Dido – Safe Trip Home

safe_trip_home

Dido – ktoś zapyta ile można. Obiecałem sobie, że zapoznam się z dorobkiem tej Brytyjki, która coraz bardziej mi się podoba. Po dwóch bardzo ciepło przyjętych płytach, trzeba było poczekać na kolejny album 5 lat. I ten album zebrał bardziej krytyczne recenzje i pokrył się zaledwie złotem (poprzednie były platynowe).

Tym razem „Safe Trip Home” wyprodukowała Dido wspólnie z multiinstrumentalistą Jonem Brionem. Ale nie zmienia to faktu, że nadal idziemy w tym samym schemacie, czyli akustyczny podkład + skrzypce + wokal = stonowany, niemal intymny klimat. Tym razem jest to bardziej odczuwalne, gdyż elektronika zaczyna ustępować żywym instrumentom. I to już słychać w „Don’t Believe in Love” ze spokojną perkusją i delikatnie grającą gitarą elektryczną, gdzie potem dołączają smyczki. Jednak ta formuła tutaj powoli zaczyna nużyć. Jednak zdarzają się pewne fantastyczne kompozycje jak ambientowy „Graften Street”, którego współautorem jest Brian Eno, najbardziej dynamiczny (jak na Dido) „Never Want To Say It’s Love” z bardzo rytmiczną gitarą elektryczną, nagrany w rytmie walca „It Comes and It Goes” (naprawdę ładny fortepian, klaskanie) czy orientalna perkusja w ” Lets Do Things We Normally Do”. Reszta jest dość do siebie zbliżona, co nie znaczy, że słaba. Ale pojawia się monotonia jak w „The Day Before the Day” opartym tylko na gitarze. Dla wielu pewnym zgrzytem może być kończący album prawie 9-minutowe „Northers Skies”, które jest najbardziej naszpikowane elektroniką. Liryka nadal trzyma stabilny poziom, głos Dido nadal jest stonowany.

Niby jest wszystko tak jak być powinno, ale coś jest jednak nie tak. Po raz pierwszy zaczyna ciążyć schemat, który działał wcześniej. Mam pewne obawy, czy „Girl Who Got Away” nie będzie rozczarowaniem. Ale o tym dowiem się już jutro. „Safe Trip Home” jest zaledwie dobre. Liczyłem na trochę więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz