Nick Cave & the Bad Seeds – Let Love In

Let_Love_In

Minęły następne dwa lata i pojawił się kolejny album Nicka Cave’a i jego Złych Nasion. Roszad w zespole nie było (wspomagał ich m.in. Warren Ellis, który rok później zostanie członkiem zespołu), zaś produkcją zajął się Tony Cohen.

Więc czy coś się zmieniło? Brzmieniowo w zasadzie nie. Nadal jest intrygująco, mroczno i tajemniczo. Każdy z muzyków robi, co może, ale chyba najbardziej wyróżnia się perkusista Thomas Wydler, trzymający równy poziom cały czas. O tym, że jest to Cave słychać najbardziej w takich utworach jak „Loverman” z podrasowanym wokalem, brudną gitarą, dzwonkami czy psychodeliczny „Jangling Jack”. Nadal jest minimalistycznie, mniej przebojowo, ale jak zawsze klimatycznie. Poza tym pojawiają się typowe dźwięki, czyli gitara, smyczki, chórki czy organy (nieprzyjemne w „Red Right Hand”), a poszczególne utwory potrafią oczarować. Jest też zróżnicowanie tempa (bardzo dynamiczny „Thirsty Dog” czy lekko pogrzebowy „Lay Me Low”), lekkie skręty w orient („Ain’t Gonna Rain Anywhere”), a wszystko zaskakująco równe i dobre.

Wokal Cave’a już nie ulegnie zbytnim zmianom, co dla fanów jest plusem. Za to teksty o miłości, dość ponurej (tytułowy utwór) czy o swoim pogrzebie („Lay Me Low”). Jak zawsze nie brakuje celnych, poetyckich fraz i zgrabnych metafor.

Ale tak naprawdę o tej kapeli zrobiło się głośno na całym świecie po wydaniu następnej płyty. Ale jeszcze przyjdzie na to czas.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz