Dawno, dawno temu (a dokładnie jakieś 20 lat temu) pewien amerykański reżyser zadebiutował. A imię jego Bryan Singer. Sam debiut był dość średni, ale następne filmy objawiały talent powyżej przeciętnej. Zrobił mroczny kryminał („Podejrzani”), przeniósł Stephena Kinga („Uczeń szatana”), przekonał, że mutanci istnieją („X-Men” i „X-Men 2”), próbował wskrzesić Supermana („Superman: Powrót” – to akurat mu nie wyszło) i wyprodukował serial o najbardziej kulturalnym lekarzu świata („Dr House”). Ale po „Supermanie” minęło 7 lat i Singer zdecydował się wrócić na duży ekran z… bajką o Jasiu i magicznej fasoli.

Jak to się zaczynało? A już wiem! Dawno, dawno temu, gdy cuda jeszcze się zdarzały był Jaś – wieśniak, który po śmierci ojca (opowiadającego mu baśń o olbrzymach, fasoli i ludziach) razem z wujem prowadzili mocno podniszczoną farmę. Jaś miał sprzedać wóz i konia, by kupić rzeczy. Jednak zamiast tego dostał od mnicha magiczną fasolę. Wuj nie był zadowolony, rzucił fasolę pod dom i ruszył na targ. W tym czasie z dworu uciekła księżniczka i trafiła do Jacka (ile można w końcu używać imienia Jaś), wtedy fasola wyrosła i księżniczka Isabella razem z domem poszły do nieba. Więc trzeba ją odnaleźć, a król zebrał wyprawę pod wodzą gwardzisty Elmonta i narzeczonego księżniczki Roderyka.

Już po tym opisie można stwierdzić, że Singer lekko zmodyfikował tą klasyczną baśń. Ale jeśli spodziewacie się pastiszu w stylu „Shreka” czy kompletnie naturalistycznej wizji, to muszę was rozczarować. „Jackowi…” bliżej do klasycznej baśni z rozmachem przynajmniej „Władcy Pierścieni” albo „Hobbita”. Owszem, bohaterowie są na kontraście (dobro-zło), musi być na końcu happy end, a przebieg wydarzeń rozgryzło by nawet dziecko, więc mam jedno pytanie – i co z tego, skoro się to dobrze ogląda? Rozmach jest (wiadomo, sakiewka musi się zgadzać), efekty specjalne są całkiem przyzwoite (wieże z fasoli), olbrzymy są wystarczająco brzydkie, muzyka jest epicka, scenografia i kostiumy robią wrażenie, a nawet udaje się przemycić odrobiny humoru (zwłaszcza zakończenie jest rozbrajające).

Zaś aktorzy są dobrze obsadzeni i potrafią uwiarygodnić proste postacie. Nieźle wypadli grające główne role Nicolas Hoult, czyli Jack – od wieśniaka od króla i Eleanor Tomlinson jako księżniczka Isabelle. Za to na drugim planie najbardziej wybijają się świetni Ewan McGregor (prawy i dzielny Elmont – akcent brytyjski dodaje szlachetności), Stanley Tucci (ambitny i pazerny Roderyk) oraz Ian McShane (król). I nie zapomnijmy o Billu Nighym podkładającym głos generałowi Fallonowi – dowódcy olbrzymów.
Singer tym filmem potwierdza, że jest w dobrej formie, nawet jeśli czerpie garściami od innych. Dobre familijne kino dla raczej starszych dzieci.
7/10
Radosław Ostrowski
