The Pineapple Thief – Dissolution

The_Pineapple_Thief_Dissolution_Album_Cover

Ta brytyjska formacja progrockowa w ostatnich latach poszła ku bardziej piosenkowym formom, co fanów ekipy Bruce’a Strooda mocno podzieliło. Jednak ostatni album “Your Wilderness” pokazał, że można to połączyć w taki sposób, by wprawić w zachwyt. Ale to było dwa lata temu I pytanie: czy ta forma uchowała się w “Dissolution”, gdzie do zespołu już na stałe dołączyć perkusista Gavin Harrison (Purpucine Tree, King Crimson)?

Powiem tak: klimat zachowano, co już czuć w dość długim (dwuminutowym) wstępie w postaci “Not Naming Any Names”, opartym tylko na fortepianie oraz delikatnym wokalu Strooda. To jednak zmyłka przed mocniejszym “Try As I Might”, gdzie odzywają się gitary z perkusją, by uderzyć na koniec mocnym riffem w bardziej garażowym stylu. Melancholia wraca w delikatnym “Threating War”, gdzie gitary pełnią role rzadko wybijającego się tła (oprócz akustycznej), by przemieszać się z ostrzejszymi wejściami elektrycznych dźwięków (mostki oraz refren) oraz mroczniejszym “Undercoving Your Tracks”, dając więcej pola dla perkusji oraz niepokojących klawiszy, chociaż i gitara bardziej wrzaśnie, by jeszcze mocniej uderzyć w szybkim “All That You’ve Got” oraz niemal chropowatym “Far Below”, gdzie riffy zderzone z odbijającą się niczym echo elektroniką i smyczkami może zmrozić krew. Niemal na sam finał dostajemy 11-minutowy “White Mist” z gościnnym udziałem gitarzysty Davida Torna, który w środku pozwala sobie zaszaleć razem z sekcją rytmiczną, zmieniając tempo oraz melodię, chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten utwór bardzo się wlecze (ale środkowy fragment, gdzie Torn szaleje – miażdży), by na finał uderzyć poruszającym “Shed a Light”.

Trudno odmówić albumowi klimatu, kilku chwytających za serducho momentów, zaś wokal Strooda zaczyna coraz bardziej mi przypominać Stevena Wilsona (to akurat jest plus). Jednak poprzedni album zrobił większe spustoszenie i bardziej na mnie działał. Niemniej “Dissolution” jest całkiem solidnym albumem, dobrze zgranym z obecną pogodą.

7/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Wasteland

RIVERSIDE%2B-%2BWasteland%2B-%2Bfront

Nie ma obecnie kraju bardziej popularnej reprezentacji rocka progresywnego niż kierowany przez Mariusza Dudę Riverside. Jednak ostatnie lata były bardzo brutalne dla formacji – najpierw zmarł ojciec frontmana, a następnie gitarzysta grupy Piotr Grudzieński. Jego pamięci był poświęcony album „Eye of the Soundscape”, gdzie pojawiły się ostatnie utwory z tym muzykiem, jednak skręt ku bardziej elektroniczno-ambientowym klimatom wywołał ogromne kontrowersje. „Wasteland” miał pokazać także, jak formacja (już jako trio) będzie dalej funkcjonować.

Uprzedzę wszystkich od razu: gitara nadal wybrzmiewa, lecz gra na niej sam Duda i/lub grający z nimi na koncertach Marcin Meller z Quidam. Choć otwierający całość „The Day After” jest śpiewany a capella (wokal nawet odbija się niczym echo), ale w połowie coraz mocniej dochodzi elektronika, budząca skojarzenia z Lunatic Soul. Tylko, że końcówka w niemal horrorowym stylu ostrzega, że będzie inaczej. Cięższe dźwięki gitary towarzyszą przez „Acid Rain”, gdzie tną niczym nożyczki,wspierane przez bardzo mroczną elektronikę, wręcz organową, by w połowie kompletnie zmienić klimat. Wtedy zaczyna odzywać się elektronika, zaś solówki wywołują niepokój swoim bluesowym wręcz zacięciem, by załkać w finale. O wiele bardziej hard rockowo dzieje się w „Vale of Tears”, chociaż refreny są o wiele spokojniejsze, przypominające średniowieczne pieśni (znowu te organy) oraz elektroniczne wstawki z dość nieoczywistą perkusją, zmiennym tempem (wręcz marszowym) oraz bardziej patetycznym solo, które miażdży. Po takim rollecoasterze wchodzi oaza spokoju w postaci akustycznego „Guardian Angel”, gdzie gitara się uspokaja i razem z fortepianem działa kojąco, ale w połowie dochodzi do przełamania z powodu wejścia melodyjnej gitary elektrycznej jako tła. Melancholijny „Lament” oparty na prostych dźwiękach gitary akustycznej (początek), by uderzyć podniosłym wokalem oraz zgraniem perkusyjno-organowo-gitarowym w refrenie, działając niczym rollercoaster, by na koniec dodać cymbałki oraz… skrzypce. Choć spokojny „River Down Below” potrafi chwycić swoimi dźwiękami, a na finał dostajemy pianistyczny, poruszający „The Night Before”.

Kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy wskakuje „The Struggle for Survival”, który trwa prawie 9 minut. Krótkie solówki gitary, imitacje trąbek, metaliczny bas w tle – początek może wydawać się bardzo monotonny, ale dalej zaczynają się odzywać kolejne instrumenty, klawisze podświdrują, perkusja lekko uderzy, by na chwilę weszły gitary (elektryczna wydaje się nawet lekko orientalna), podkręcają tempo oraz dodając ostrości, dorzucić kolejny element, budując klimat miejscami godny horroru oraz totalnej psychodelii. Czy mówiłem o tym, że jest to kompozycja instrumentalna? Równie duży jest też utwór tytułowy, ale tym razem zawiera słowa i tez zaczyna się bardziej spokojnie, chociaż gitara akustyczna gra dość energicznie. Wejścia fortepianu oraz wokaliz z „łkającą” (a nawet szarpiącą) gitarą dają efekt niesamowitości, by wrócić do początku utworu i jeszcze podgrzać temperaturę.

Także i sam Duda na wokalu wydaje się być taki jak zawsze, ale parę razy zaskakuje. Od niemal spokojnego i głębokiego niczym Nick Cave przez pewien stan „anielskości” aż po… falset. I każdy z tych tonów wybrzmiewa bez fałszu. Choć „Wasteland” może wydawać się o wiele spokojniejszy niż poprzednie płyty Riverside, pozostaje autentyczny, potrafi poruszyć i wiele utworów zostanie w pamięci na długo.Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Under the Fragmented Sky

under-the-fragmented-sky-w-iext52720562

Mariusz Duda jest bardzo prężnie działającym muzykiem. Po niecałym roku wraca ze swoim kolejnym dziełem sygnowanym jako Lunatic Soul. Tak naprawdę to miał być maxisingiel do przepięknego “A Thousand Shades of Heaven”, tylko że nagle rozrosło się do rozmiaru niecałych 40 minut. Zdarza się. I jest to album w większości instrumentalny. To też się zdarza. Ale czy jest to udane dzieło?

Kompozycji jest tylko osiem, ale za to są długie oraz – w przeciwieństwie do poprzednika – więcej jest tutaj elektroniki. Ale zdarzają się pewne zaskoczenia jak otwierający całość “Ha Ev En” z przerobionymi wokalami, tworzącymi troszeczkę sakralną aurę, w czym pomagają organy, a w tle przygrywa gitara. O wiele mroczniejszy jest “Trials” z pulsującą niczym otwierana butelka w zwolnionym tempie perkusją, ocierającą się o orient tłem, zaś nakładające się słowa (“I tried so, I tried so/I tried so hard to pretend”) wypowiadane przez Dudę na różnych rejestrach. Do tego zaczynają dochodzić jeszcze fortepian, bas oraz gitara, coraz bardziej potęgując atmosferę, tak jak marszowe werble. Oddech serwuje krótki, gitarowy “Sorrow”, chociaż zarówno wokaliza jak i dziwaczne tło są bardzo przygnębiające, płynnie przechodząc do tytułowego utworu, dając pole dla gitary akustycznej, zaś elektroniczny środek zmienia wydźwięk piosenki. Kosmiczne “Shadows” miesza całą paletę elektroniki, jednocześnie dorzucając do kotła gitarę oraz “strzelającą” perkusję, by przejść do niemal orientalnego “Rinsing the Night”. Niemal na sam koniec dostajemy “The Art of Repairing” z niemal mantrycznym wokalem, pulsującym basem, coraz bardziej przestrzennymi klawiszami, wokalizami Dudy, solówkami gitary, tworząc wręcz epickie dzieło, by zwieńczyć je piosenkowym “Untamed”, przypominającym dokonania Riverside.

Powiem szczerze, że “Under the Fragmented Sky” jest świetnym suplementem poprzedniej płyty Lunatic Soul, dającym więcej przestrzeni samej muzyce. Ta instrumentalna podróż potrafi wskazać na bardzo interesujące kierunki, pełne emocji oraz pasji, będącej troszkę towarem deficytowym. A to miało być dużo skromniejsze dzieło.

8/10

Radosław Ostrowski

A Perfect Circle – Eat the Elephant

APC_eat_the_elephant

Poboczny project gitarzysty Billy’ego Howerdela oraz wokalisty Toola, Maynarda Jamesa Kennana był w uśpieniu przez wiele lat. Ostatni album wyszedł w 2004 roku, a od 2011 dopiero wznowiła działalność. I nagle niczym Filip z konopi, wyskakuje APC z nowym, czwartym materiałem. I jak wyszło?

To bardzo progresywne, tajemnicze brzmienie, które ciągle próbuje zaskakiwać. Nawet tytulowy utwór, który rozpoczyna całość, zaczyna się bardzo jazzowo, z łagodnymi dźwiękami pianina oraz perkusji, nabierając z czasem przyspieszenia, chociaż i niepozbawiona piękna (druga połowa), by zapuścić się w nieco mroczniej w troszkę cięższy, lecz dynamiczniejszy “Disilussioned” (ta perkusja oraz chropowata elektronika). Ale półtorej minuty później następuje wyciszenie, gdzie szansę ma wybrzmieć fortepian (pod koniec słychać tylko jego) oraz odbijające się niczym echo wokal. A półtorej minuty przed końcem wracamy do melodii z początku. A im dalej w las, tym bardziej dziwaczne rzeczy: harfowo-elektroniczny “The Contrarian”, pełen przesterowanych dźwięków oraz perkusyjnych popisów “The Doomed”, lekko oniryczne “So Long, and Thanks for All the Fish” czy bardziej art rockowy “TalkTalk”. Nawet wejścia smyczków (“By and Down the River”) nie wydają się przypadkowe.

Pozornie to wszystko wydaje się chaotyczne, a mieszanka różnych styli potrafi się nałożyć na jeden kawałek, co na szczęście nie jest poważną wadą. Nawet instrumentalny “DLB” daje wiele frajdy, chociaż industrialny “Hourglass” może przyprawić o ból uszu, a wszystko zachowuje bardzo mroczny klimat.

“Eat the Elephant” jest na tyle intrygującym albumem, że mimo pozornej melodyjności, potrafi oczarować swoim podskórnym klimatem niepokoju. Nie jest to stricte rockowe dzieło (gitara bardziej odzywa się od połowy), zaś Maynaard jest zaskakująco spokojny, wręcz delikatny. Album ciągle nieobliczalny, zmieniający tempo, instrumenty i rytm, co w progresywnym świecie jest naturalne. Choć niektóre zakręty są wyboiste (triphopowy “Ge the Lead Out”), droga jest słuszna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Omnadawn

Mike_oldfield_ommadawn_album_cover

Wczoraj 65. urodziny obchodził Mike Oldfiled – multiinstrumentalista, który jednym albumem zmienił muzykę na zawsze. O “Tubural Bells” napisano wszystko, co można było, ale ja się skupię na trzecim wydawnictwie, czyli “Omnadawn” z 1975 roku.

Tak jak na początku swojej ścieżki muzyk podzielił swój utwór na dwie, długie części. Tym razem jednak poszedł w stronę wręcz folkową, ocierającą się o celtyckie dźwięki. Początek jest bardzo delikatny, z eterycznymi wokalami w tle oraz harfą. Co najbardziej zaskakuje to wykorzystanie przestrzennej elektroniki niczym mgła otaczającej cały utwór. Dochodzą kolejne partie gitar, buzuk, nawet basu, ale spokój zostaje brutalnie zerwany. Wchodzi gitara elektryczna i świdruje uszy zapowiadając burzę pełną werbli, nasiloną popisami gitar wszelkiej maści oraz podniosłych smyczków. Nastrój podtrzymują flety oraz dęciaki, jakbyśmy patrzyli na niesamowite góry, gitara elektryczna zaczyna nabierać cieplejszych barw, by następnie ustąpić miejsca skocznemu fletowi, fortepianowi i buzuce, orzeźwiającej niczym łyk świeżej wody, nabierając większego rozpędu. I wtedy następuje wyciszenie w postaci harfy, fletów oraz delikatnego chórku, wspieranego kolejno przez skrzypce, cymbałki, a także gitarę elektryczną zmieszaną z chórkiem. Chwila zadumy wraca z oszczędną, lecz dynamiczną perkusją oraz mocarnym połączeniem elektroniki z wokalizami, dodającymi wręcz mistycznego ducha, zaś reszta instrumentów wręcz tańczy, dając spore pole dla gitary akustycznej oraz dęciaków w tle, podkręcając wręcz to tempo, by eksplodować solówce gitarowej. Od tej pory grają tylko bębenki, aż do końca.

Druga część zaczyna się bardzo dramatycznym wejściem elektroniki imitującej smyczki, wspieranej przez gitary i przypominając bardziej zapętlony styl Michael Nymana, nabierając coraz bardziej podniosłego charakteru, by w połowie się wyciszyć dając dużo miejsca dla akustycznej gitary, dającej wiele melancholijnego nastroju, a połączenie łagodnego elektryka z dudami robi wręcz piorunujące wrażenie. A na sam koniec dostajemy bardzo kojący flet, skontrastowany przy finale z basem oraz nacierającymi dzwoneczkami, a także bardziej skocznym, irlandzkim rytmem.

A na finał dostajemy… piosenkę, czyli krótkie, akustyczne “On Horseback”, do którego dołącza gitara elektryczna,  śpiewają The Pernhos Kids, podtrzymując klimat całości i potwierdzając wielką klasę Oldfielda multiinstrumentalisty. “Omnadawn” jest wręcz mistycznym doświadczeniem, jakiego nie spodziewałem się od dawna. Spójny, pełen wręcz etnicznego klimatu, zachwycający bogactwem szczegółów. To nie jest muzyka, to wręcz doświadczenie – I nie przesadzam.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dave Kerzner – Static

a0129160493_10

O tym charyzmatycznym muzyku opowiadałem już przy recenzji debiutanckiej płyty zespołu Sound of Contact (nie mogę się doczekać drugiego wydawnictwa, chociaż ostatnio są znowu komplikacje). W między czasie gitarzysta oraz kompozytor grupy, wydał solowy album “New World”, który został dobrze przyjęty. Teraz Kerzner poszedł za ciosem, znowu zaprosił masę gości, m.in. Steve’a Hacketta (gitarzysta Genesis), Matta Dorseya (kumpla z macierzystej formacji), czy Colina Ewina (basista Porcupine Tree) i tak powstał “Static”.

Fani progrockowych dźwięków powinni się ucieszyć, prawda? Początek, to bardzo krótkie oraz oszczędne intro w postaci “Prelude”, które płynnie przechodzi do rozbudowanego, gitarowo-perkusyjnego “Hypocrites”, jakby żywcem wziętego z lat 70. Grany jest bardzo lekko, wręcz przebojowo, perkusja może się wykazać, zaś w połowie wchodzą klawisze, dodając odrobinę magii. Bardziej melancholijny utwór tytułowy łapie za gardło, zahaczając troszkę o Pink Floyd z ładnym fortepianem oraz delikatnymi wokalizami Ewy Karoliny Lewowskiej. Znacznie gwałtowniej jest przy akustycznym “Reckless” z psychodeliczną końcówką. Równie spokojniejszy jest “Chain Reaction”, pełen pozytywnej energii oraz ładnej gitary czy dużo lepszy “Trust” z cudnym solo skrzypiec i pięknym fortepianem. Dziwacznie brzmi pełen sklejonych elektronicznych dodatków krótki “Quiet Storm”, ale gdy wchodzi chropowaty “Dirty Soap Box”, to uderzają soczyste solówki Steve’a Hacketta, przesterowany bas oraz popisy perkusyjne Nicka D’Virgilio z Big Big Train. Podniosły “The Truth Behind” mnie znudził i zmęczył swoimi popisami instrumentalnymi (strasznie hałaśliwymi), a lejący w tle deszcz niczego nie naprawił. “Right Back to the Start” to krótki przerywnik dla przedłużenia czasu, podobnie instrumentalny “Statistic”. Sytuację próbuje ratować bardziej soczysty “Millennium Man”, który spokojnie by wszedł na ostatni album Rogera Watersa, gdyby ten postawił na czad, a “State of Innocence” z cudnie śpiewającymi chórkami oraz troszkę ospała gitara, brzmiąca niczym skrzypce.

Na finał Kerzner postawił na bardzo długi, bo 16-minutowy kawałek “The Carnival of Modern Life”. Na początek dostajemy dziwnie zmieszaną wiolonczelę z elektronicznymi dodatkami, by szybko wskoczyć w jazz-rock zmieszany z psychodelią, gdzie gitara z klawiszami zaliczają coraz bardziej pokręcone solówki, tempo się zmienia jak w rollercoasterze, a w głowie nie zostaje niewiele, poza inspiracją Pink Floydami.

Kerzner wokalnie nadal śpiewa delikatnie, coś pomiędzy Davidem Gilmourem a Stevenem Wilsonem. Jednak problem ze “Static” jest taki, że połowa płyty działa mniej emocjonalnie od reszty. Debiut miał większą siłę rażenia, a tutaj jest troszkę przekombinowania, brakuje pazura oraz mocy w tym wszystkim. Liczyłem na coś więcej, choć jest kilka ciekawych numerów.

7/10

Radosław Ostrowski

Daniel Cavanagh – Monochrome

DanCav-Monochrome-sml

Czy są tu obecni fani Anathemy? Dorobek tej progresywnej formacji z Anglii robi ogromne wrażenie, a siłą zawsze był wokal oraz kompozytorskie umiejętności Daniela Cavanagh. Muzyk tym razem postanowił nagrać solowy album po wydanej w zeszłym roku udanej płycie “The Optimist”. Czyżby dalej było kontynuowane brzmienie progresywne?

Otwierający całość “The Exorcist” spokojnie mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie Anathemy, chociaż jest mniej gitarowy niż by się mogło spodziewać. Delikatny fortepian, zapętlone klawisze zaznaczające lekko swoją obecność, wreszcie wchodzi gitara akustyczna bardzo niespieszna i grająca od niechcenia, z czasem jednak te instrumenty zaczynają nabierać na sile, by pod koniec strzelić mocniejsze, podniosłe solo na elektryku. Równie tajemniczo, chociaż bardziej zwarty jest “This Music” z nieco organowym tłem, pełnym krótkich wejść gitary oraz cudnym głosem Anneke Van Giersbergen. Równie podniosły jest “Soho”, który bardzo powoli rozkręca się, by w finale wyciszyć się, dając miejsce dla przestrzennej elektroniki. I wtedy wchodzi prawdziwy kolos w postaci “The Silent Flight Of The Raven Winged Hours”. Zaczyna się od gwałtownej grze na fortepian oraz skrzypce, by potem dać moment spokoju, by podkręcić aurę monotonnymi (pozornie) dźwiękami perkusji, gitary akustycznej oraz przemielonych odgłosów Mooga, zagłuszających nawarstwiające się słowa gdzieś w tle. A kiedy wydaje ci się, że zaraz zapadniesz w sen, gitara bardzo mocno świdruje uszy razem ze skrzypcami. Potem wchodzi miniaturka “Dawn”, rozpędzona niczym diabli. A na koniec dwa długie utwory: powolny oraz spokojny “Oceans of Time”, który staje się coraz bardziej podniosły, a solówka jest bardziej kojąca niż jakakolwiek kołysanka. Podobnie gra “Some Dreams Come True” z ładnym fortepianem, szumem morza, odgłosem dziecka oraz poruszającymi smyczkami.

