
Muzyka ambientowa jest dla mnie czymś obcym. Ale jak wiadomo, trzeba spróbować wszystkiego, by wyrobić własne zdanie. I tak przypadkiem trafiłem na dość eksperymentalną płytę niejakiej Julii Holter. Pochodząca z USA artystka właśnie wydala swój trzeci album.
Jak określić tą muzykę? Powiedzieć, że jest dziwna to tak jak stwierdzić, że łysy nie ma włosów na głowie. Klawisze pulsują, wplatają się też dźwięki miasta (samochód, bieg), nie brakuje nakładania się wokali, skrętu w jazz (bas w „In The Green Wild”), zniekształcenia dźwięków (trąbki w „Horns Surrounding Me” czy wiolonczele w „Hello Stranger”) . To wszystko buduje bardzo specyficzny, lekko psychodeliczny klimat. A do tego nie trzeba zbyt wiele – raptem 9 utworów. Potrzebne są smyczki i wiolonczele, przyprawić trąbkami, fortepianem, saksofonem, cymbałkami i Bog wie jeszcze czym („Maxim’s II”). Taka muzyka mógłby luzem pojawić się w dowolnym filmie Davida Lyncha. Owszem, zdarzają się mniej dziwaczne fragmenty („He’s Running Through My Eyes”), ale to raczej krótkie przystanki w tej mrocznej wędrówce, niepozbawionej pięknych fragmentów oraz chwytliwości.
A jeśli do tego dodamy jeszcze delikatny, trochę dziewczęcy wokal Holter, będziemy mieli jeden z najciekawszych muzycznych snów, jaki kiedykolwiek został stworzony. Pytanie tylko czy chcecie go śnić?
8/10
Radosław Ostrowski
