

Początek lat 80-tych dla twórców rocka progresywnego były naprawdę ciężkie. Gatunek ten powoli zaczął kostnieć, widownia czuła się znużona, zaś najwięksi mistrzowie jak Genesis, Jethro Tull, King Crimson czy Yes gubili swoją formę. Wtedy pojawiła się luka w gatunku, którą próbowały wypełnić młode zespoły, próbując odświeżyć konwencję. Jedną z pierwszych takich kapel tworzących neoprogresywnego rocka był pochodzący z Aylesbury brytyjski Marillion. A wszystko zaczęło się w 1983 roku, kiedy po 4 latach działalności, zespół wydał swój debiutancki album – „Script for a Jester’s Tear”.
Produkcją zajął się Nick Tauber znany ze współpracy z Thin Lizzy, a Marillion tworzyli wtedy: Fish (wokal), Steve Rothery (gitara elektryczna), Mark Kelly (klawisze), Pete Trewavas (gitara basowa) i Mick Pointer (perkusja). No i muszę przyznać, że zaczęli z wysokiego C. Pozornie niby mamy to, co w progresywnej muzyce – długie kompozycje (najkrótszy utwór trwa niecałe pięć i pół minuty), zmiany tempa i nastroju oraz głębokie, pełne metafor teksty. Ale jak to wszystko brzmi! Choć czuć inspirację wielkimi jak Yes, Genesis czy Pink Floyd. Wystarczy posłuchać tytułowego utworu – fortepian towarzyszy Fishowi, dochodzą delikatne klawisze, melodia nagle staje się pogodniejsza, melancholijna, delikatny bas, zapętlają się klawisze (brzmi jak melodia z wesołego miasteczka), uderza perkusja. Wtedy dochodzi gitara elektryczna (najpierw spokojna, potem serwująca tnące riffy), a Fish zaczyna się drzeć. W połowie następuje wyciszenie (gitara akustyczna, bas, klawisze łagodnieją), by znów odezwał się Rothery i Pointer, wprowadzając mroczniejszy klimat.
Taka zmienność nastrojów, będzie nam towarzyszyć do samego końca – klawisze mieszają melancholijną delikatność z mrokiem (najbardziej piosenkowe „He Knows, You Know” kończące się krótką rozmową telefoniczną czy „Garden Party”), perkusja „strzela” swoimi uderzeniami („The Web”), ale i to wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie gitara Steve’a Rothery’ego, która barwnie maluje całą atmosferę, co najbardziej to słychać w finałowych „Chealsea Monday” i „Forgotten Sons”, gdzie nie zabrakło wypowiedzi z radia (czytane przez Petera Cockburna) oraz chórku Marquee Club’s Parents Association Children’s Choir. Całość mimo upływu lat brzmi po prostu rewelacyjnie.
Jednak to wszystko nie miałoby aż takiej siły rażenia, gdyby nie charyzmatyczny wokal Fisha. Może się on wydawać zbyt teatralny, ekspresyjny, zaś podobieństwo do Petera Gabriela jest wręcz łatwe do wychwycenia. Ale ta ekspresja jest jego największą siłą i mocą. Tak samo jak jego teksty, które nie należą do łatwych w odbiorze:
A więc jestem znów
Na placu zabaw złamanych serc
Jeszcze jedno doświadczenie, jeszcze jedna notatka
We własnoręcznie napisanym pamiętniku
I zarazem jeszcze jedno emocjonalne samobójstwo
Przedawkowanie uczucia i dumy.
Ale jednocześnie dają one do myślenia i dotykają takich spraw jak niespełniona miłość (utwór tytułowy), hipokryzja („Garden Party”), wojna („Forgotten Sons” z frazą „Stać! Kto idzie?! /Śmierć… /Podejdź przyjacielu”).
Mógłbym tak opowiadać o tej płycie, ale już chyba niczego więcej nie da się już opowiedzieć. To po prostu trzeba mieć w swojej półce. I tak zaczęła się największa przygoda tego zespołu.
10/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
