Hellboy (2019)

Po dwóch częściach od Guillermo del Toro, fani Hellboya oczekiwali na część trzecią. Lata jednak mijały, a z planów nic nie wychodziło. Bo filmy meksykańskiego reżysera, choć wysoko cenione przez krytykę, nie przyciągnęły zbyt wielkiej widowni. Więc co postanowiono zrobić? Reboot, czyli lekko zmutowaną wersję pierwszej części. Tylko z R-ką i osadzony w Wielkiej Brytanii, zaś Czerwony stanie do najtrudniejszego zadania: powstrzymać Brexit. 😉

Ale bądźmy na chwilkę poważnie. Hellboy nie zna swojego pochodzenia, ale wie, że jest inny od reszty. Jego relacje z ojcem są bardzo napięte, a kolejne zlecenia coraz bardziej zaczynają go męczyć. No i niemal wszyscy chcą go sprzątnąć, gdyż – zgodnie z dawną przepowiednią – ma on doprowadzić do końca świata. I tego chce pochodząca z V wieku wiedźma zwana Królową Krwi, która została pocięta na kawałki przez samego króla Artura. Tak, tego króla Artura. Ktoś zaczął zbierać jej rozćwiartowane członki. No i nasz Czerwony będzie musiał dokonać wyboru.

hellboy3-1

Reżyser Neil Marshall kompletnie odcina się od poprzednich części i próbuje zaproponować swoją własną wizję. Wizję pełną krwi, rozpaćkanych ciał, paskudnych monstrów w CGI oraz rzucanych faków na prawo i lewo. A wszystko zrobione w bardzo kampowym stylu, gdzie wszystko na siłę jest dośmieszniane, fabuła jest jednym wielkim żartem. Zbyt lekki ton czyni całą tą opowieść nieangażującą, pozbawioną napięcia, gdzie niemal wszystkie problemy są rozwiązywane bardzo szybko. Niby są tu dylematy naszego bohatera, który nie należy za bardzo do żadnego ze światów i mierzący się ze swoim przeznaczeniem. Tylko, że to sprawia wrażenie troszkę ciała obcego, gryząc się z całą resztą. Zaś same wizje piekła czy dokonująca się apokalipsa są bardzo krótkie (parę minut) i bardzo gwałtownie ucięte. A sama R-ka wydaje się kompletnie niepotrzebna.

hellboy3-2

Kolorystycznie jest bardzo szaro-bury i pozbawiony własnego charakteru. Kilka scen niemal jeden do jeden przypomina sytuacje z pierwszego „Hellboya” (transformacja Czerwonego w demona), przez co miałem poczucie wtórności. Jest tutaj parę fajnych scen (walka z gigantami zrobiona w jednym ujęciu, konfrontacja w Tijuanie czy spotkanie z Babą Jagą w chatce na kurzej łapce) oraz odrobinkę dowcipnych tekstów. W tle gra jeszcze lekko rockowa muzyczka, nawet niezła, ale to jest za mało, by nazwać całość udaną.

hellboy3-3

Aktorsko najbardziej tutaj bronią się dwie kreacje, czyli Hellboy oraz profesor Broom. Pierwszego gra David Harbour, który wypada tutaj bardzo dobrze. Jest odpowiednio szorstki, cyniczny oraz ciętym twardzielem, mierzącym się z przeznaczeniem. Godnie zastępuje Rona Perlmana i stanowi najmocniejszy punkt całej obsady. W drugiego wciela się Ian McShane, który jest odpowiednio cięty, z bardzo szeroką wiedzą oraz troszkę dupek. Docinki między tą dwójką wypadają świetnie, ale reszta wypada zaledwie solidnie. Brakuje tutaj interakcji między resztą postaci a Hellboyem, co mogło wnieść całość na wyższy poziom. A Milla Jovovich jako główna antagonistka? Absolutnie przerysowana, przeszarżowana i sztuczna, a jej motywacja zwyczajnie nudzi.

hellboy3-4

Chłodny odbiór tej części doprowadził do tego, że cała franczyza ostatecznie poszła do piachu. Marshall tutaj mierzy się ze studiem, co do wizji filmu i nie mogę pozbyć się wrażenia, że w trakcie realizacji zmieniły się reguły gry. Kompletnie nudny, pozbawiony charakteru i z bardzo bzdurną intrygą. Totalne zaprzeczenie dobrego kina rozrywkowego.

4/10

Radosław Ostrowski

John Wick 3: Parabellum

Najsłynniejszy hitman w historii kina powraca. I jakby to powiedzieć, ma przejebane. Z myśliwego stał się zwierzyną, bo złamał zasady. A za to kara może być tylko jedna – Wielka Rada żąda jego głowy. Od tej pory Wicka chcą zabić wszyscy: Włosi, Triada, Yakuza, koty, psy, emeryci, pracownicy ZUS-u. Czy jest szansa na wyrwanie się i odwrócenie tej sytuacji? Zwłaszcza, że został już zatrudniony cyngiel.

john wick 3-1

Nikt się nie spodziewał, jakim sukcesem będzie „John Wick”. Skromny akcyjniak klasy B okazał się wielkim zaskoczeniem łączącym staroszkolnym styl z nowoczesną realizacją. A z kolejną częścią poznawaliśmy kolejne elementy działania syndykatu zbrodni. I wydawało się, że już nie da się wymyślić niczego więcej. Ale chyba nie doceniliście twórców, bo ci robią jeszcze bardziej komiksowy film, gdzie fabuła jest pretekstem do krwawej i brutalnej napierdalanki. Narzędzi zabijania jest mnóstwo: noże, pistolety, karabiny, strzelby, miecze, pięści, psy (te nawet w jaja potrafią gryźć), książka, a nawet… koń. Jebany koń. Sceny akcji w tym filmie to jakiś obłęd. Kiedy wydawało się, że drugiej części nie da się przebić, twórcy wciskają gaz do dechy. I sprawiają wrażenie, że nic i nikt ich nie ogranicza. Już walka w gabinecie z nożami pokazuje, że założenia pozostały te same. Ma być widowiskowo, efekciarsko, a adrenalina ma wylewać się ze wszystkich możliwych stron. Jest też krwawo i brutalnie, a rozmachem bije na głowę poprzednie części. Trudno wymazać strzelaninę w siedzibie Berrady czy finałowe oblężenie hotelu Continental w Nowym Jorku to prawdziwe majstersztyki. Fantastycznie sfotografowane, zmontowane oraz z pomysłową choreografią. Dla takich momentów ogląda się kino akcji.

john wick 3-2

Do tego Wick wyrusza poza Nowy Jork, by znaleźć sposób na wyjście cało z tego całego bałaganu. Stąd mamy Casablankę, tamtejszy hotel (jego szefowa to dawna znajoma Johna, która jest mu winna przysługę). A nad wszystkim kontrolę próbuje sprawować sędzia, mają osądzić samego Johna, jak i wszystkich jego sojuszników. Syndykat poznajemy coraz bardziej, kolejne zasady i ograniczenia, a także kolejnych graczy na scenie. I to wszystko nadal potrafi przykuć uwagę, stanowiąc solidną fasadę dla brutalnej drogi Wicka. Kwestie lojalności, zasad oraz możliwości decydowania o swoim losie. Niby poważne kwestie, ale to nie jest poważny film. A jedynym dla mnie problemem jest zakończenie. Z jednej strony jest to podbudowa pod „czwórkę” (pewnie niosącą tytuł „John Wick: Armageddon”), ale nie jest ono zbyt satysfakcjonujące. Liczyłem na większego kopa.

john wick 3-3

Aktorsko nadal trzyma poziom, zaś starzy znajomi nie zawodzą. Keanu Reeves nadal wyczynia cuda, a w scenach akcji wypada fantastycznie. Widać jak wiele wysiłku wykłada, a tutaj Wick przyjmuje na siebie więcej ciosów niż w poprzednich częściach razem wziętych. Na drugim planie nadal świetnie się bawi Ian McShine (Winston) z Lancem Reddickiem (Charon), próbując pomóc naszemu bohaterowi. No i jeszcze pojawia się Anjelica Huston (dyrektorka), dzięki której bliżej poznajemy przeszłość naszej protagonisty, a także Halle Berry (Sofia), dającą prawdziwego kopa.  Ale tak naprawdę film kradnie dawno nie widziany Mark Dacascos w roli Zero. Opanowany, bezwzględny zabójca i wielki fan Wicka, który nie chce, ale musi walczyć. Dodaje on odrobiny humoru, zaś finałowa potyczka z nim to czysta frajda.

john wick 3-4

O Matko Boska, jaki ten Wick jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że jeszcze można coś wycisnąć z tej franczyzy, ale dopóki Reeves ma siły, moc i chęć, ten cykl będzie szalał oraz rozkręcał się. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić, lecz chcę nową część już zobaczyć. O takim kinie akcji marzyłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Sexy Beast

Brytyjskie kino gangsterskie pod koniec lat 90. XX wieku przeżyło swój renesans. Wszystko to miało być zasługą jednego gościa i gościa jednego tylko: Guy Ritchie. Inspirował się stylem Quentina T., przeszczepiając go swoim brytyjskim kolorytem oraz czarnym humorem. Troszkę w cieniu znajduje się inny film gangsterski, który preferował inne podejście do tego gatunku.

Film zaczyna się dość dziwnie: mamy palące się słońce oraz opalającego się dość pulchnego faceta. Upał jak fiut, cytując klasyka, piękna żona wraca z zakupów, hacjenda wygląda okazale. Żyć, nie umierać – też by zamienił deszczową Anglię na ciepłą Hiszpanię (chociaż jest tam za gorąco). I jedno dziwne zdarzenie: toczący się głaz uderza prosto w basen, omijając naszego bohatera, Gala Dove’a. a to dopiero zapowiedź wydarzeń, jakie mogą wywrócić spokój emerytowanego gangstera do góry nogami. Katastrofa ma na imię Don Logan i chce zwerbować Gala do nowej robótki: prostej, gładkiej, nieskomplikowanej. Tylko, że mężczyzna nie chce dołączyć do ekipy, ale Logan nie przyjmuje tego do wiadomości.

sexy_beast1

Reżyser Jonathan Glazer wcześniej realizował teledyski, ale już w debiutanckim „Sexy Beast” pokazuje, że będzie robił troszkę inne kino niż jego koledzy po fachu. Powiedzmy, że tutaj bliżej jest do „Nigdy cię tu nie było” niż do „Porachunków” czy „Przekrętu”. Może troszkę przesadzam, ale nie jest to klasyczny film w stylu heist movie. Sam skok dokonuje się w ostatnich 30 minutach filmu, niejako pod koniec. Bez poznawania szczegółów, zostajemy wtedy rzuceni w sam środek. Znaczy wiemy, co jest celem, kto to robi i ilu ludzi potrzeba. Nie dostajemy informacji jak ma to zostać zrobione, co w momencie realizacji było sporym zaskoczeniem. Przez dwie trzecie filmu mamy zwykłe życie Dove’a na emeryturze oraz próby przekonania przez psychopatycznego Dona, traktującego to bardzo osobiście.

sexy_beast2

Czy to oznacza, że Glazer przynudza? Abso-kurwa-lutnie nie. Świetnie się bawi formą, co pokazuje choćby scena toczącego się głazu pokazana z… jego perspektywy czy rozmowa o tym kto zleca robotę i co jest celem, która jest montażową perłą (repetycje, zbliżenia na postacie, ujęcie z obrotowych drzwi), a kilka operatorskich tricków (otwieranie drzwi pokazane tak, jakby kamera do tych drzwi się przykleiła czy zrobiony w jednym ujęciu szybki najazd z ulicy do skarbca) uatrakcyjnia tą statyczną historię. Są jeszcze oniryczne sceny z tajemniczym, czarnym diabło-królikiem, skręcające ku lżejszym filmom Davida Lyncha oraz troszkę surrealistycznego, nawet smolistego humoru.

sexy_beast3

Choć nie do końca dostałem to, czego oczekiwałem, jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę od samego początku: aktorstwo. Całość tak naprawdę jest w rękach dwóch kreacji, czyli Raya Winstone’a oraz Bena Kingsleya. Pierwszy w roli Dove’a sprawia wrażenie takiego uśpionego miśka, który porzucił przeszłość i chce tylko odpoczywać w blasku słońca. Jednak pewne okoliczności zmuszają go do powrotu, niemal do samego końca próbuje zachować spokój. Z kolei Kingsley to prawdziwa petarda – psychol z wielkim ego, gadający niczym rozpędzony pociąg. Dla niego są dwa wyjścia: albo tak jak on chce, albo… tak jak on chce i chuj. Piekielnie groźny typ, jakiego nie chcielibyście spotkać na swojej drodze.

„Sexy Beast” bywa sexy pod względem formy oraz troszkę innego spojrzenia na oczywiste klisze kina gangsterskiego oraz konwencji heist movie. Nie wszyscy złapią tą konwencję, bo to specyficzne kino jest. Niemniej warto spróbować podjąć to wyzwanie, bo raz obejrzane, zostanie na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

John Wick 2

Kiedy w 2014 roku pojawił się cyngiel o nazwisku John Wick, nikt nie wiedział do czego zdolna jest ta postać. Po wyrżnięciu Ruskich oraz odzyskaniu swojego auta, Wick już może spokojnie przejść na emeryturę. To jednak byłby błąd, bo przychodzi po niego pewien dawny znajomy – Santino D’Antonio. Bo dawno temu Wick poprosił go o przysługę i na mocy Signum (przysięga krwi) musi spłacić swój dług, inaczej zginie. Więc nasz kiler z nowym pieskiem wyrusza do Rzymu, by zabić jego siostrę – szefową Kamorry.

john_wick_21

Pierwsza część „Johna Wicka” była jedną z większych niespodzianek roku 2014. Stylowe kino akcji z komiksową fabułą oraz ciekawą wizją półświatka mafijnego była na tyle interesująca, że chciano bliżej poznać to uniwersum. I druga część z tego zadania wywiązuje się świetnie – wracamy do sprawdzonego hotelu, gdzie nie można załatwiać interesów. Mamy tu jeszcze przysięgę krwi, sposób przekazywania zleceń, tajemniczy Wielki Stół oraz poboczni gangsterzy, działający na poboczu wielkich ryb, a nawet krawców czy sprzedawców broni o elegancji dżentelmena. Te wszystkie smaczki nie tylko wnoszą odrobinę humoru, ale wzbogacają ten intrygujący świat. Świat, do którego policja czy zwykli szaraczkowie jak ja czy wy, nie mają kompletnie wstępu. Motywacja bohatera wplątanego (wbrew sobie) w mafijne porachunki jest jasna, bohaterowie nadal są wyraziści, a sceny akcji zrobione są po prostu fantastycznie.

john_wick_22

Ostro, krwawo, brutalnie, podkręcone podnoszącą adrenalinę muzyką. I to zarówno na początku (odzyskanie auta) aż po strzelaninę w katakumbach aż do efekciarskiego finału w muzeum niemal żywcem wziętego z „Wejścia smoka”. Kamera tutaj nie ma żadnego ADHD, każdy strzał i cios jest bardzo dobrze widoczny, a robota kaskaderska budzi szacunek.

john_wick_23

Zdarzają się pewne momenty spowolnienia, pozwalające złapać oddech czy wybrzmieć bardziej dramatycznym momentów (potyczka Wicka z ochroniarzem, zakończona… w hotelu, przy barze), a rozbudowana świata zbrodni jeszcze bardziej intryguje. Wszystko to wygląda jak fragment większej całości, która może by i pasowała bardziej do serialu telewizyjnego, ale twórcy konsekwentnie budują tą wizję. A otwarte zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

john_wick_24

Keanu Reeves idealnie pasuje do roli małomównego, opanowanego twardziela, który może zabić przeciwnika wszystkim, co ma: pistolet, karabin, strzelba, nóż, pięści czy… ołówek. Mimo, ze o nim samym niewiele wiemy, to czyny mówią o nim wszystko. Tak samo fason zachowuje Ian McShane jako kierownik hotelu w Nowym Jorku, Winston oraz pojawiający się w epizodzie John Leguizamo (mechanik Aurelio). Ale największą niespodziankę zrobił Riccardo Scamarcio w roli bezwzględnego, upartego sukinsyna Santino oraz pojawiający się Laurence Fishbourne (król Bowery), wnosząc odrobinę humoru.

Drugi „John Wick” mimo pewnych klisz (prawie nieśmiertelny heros z kodem na idealny strzał w łeb), to nadal zachowuje bardzo mroczny klimat, jest świetnie wykonanym, stylowym akcyjniakiem, rozbudowującym swoje uniwersum, z miejscami obłędnie zrobionymi scenami strzelanin oraz bijatyk. Chcę się takich filmów jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Hercules

Każdy słyszał o Heraklesie – półbogu, którego Hera chciała zabić oraz jego 12 pracach, które musiał wykonać. Jego rzymskim odpowiednikiem był Herkules i to imię przyjęło się w krajach anglosaskich. Powstało wiele opowieści oraz produkcji filmowych jak i telewizyjnych. Własną wersje tej opowieści bazującej na komiksie Steve’a Moore’a.

hercules1

Punkt wyjścia jest prosty – Hercules jest najemnikiem wykonującym trudne zlecenia za złoto. Jednak wbrew opowieściom nie działa sam, ale ma skromną drużynę, na którą zawsze może liczyć. Nasz bohater trafia do Tracji, na dwór króla Kotysa, będącego w konflikcie z Rezusem. Król prosi herosa o pomoc w wyszkoleniu wojska, za co ma otrzymać tyle złota, ile waży. Jednak sytuacja staje się nagła i Hercules sam musi wziąć swoją maczugę i pozabijać parę osób.

hercules2

Już po tym opisie można stwierdzić, że nie jest to film trzymający się mitologii greckiej, pozostaje jednak ciekawie zrealizowanym widowiskiem. Co dostajemy? Bezpretensjonalne widowisko skierowane dla młodego kinomana w wieku gimnazjalnym, co widać w śladowej ilości krwi, braku mocno brutalnych scen oraz w sporej ilości luzu. Ratner wielkim reżyserem nigdy nie był, jednak zna się na swojej robocie. Podobało mi się inne podejście do znanej opowieści o słynnym superherosie, choć wielu liczyłoby na coś bardziej efektownego. Nie brakuje tutaj widowiskowej akcji (wspominane w retrospekcjach prace czy starcie z oddziałami Rezusa), ciętego humoru oraz pomysłowo zainscenizowanych potyczek. Styl Ratnera troszeczkę przypomina filmy Petera Jacksona, co osobiście mi nie przeszkadzało. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o zdjęciach (Dante Spinotti zaprezentował przyzwoity poziom), kostiumach i scenografii, aczkolwiek niektóre sceny akcji były montowane w zbyt teledyskowy sposób, a i sama historia staje się przewidywalna.

hercules3

Jest jeden bardzo mocny atut tego filmu – Dwayne „The Rock” Johnson w roli tytułowej. Fizycznie idealnie pasuje do roli półboga i ma odpowiednią charyzmę, do końca jednak nie wiemy czy jest on prawdziwym synem Zeusa czy tylko napakowanym mięśniakiem? Jedno jest pewne – posiada pewną mroczną tajemnice i nie potrafi odnaleźć spokoju, a aktor odnajduje się w tej postaci bardzo dobrze. Poza nim mamy bogaty drugi plan, gdzie najbardziej błyszczą towarzysze herosa – szukający śmierci wieszcz Amfiaraos (świetny Ian McShane), sprytny nożownik Autolykos (dobry Rufus Sewell), mistrz toporów Tydeus (dziki Aksel Hennie) oraz piewca czynów Herculesa i jego siostrzeniec, Jolaos (niezły Reese Ritchie). Każdy z nich ma swoje pięć minut, skupiając w sobie uwagę.

hercules4

Trzeba przyznać, że „Hercules” to przyzwoite kino rozrywkowe na poziomie, gwarantujące niezłą zabawę. Czasami wkradnie się patos, jednak Ratner dawkuje go w odpowiedniej ilości, nie psując całkowicie przyjemności. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

John Wick

Poznajcie Johna – to facet w wieku średni, mieszkający sam po śmierci żony. Pewnego wieczora przychodzi do niego przeznaczenie, a dokładniej trzech ruskich zakapiorów, którym odmówił sprzedaży auta. Pobili Johna, ukradli mu auto i zabili psa – prezent od zmarłej żony. John tego nie mógł znieść i chce się zemścić. Jeśli powiem wam, że John Wick był płatnym kilerem pracującym dla gangstera, którego syn był jednym z trójki bandziorów – jedno jest wiadome, krew się poleje.

john_wick1

Debiutujący na polu reżyserskim  David Leitch i Chad Stahelski to uznani i doświadczeni kaskaderzy filmowi. Wiec po ich debiucie nie należy się spodziewać dramatu egzystoraz poważnej refleksji na temat kondycji człowieka. Z kolei scenarzysta Derek Kolstad jest autorem fabuł klasy B z Dolphen Lundgrenem. Mając takie fundamenty można było liczyć na co najwyżej średniaka, ale stała się rzecz niezwykła. Wyszedł z tego naprawdę przyzwoity akcyjniak, w którym fabuła jest tak naprawdę pretekstem do bijatyk i strzelanin w ilościach hurtowych. Wiadomo jak to się skończy i to jest największa wada. Ale realizacja jest naprawdę imponująca – nocne zdjęcia budują mroczny klimat, bijatyki i strzelaniny są niepozbawione finezji (jatka w dyskotece miejscami przypominała balet spod znaku Johna Woo) i w dodatku są tak zmontowane, że wszystko widać. Realizacją przypomina stare, dobre kino akcji z lat 80., a adrenalinę jeszcze bardziej podkręca świetna muzyka. Do tego jeszcze odrobinka czarnego humoru i pomysłowy świat, gdzie płaci się „złotymi monetami”, specjalnych sprzątaczy zamawia się przez restaurację, ale i tak wszystko bije hotel Continental – hotel dla zabójców, gdzie nie wolno załatwiać swoich interesów, co będzie karane. Z czymś takim nie zetknąłem się od dawna.

john_wick2

Aktorsko jest tutaj dość prosto, ale bez poważnych błędów. Keanu Reeves idealnie pasuje do swojej roli. Wick to facet, o którym krążą legendy, a reputacja jest powszechnie znana w półświatku – niemal mityczny heros. Owszem, jest troszkę komiksowy (prawie nieśmiertelny i zawsze elegancko ubrany), ale nie wywołuje irytacji czy znużenia. Ale jak się zemści, to na całego i nie przebaczy nikomu, nawet księdzu (można rzec, że on have a very particular set of skills). Taki to badass nad badassy. Równie świetny jest Michael Nyqvist w roli czarnego charakteru, który jest czarny i skupia swoją uwagę nawet bardzo drobnym spojrzeniem. I robi to w niemal lekki sposób. Jeśli chodzi o drugi plan mamy tu niewykorzystanego Willema Dafoe i Adriannę Palicki (kilerzy na zlecenie) oraz czarującego Iana McShane’a (Winston – właściciel hotelu) oraz Lance’a Reddicka (portier).

john_wick3

Z jednej strony to przewidywalny i oczywisty akcyjniak, ale sposób realizacji jest naprawdę solidny. W dodatku Keanu Reeves wpisuje się w nurt starych, ale jarych herosów kina akcji. A co wy byście zrobili, gdyby ktoś zabił wam psa?

7/10

Radosław Ostrowski

Jack: Pogromca olbrzymów

Dawno, dawno temu (a dokładnie jakieś 20 lat temu) pewien amerykański reżyser zadebiutował. A imię jego Bryan Singer. Sam debiut był dość średni, ale następne filmy objawiały talent powyżej przeciętnej. Zrobił mroczny kryminał („Podejrzani”), przeniósł Stephena Kinga („Uczeń szatana”), przekonał, że mutanci istnieją („X-Men” i  „X-Men 2”), próbował wskrzesić Supermana („Superman: Powrót” – to akurat mu nie wyszło) i wyprodukował serial o najbardziej kulturalnym lekarzu świata („Dr House”). Ale po „Supermanie” minęło 7 lat i Singer zdecydował się wrócić na duży ekran z… bajką o Jasiu i magicznej fasoli.

jack1

Jak to się zaczynało? A już wiem! Dawno, dawno temu, gdy cuda jeszcze się zdarzały był Jaś – wieśniak, który po śmierci ojca (opowiadającego mu baśń o olbrzymach, fasoli i ludziach) razem z wujem prowadzili mocno podniszczoną farmę. Jaś miał sprzedać wóz i konia, by kupić rzeczy. Jednak zamiast tego dostał od mnicha magiczną fasolę. Wuj nie był zadowolony, rzucił fasolę pod dom i ruszył na targ. W tym czasie z dworu uciekła księżniczka i trafiła do Jacka (ile można w końcu używać imienia Jaś), wtedy fasola wyrosła i księżniczka Isabella razem z domem poszły do nieba. Więc trzeba ją odnaleźć, a król zebrał wyprawę pod wodzą gwardzisty Elmonta i narzeczonego księżniczki Roderyka.

jack2

Już po tym opisie można stwierdzić, że Singer lekko zmodyfikował tą klasyczną baśń. Ale jeśli spodziewacie się pastiszu w stylu „Shreka” czy kompletnie naturalistycznej wizji, to muszę was rozczarować. „Jackowi…” bliżej do klasycznej baśni z rozmachem przynajmniej „Władcy Pierścieni” albo „Hobbita”. Owszem, bohaterowie są na kontraście (dobro-zło), musi być na końcu happy end, a przebieg wydarzeń rozgryzło by nawet dziecko, więc mam jedno pytanie – i co z tego, skoro się to dobrze ogląda? Rozmach jest (wiadomo, sakiewka musi się zgadzać), efekty specjalne są całkiem przyzwoite (wieże z fasoli), olbrzymy są wystarczająco brzydkie, muzyka jest epicka, scenografia i kostiumy robią wrażenie, a nawet udaje się przemycić odrobiny humoru (zwłaszcza zakończenie jest rozbrajające).

jack3

Zaś aktorzy są dobrze obsadzeni i potrafią uwiarygodnić proste postacie. Nieźle wypadli grające główne role Nicolas Hoult, czyli Jack – od wieśniaka od króla i Eleanor Tomlinson jako księżniczka Isabelle. Za to na drugim planie najbardziej wybijają się świetni Ewan McGregor (prawy i dzielny Elmont – akcent brytyjski dodaje szlachetności), Stanley Tucci (ambitny i pazerny Roderyk) oraz Ian McShane (król). I nie zapomnijmy o Billu Nighym podkładającym głos generałowi Fallonowi – dowódcy olbrzymów.

Singer tym filmem potwierdza, że jest w dobrej formie, nawet jeśli czerpie garściami od innych. Dobre familijne kino dla raczej starszych dzieci.

7/10

Radosław Ostrowski

Scoop – Gorący temat

Sondra Lonsky jest młodą, amerykańską studentką dziennikarstwa, która marzy o wielkim tekście, dzięki któremu mogłaby wypłynąć. Podczas występu u iluzjonisty Splendiniego, widzi ducha zmarłego dziennikarza Joe Stromble’a. Prowadził prywatne śledztwo w sprawie „Tarotowego Zabójcy” i ma dowody, ze zabójcą jest syn lorda Lymana. Prosi Sondrę o pomoc w rozwiązaniu sprawy i napisanie artykułu, jednak kobieta zakochuje się w podejrzanym.

scoop1

Woody Allen drugi raz wybrał się do Londynu i znów opowiada o morderstwie wśród wyższych sfer. Ale robi z tego komedię, dla której wątek kryminalny jest pretekstem do żartów i obserwacji wyższych sfer. Niestety, tym razem reżyser się potknął, bo jest strasznie wtórny. Ani Londyn nie intryguje jak we „Wszystko gra”, ani łamigłówka nie jest specjalnie skomplikowana (znacznie ciekawsza była w „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie”), a błyskotliwego humoru nie ma tu zbyt wiele. Owszem, są niezłe zdjęcia, w tle leci Czajkowski, ale to trochę przy mało, by przykuć uwagę na dłużej. Jest zwyczajnie nudno, co zdarza się mu bardzo rzadko, a w kryminale (nawet na wesoło) jest to wada niewybaczalna.

scoop2

Aktorzy robią co mogą, ale nie są w stanie uratować tego filmu. Allen jako iluzjonista nadal jest znerwicowanym, pełnym fobii facetem, jednak nawet to zaczyna drażnić (dlatego Allen pojawił się po drugiej stronie kamery dopiero po sześciu latach). Lepiej wypada Scarlett Johansson jako Sondra, która pakuje się w niezłe tarapaty i jest znacznie ciekawsza niż we „Wszystko gra”. Poza tą dwójką reszta nie ma zbyt wiele do pokazania. Ian McShane jest tu dociekliwym dziennikarzem, Hugh Jackman przystojny i czarujący, jedynie epizod Charlesa Dance’a (pan Malcolm – wydawca gazety) przykuł uwagę na dłużej.

scoop3

„Scoop” to pierwsza od bardzo dawna wtopa w dorobku Allena. Za mało Allena w Allenie, za mało tego błyskotliwego humoru, intryga nuży, aktorstwo takie sobie. Szkoda, ale chyba Londyn przestał służyć Allenowi.

5/10

Radosław Ostrowski