Więcej jest tutaj kompozycji instrumentalnych, co daje sporo przestrzeni dla muzyków. Cavanagh rzadko śpiewa, ale zawsze angażuje. To zestaw pięknej muzyki, która intryguje, zaciekawia oraz daje sporo powietrza, absolutnie inna od Anathemy. Monotonna? absolutnie nie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Five Miles Out

Mike_oldfield_five_miles_out_album_cover

Dla fanów bardziej ambitnej muzyki Mike Oldfield na zawsze pozostanie twórcą legendarnego “Tubular Bells”. Jednak ten multiinstrumentalista próbował – z mniejszym lub większym skutkiem – podbijać światowe listy przebojów tworząc chwytliwe, pop-rockowe kawałki takie jak “Moonlight Shadow” czy “To France”. Nie inaczej było w przypadku pochodzącej z 1982 roku płyty “Five Miles Out”.

I tak jak w tym okresie, maestro zaczyna całość od potężnej suity, tutaj nazwanej “Taurus II”. Tutaj mamy grany motyw wykorzystany w tytułowym utworze, grany na gitarze. Sama kompozycja to dźwiękowy kolaż, mieszający rocka, folk z elektroniką, zmieniając kompletnie tempo, aranżację, nastrój, skupiając się na jednym motywie oraz dając ogromne pole do popisu dla Oldfielda (a także dla śpiewającej Maggie Reilly), który większy nacisk dał na rocka i elektronice. I ta druga dominuje przy “Family Man”, pełniąc role tła dla wokalu Szkotki, bardziej rock’n’rollowych solówek Mike’a oraz perkusyjnym uderzeń. Spokój wraca w niemal baśniowym “Orabidoo”, zaczynającym się cudnymi dźwiękami niczym z małych cymbałków i gitary, do którego dołącza perkusja oraz przemielony przez vocodera głos samego Oldfielda, który – na moje nieszczęście – brzmi kompletnie niezrozumiale. Pod koniec nagle fortepian, klawisze oraz gitara dostają totalnego przyspieszenia, by wejść w bardziej podniosły, wręcz przygnębiający nastrój, wracając do melodii z początku. Bardziej “orientalnie” za to wypada zanurzony w elektronice “Mount Teidi”, by zaatakować utworem tytułowym, gdzie nie brakuje porywających solówek gitar, mocnych uderzeń perkusji (także elektronicznej), ciepłego głosu Reilly oraz bardziej zrozumiałego, choć przemielonego cyfrowo Oldfielda. A na sam koniec dostajemy zgrabną, ładną miniaturkę w postaci “Wldberg (The Peak)” oraz wersję demo “Five Miles Out”, gdzie przewodzi wokal Reilly, wnosząc całość na wyższy poziom.

Ale, ale w 2013 roku wyszedł remaster ten płyty, nie tylko z cyfrowo przerobionym dźwiękiem, lecz dodatkowym CD z zapisem koncertu Oldfielda w Kolonii podczas trasy promującej płytę. Poza utworami z tej płyty, usłyszano m.in. “Tubular Bells” (w troszkę innej aranżacji, zabarwione nawet lekko orientalnymi wstawkami w postaci fletów, gdzie pod koniec zostaje przedstawione skład) czy “Mirage”, co tylko podnosi wartość wydawnictwa.

I muszę przyznać, że po latach “Five Miles Out” ciągle się broni swoim brzmieniem, chociaż troszkę czuć lekką naftalinę (elektronika zawsze się szybko starzeje). Oldfield daje poruszającą muzykę, niepozbawioną potencjału komercyjnego (w dobrym znaczeniu tego słowa). Już tutaj widać pewien potencjał do robienia hitów, pozostając jednak w duchu progresywnego rocka.

8/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Fractured

Fractured

Solowy project Mariusza Dudy, czyli jednego z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny progresywnej. Po ostatnich dokonaniach macierzystego Riverside oraz powołanej supergrupy Meller Gołyźniak Duda, basista oraz wokalista wraca ze swoim samodzielnym przedsięwzięciem, mieszającym progrockowe dźwięki z ambientem. Tym razem będzie osiem utworów. A jak jakościowo?

Początek to dziwacznie przemielony odgłos paszczy z elektroniką w “Blood on the Tightrope”, do którego dołączają bardzo mroczne pomruki, bardzo szybkie uderzenia perkusji, oniryczny fortepian oraz rozpędzone gitary (pod koniec niemal żywcem wzięte z Riverside). A jednocześnie mimo dużej ilości mroku, pozostaje to bardzo melodyjnym oraz chwytliwym numerem, co jest także zasługą falowo przychodzących instrumentów. Równie w tym kierunku podąża pulsujący ambientem “Anymore” wybrany na pierwszego singla. O dziwo więcej miejsca ma tutaj gitara akustyczna, co czuć zarówno w niepokojącym, troszkę przypominającym Mike’a Oldfielda “Crumbling Teeth and the Owl Eyes” oraz najdłuższym – ponad 12-minutowym “A Thousand Shards of Heaven”, gdzie jeszcze mamy przepięknie grające w tle smyczki oraz trip-hopowy środek z saksofonem. Bardziej przestrzenne, wręcz nowofalowe “Red Light Escape” potrafi utrzymać w poczuciu niepokoju, potęgowanym przez pulsujący sygnał w tle oraz solo saksofonu. Tytułowy utwór miesza elektroniczne pasaże, rytmiczną perkusję z ostrymi riffami oraz przestrzennym, nasilającym się wokalem. Bardziej agresywny jest “Battlefield”, gdzie od początku jesteśmy atakowani minimalistyczną perkusją oraz przemieloną gitarą elektryczną, które coraz bardziej nabierają intensywności. Zaś finałowe “Moving On” mogliby stworzyć Depeche Mode gdzieś na początku lat 90.

Duda konsekwentnie śpiewa po angielsku i jest znacznie bardziej delikatny, refleksyjny niż w swojej macierzystej kompanii. I to działa do tych bardzo rozbudowanych kompozycji, pełnych różnych dźwięków, progresywnych zmian tempa oraz bardzo niepokojącego klimatu. “Fractured” bardzo mocno pokazuje, że Lunatic Soul trzyma się dobrze i coraz bardziej magnetyzuje, chociaż sam ambient pojawia się rzadziej niż ostatnio. Ale mimo to pozostaje w pamięci na długo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amarok – Hunt

rec_hunt_0593ce7c903113

Kolejny przykład polskiego progresywnego rocka, tym razem jest to solowy projekt multiinstrumentalisty Michała Wojtas. Amarok wraca i to nie tylko w postaci zremasterowanej dyskografii z początku drogi, ale także z nowym materiałem, nagranym po 13 latach. Pytanie, czy tak długa przerwa nie osłabiła Wojtasa?

To nadal rock progresywny polany sosem elektroniczno-ambientowym czy wręcz trip-hopu spod znaku Massive Attack czy Tangerine Dream. Już otwierające całość pulsujące “Anonymous” zachwyca niepokojącym tłem, gdzie mamy szczekanie psa, nerwową elektroniką, soczystą solówką na gitarze i wykorzystaniem stuletniego (!!!) indyjskiego harmonium. Bardziej wyciszony jest przepiękny, wybrany na singla “Idyll”, gdzie słyszymy Mariusza Dudę z Riverside, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty, z wszelkiej maści gitarami. Bardziej eksperymentalny jest “Distorted Sould”, gdzie agresywna elektronika przeplata się z riffami a’la David Gilmour, cudnymi smykami oraz… thereminem czy niemal polany etnicznym sosen (duduk) instrumentalny “Two Sides”. Tajemniczy jest “Winding Stairs”, pełen elektronicznych ubariweń, wspartych przez delikatną gitarę, podobnie jak mieszający agresywne riffy z ambientem “In Closeness” oraz “Unreal”, po raz kolejny skręcając w dokonania Mandarynkowego Snu. Równie minimalistyczny “Nuke” z Colinem Bass (Camel) porywa swoim klimatem. A największym dla mnie był ponad 17-minutowy utwór tytułowy z chropowatą elektroniką, angielskim lektorem w tle, coraz bardziej dodawanymi instrumentami )gitara, klawisze, theremin), ale melodia jest niemal taka sama.

Za to Wojtas grający na wszystkich instrumentach jest w niesamowitej formie. Także ze swoim bardzo eterycznym wokalem, przypominającym troszkę Mariusza Dudę, co nie jest żadną wadą. Także goście wokalnie nie zawiedli, dodając wiele do tekstów opisujących życie we współczesnym, wirtualnym świecie. “Hunt” to jedna z najładniejszych płyt polskiego prog-rocka, która powinna trafić w swój czas. Kto się z nią spotka, nie przejdzie obojętnie. Warto upolować to dzieło.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski