

Rok 1989 był ważny. Nie tylko dlatego, że zaczął się rozpad systemu komunistycznego na wschodzie Europy, pojawiła się gra „Prince of Persia”, a w kinach szalał „Batman” Tima Burtona. Także dla zespołu Marillion był to rok ważny. Zespół opuścił Fish i reszta grupy stanęła przed dylematem jaki miał ostatnio zespół Myslovitz: było miło, ale się skończyło i po Marillionie albo szukamy nowego frontmana i jedziemy dalej. Skoro zespół nadal działa, wiadomo jaki wybór został dokonany. Następcą charyzmatycznego Fisha pozostał Steve Hogarth i w tym składzie zespół tworzy do dzisiaj.
Pierwszą płytą nagraną z nowym wokalistą jest „Seasons End” wyprodukowany przez Nicka Davisa, który wcześniej współpracował z Genesis. I całość wypada naprawdę interesująco, a piosenek jest tylko 9. I co ciekawe, brzmi to jak dawny Marillion – mamy świetne solówki Rothery’ego (najlepsze w utworze tytułowym oraz „The King of Sunset Town”), pięknie grające klawisze, chwytliwy bas, zmiany tempa i nastroju. Zaś same kompozycje brzmią po prostu pięknie. „The King of Sunset Town”, najbardziej zmienny „Berlin” ze świetnym solo saksofonu czy tytułowy utwór. Ale pojawia się tu kilka zmian i bardzo nietypowe utwory dla tej kapeli.
Czymś takim na pewno jest „Easter” – akustyczna ballada, która klimatem ociera się o dorobek Enyi (refren z nakładającym się głosem oraz „dzwoniącymi” klawiszami, jednak w połowie dochodzi do głosu bas i następuje zmiana klimatu. Podobnie z „The Uninvited Guest” – werblową perkusja, delikatna gitarka w zwrotkach, zaś w refrenie tak jak zawsze. Jednak największą niespodzianka był „Hooks in You” z ostrą, wręcz agresywną gitarą Rothery’ego (ostatnia minuta). Za to mistrzostwem jest kończący całość „The Space…” – piękna melodia, patos, świetne klawisze oraz gitara. Trzeba czegoś więcej?
Teraz najważniejsze pytanie: jak sobie poradził Steve Hogarth, który nie jest tak wysoki jak Fish, nie ma takiej barwy jak Fish i nie pisze takich tekstów jak Fish? Odpowiedź jest zaskakująca: bardzo dobrze. Ma delikatniejszy wokal, czasem potrafi być bardziej ekspresyjny („Hooks in You”) i nie tylko nie przeszkadza i nie próbuje naśladować swojego poprzednika, ale wnosi odrobinę świeżości w kapeli i też potrafi poruszyć. A w tekstach nadal w centrum jest człowiek – wplątany w historię („The King of Sunset Town”, „Berlin”), zakochany („After Me”, „The Space”). Hogarth stara się mówić prostym językiem, choć nie pozbawionym metafor.
Mówiąc krótko „Seasons End” to punkt zwrotny w karierze kapeli z Aylesbury. Po tej płycie zmieniło się wszystko, także styl zespołu. Jednak pokazał on, że Marillion bez Fisha też potrafi być tak samo interesujący. Chyba jeszcze wrócę do tego albumu.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
