choćby z Warszawskiego Combo Tanecznego czy idący w rytmie poloneza “W żłobie leży”. Jednak grupa ma kilka asów w rękawie, czyli pieśni bardzo rzadko nagrywane (albo ostały się po nich tylko słowa). Taka jest bardzo ciepła “Ptasia kolęda”, gdzie dęciaki brzmią bardzo “ptasio”, bardzo kojące “Którego pasterze chwalili” czy “Kolęda Hetmańska” okraszona kastanietami. I to właśnie ten owe utwory są największą wartością “Śpiewnika”, bardzo przypominającego takie uliczne, przedwojenne granie. Kameralność miesza się tutaj z wręcz epickim rozmachem (“Witaj, Jezu” – trąbki robią tu kapitalną robotę), jednocześnie parę razy ubarwiając nieoczywistymi dźwiękami (“żydowski” klarnet w rozpędzonym “Witajże, Dzieciątko” oraz “Radziła Trójca Święta” czy mandolina w “Bóg się rodzi”). Wielu może zdziwić umieszczenie utworu “Żołnierz drogą maszerował”, bo jakoś ten tytuł ze Świętami nieszczególnie się kojarzy. Ten utwór brzmi niczym puszczony na starym winylu (chóralny zaśpiew mężczyzn na melodię “Serca w plecaku”, trzaski na płycie), ale wsłuchajcie się uważnie w tekst. I ta przeróbka wypada zaskakująco dobrze.

Przyznam się bez bicia, że nie wierzyłem w “Śpiewnik” od Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej, jednak grupa ugryzła znane utwory z bardziej “ulicznej” strony muzyki. Przy okazji odnajdując mniej znane utwory o tematyce świątecznej, co nie jest częstym przypadkiem. Jestem ciekawy kolejnych dokonań grupy.

8/10

Radosław Ostrowski