Dave Matthews Band – Come Tomorrow

Come-tomorrow-cover-art

Trudno mi coś złego powiedzieć o tej kapeli, mieszającej rocka z jazzem i bluesem, której od ponad 25 lat przewodzi gitarzysta, wokalista oraz autor tekstów Dave Matthews. Od poprzedniego albumu minęło aż 6 lat (co w muzyce wydaje się wiecznością) i wsparci przez producenta Roba Cavallo powracają. Co przyniosło tytułowe jutro grupie?

Stylistycznie to nadal jest to brzmienie grupy, jakie znają ich fani od początku, czyli gitarowe zacięcie, wspierane przez dęciaki. I to pokazuje otwierająca całość “Samuraj Cop (Oh Joy Begin”), mieszająca zadziorność oraz potężną dawkę energii z poruszającym wokalem. Najbardziej zaskakuje finał, gdy słyszymy sygnał telefoniczny I krótkie “Halo”. Następny jest bardziej bluesowe “Can’t Stop”, gdzie znowu do powiedzenia dużo ma perkusji, zmieniając rytm w refrenie, nabierając większej chropowatości. A w tle wchodzą dęciaki, dodając więcej mocy I coraz bardziej zapętlając się bliżej końca. A na złapanie oddechu pozwala bardzo wyciszona, akustyczna ballada “Here On Out” oraz oszczędna aranżacyjnie “That Girl Is You”, gdzie Dave śpiewa tak wysokim falsetem, że dla wielu będzie to ciężka przeprawa. Spokój nie trwa wiecznie, bo wskakuje gitara do mocnego, wręcz lekko grunge’owego “She”, by następnie zaskoczyć koncertowym (przynajmniej tego należy się spodziewać po reakcji publiczności na początku) “Idea of You”, z gitarą akustyczną na froncie oraz rewelacyjnym saksofonem na końcu. Potem wchodzi jazzowy bas, intensywniejsza perkusja oraz lekko oniryczna gitara w “Virginia in the Rain”, a także bardziej szorstkie “Again and Again”, mimo wsparcia smyczków. Po dość krótkim instrumental, powraca bardziej pozytywny groove w folkowym walczyku “Black and Blue Bird” oraz troszkę mocniejsze (choć z ładnym wstępem) “Come On Come On”, gdzie w połowie ładnie grają smyczki.

Dalej są kolejne brzmieniowe łamańce (gitarowo-klawiszowe “Do You Remember”), a nieprzewidywalność zawsze była jedną z mocniejszych stron zespołu. Tak samo jak bardzo rozpowalny wokal Matthewsa, chociaż w tych bardziej falsetowych rejestrach może działać dość irytująco. Na szczęście robi to bardzo rzadko, więc nie ma powodów do wściekłości. Album trzyma wysoki poziom, piosenki mają niegłupie teksty, a produkcje I aranżacje nie zawodzą. I jest to jedno z przyjemniejszych doświadczeń tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

David Byrne – American Utopia

0007931JIUQ5I56F-C122

Dziś 66 lat kończy David Byrne – gitarzysta oraz charyzmatyczny lider popularnego w latach 80. zespołu Talking Heads. Grupa znana z takich hitów jak „Psycho Kiler”, „This Must be The Place”, „Once in a Lifetime” czy „Burning Down the House” już nie funkcjonuje od 1992 roku, jednak muzyk nadal pozostaje aktywny w swojej profesji. Po nagranej płycie z St. Vincent („Love This Giant” z 2012 roku), postanowił przypomnieć o sobie w swoim solowym dziele.

„American Utopia” to część większego projektu multimedialnego „Reasons to Be Cheerful”, mającym na celu danie powodów do optymistycznego nastawienia życiowego w czasach politycznego zamętu oraz problemów ze środowiskiem. Muzyka znów wspiera producent Brian Eno, który zanurzył całość w tak alternatywnym sosie, że już bardziej się nie da. Lekko psychodeliczne w refrenie „I Dance Like This” skontrastowane z pianistyczną zwrotką, może wywołać bardzo silną konsternację, niemniej refren mocno wpada w ucho, swoją pulsacją oraz przesterowanym wokalem. A dalej też nie brakuje eksperymentów: sitarowy początek „Gasoline and Dirty Sheets”, który nagle przechodzi w oszczędną elektronikę, by w połowie polać to odrobiną jazzowej improwizacji na saksofonie. Nie brakuje nawet lekko bluesowo-elektronicznego „Every Day Is a Miracle”, pozwalając na przyjemne bujanie oraz pozytywnego kopa. Kontrastem jest bardzo melacholijny „Dog’s Mind”, pełen przerobionych smyczków oraz ambientu w tle, który wydaje się nie pasować do reszty. Bardziej eksperymentalny jest „This Is That”, wręcz mantryczny, okraszony harfą z oszczędną perkusją, by pod koniec wejść w bardziej popowe rewiry. Ale jeszcze dziwaczniejszy jest „It’s Not Dark Up Here”, mogące stanowić dobry podkład dla raperów (lekko orientalne smyczki, oszczędna perkusja) i pozbawiony wyrazistości „Bullet”, podobnie jak gitarowy „Doing the Right Thing”, który zaskakuje końcówką.

Na finał dostajemy wręcz taneczne „Everybody’s Coming To My House” z tłustym basem i gościnnym wsparciem Samphy, TTY oraz Happy Baara, dodając ognia do tego przebogatego stylistycznie utworu, by zwieńczyć dzieło niesamowitym „Here”, gdzie ręka Briana Eno jest bardzo obecna. Do wokalu Byrne’a nie można mieć zastrzeżeń, tak samo jak skłonności do eksperymentowania, chociaż nie wszystkie utwory robią tak piorunujące wrażenie jak otwierające i kończące tą utopię.

Poza tym jest to bardzo słuchalna, niepozbawiona kilku ciekawych pomysłów muzyka, która jest dość nierówna. Tak samo w tekstach Byrne bardziej stawia na prosty podział i krytyczne spojrzenie na obecną Amerykę. Tylko, że nie proponuje niczego nowego. Innymi słowy, wstydu nie ma, ale chwalić się nie ma za bardzo czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dreamcar – Dreamcar

Dreamcar

Nie lubię określenia supergrupa, ale czasami pasuje do określonych formacji. Czy taką ekipą będzie Dreamcar. Zespół ten tworzą wokalista AFI Devey Havok oraz muzycy No Doubt: gitarzysta Tom Dumont, basista Tony Kanal i perkusista Adrian Young. Czyli No Doubt bez Gwen Stefani na pokładzie. Czy ta zmiana bylaby dobra dla fanów zespołu?

Od strony producenckiej wsparł ich gitarzysta Supercult Tony Pagnotta i czuć rockowego ducha pod postacią św. Punka z nowofalowymi dźwiękami klawiszy. Tak jest w otwierającym całość “After I Confessed”, pełen kopa, szybkiego tempa oraz perkusyjnych popisów. Pozornie spokojniejszy (poza refrenem) jest singlowy “Kill for Candy” oraz rozkręcający się “Born To Lie” mają wszelkie zadatki na koncertowe killer. Pozytywnie zaskakuje taneczny “On the Charts” z metalicznym basem, funkową gitarą i nowofalowymi klawiszami, rozpędzający się, skoczny “All of the Dead Girls” czy bardziej surowy, odjechany “Ever Lonely”. Wolniej robi się przy “Slip on the Moon” czy pełnym tnących gitar “Don’t Let Me Love”, jednak to tylko krótkie przystanki w tym rozpędzonym pociągu, który jest melodyjny, chwytliwy oraz przebojowy jak tylko się to da.

A jak sobie poradził Havok? Ma zaskakująco delikatny głos, bardziej przypominający brytyjskich wokalistów z lat 80. pokroju Simona Le Bon z Duran Duran, co pasuje do tej stylistyki. Intrygująca, miejscami mroczna, ale bardzo energetyczna mieszanka, dająca miejscami prawdziwego kopa. Na karnawał parę numerów będzie pasować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kortez – Mój dom

moj-dom-w-iext51497298

Łukasz Federkiewicz swoim debiutanckim albumem “Bumerang” zrobił ogromne zamieszanie dwa lata temu. Od tej pory muzyk i wokalista musiał zmierzyć się z dużą presją oraz ogromnymi oczekiwaniami. Pytanie, czy “Mój dom” będzie tak imponującym sukcesem jak debiut?

Drugie wydawnictwo Korteza to concept-album opowiadający o związku, który się rozpada, a całość jest znacznie bogatsza aranżacyjnie. Zaczyna się od fortepianowego rozpędu w postaci “Pierwszej”, gdzie pod koniec wchodzi delikatna gitara elektryczna. Bardziej popowo i gitarowo brzmi “Dobrze, że Cię mam”, chociaż to “papapapara” pod koniec można było sobie darować. Fortepian jeszcze wróci w żwawym “We dwoje” czy singlowym “Dobrym momencie”, ale mnie najbardziej zaskoczyła obecność elektroniki niemal żywcem wzięte z lat 80. (“We dwoje” czy organowe “Nic tu po mnie”). Swoje także ma do zrobienia pulsująca perkusja (“Film przed snem”), wręcz metaliczny bas (“Nic tu po mnie”), a nawet akordeon w mrocznym “Trudnym wieku”. Wszystko trzyma wysoki poziom, każdy dźwięk chwyta za serce, ale na sam koniec dostajemy synthpopowe “Wyjdź ze mną na deszcz”, które bardzo mocno odstaje od reszty.

Teksty bardzo osobiste, refleksyjne, pokazujące etapy związku aż do rozstania i dalszego życia. Kortez nadal ze swoim niskim głosem potrafi zagrać na wszystkich możliwych strunach wrażliwości, co nie chce się w żaden sposób zmienić. Tak się właśnie robi ambitny mainstream, który ma coś więcej do powiedzenia, grając też mocno na emocjach.

8/10

Radosław Ostrowski

Anita Lipnicka & The Hats – Miód i dym

0006XKSR2FWBT9Q0-C122

Ta wokalistka udowadnia, że można zbudować swój własny świat poza popularną formacją. O ile pierwsze solowe płyty nie do końca zniosły próby czasu, o tyle wydawnictwa od 2009 roku zaskakiwały świeżością oraz mocną inspiracją bluesem, folkiem I alternatywnym rockiem. Tym razem wsparta przez muzyków towarzyszących jej od lat, co założyli grupę The Hats (gitarzysta Bartek Miarka, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Kamil Pełka oraz perkusista Bartek Niebielecki) przygotowała nowe dzieło “Miód i dym”.

Czyli będzie słodko i gorzko? A jakżeby inaczej, przeplatając się, a nawet idąc ręka w rękę. Tak jest w otwierającym całość “Z miasta”, gdzie spokojne dźwięki gitary, perkusji oraz chórku są skontrastowane z ostrzejszymi dźwiękami gitary elektrycznej. Bliżej jednak tutaj muzyce do folkowych dźwięków z Ameryki w stylistyce retro jak w “Chce tu zostać” (jeszcze te klawisze oraz wokalizy w tle) czy bardziej podrasowany gitarami psychodeliczny “Raj” (troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys), przyspieszając w “Big City”. Wielu bardzo zaskoczy oszczędne “Jak Bonnie i Clyde”, gdzie wybijają się smyczki. Nawet pojawia się odrobina country na początku pełnego przesterów “Diamond of Your Heart”, zmieniającego się w soczystego bluesa. Odrobinę oniryczno-akustyczny walczyk “Za Tobą” a’la Nick Cave chwyta niemal akustyczną aranżacja oraz obecnością dzwonów z rozpędzonym fortepianem. Warto też wspomnieć powoli rozkręcającego się “Ptaśka”, wykorzystującego ogień oraz szum wiatru “Lot Anioła”, dodający wiele animuszu czy bardzo skoczny “Whiskey Song”.

Sama Anita ma tutaj bardziej delikatny oraz pogodny wokal, będący prawdziwym miodem na uszy. I to zarówno po polsku, jak i angielsku, co nie jest wcale takie łatwe. Zaskoczeniem za to byli goście na tym albumie. Nie byle jacy, bo Tomek Makowiecki (“Jak Bonnie i Clyde”), Fismoll (“Back To The Sea”) oraz zaskakujący duet Julia Pietrucha/Ralph Kamiński (“Tęczowa”), nie będąc w żadnym wypadku tylko tłem dla piosenek.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony wielością barw na tej płycie, stanowiącą mieszankę folku, rocka z bluesem. Lipnicka po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoki poziom, a każdy dźwięk daje sporo frajdy, zaś teksty przepełnione liryzmem oraz refleksjami wznoszą całość na wyższy poziom. Prawdziwy miód na moje uszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Strachy na Lachy – Przechodzień o wschodzie

przechodzien-o-wschodzie-b-iext51096308

Każdy fan polskiej muzyki rockowej słyszał o Krzysztofie “Grabażu” Grabowskim. Najpierw w punkowej formacji Pidżama Porno, z dużą goryczą oraz wściekłością opisywał rzeczywistość lat 90., po czym zawiesił działalność idąc w stronę bezpretensjonalnych, skocznych piosenek w formacji Strachy na Lachy. Ale od “Dodekafonii” było już coraz mroczniej, gniewniej i ostrzej jak w czasach Pidżamy. Czy tak też jest w przypadku szóstego albumu “Przechodzień o wschodzie”?

“Nie tchórzę/Ja to pierdolę” – takie są pierwsze słowa, pochodzące z singlowego “Co się z nami stało”. Jest niby melodyjnie, ale i agresywnie, co jest zasługą zapętlonych riffów oraz mocnych uderzeń perkusji. Stare, dobre Strachy, które zapadają w pamięć. Równie ostry i bardzo mroczny, z powodu elektroniki jest “Nazywam się Grabowski”, a kompletną woltę daje niemal taneczna, wręcz rozmarzona “Katastrofa szczęścia” oraz bardziej dynamiczna “Matka Boska”, dodając odrobiny lekkości i przypominając początki grupy. W tym samym kierunku wydają się iść “Twoje motylki”, próbujące być nową wersją “Dzień dobry, kocham Cię”, ale dość nieudolną. Jedynie końcówka ocierająca się o western (gwizd Iistonowana perkusja) jest ciekawa. A tekst przyprawia tutaj o mocny ból głowy. Grabażu, nie idź tą drogą.

Po tych eksperymentach powraca niemal minimalizm w smutnym “Nie zakochuj się w wietrze”, gdzie w tle mamy smyczki oraz łagodniejszą gitarę. To wszystko jednak zmyłka, albowiem wszystko zaczyna podkręcać. Drugą niespodzianką jest reggae’owy “Przechodzień w ogrodzie” ze wspólnie śpiewanym refrenem. Równie szybki, choć pełen elektronicznego tła, jest “Obłąkany obłok” dodający odrobiny magii. Podobnie jak mieszający nowoczesne brzmienie z etniką w “Krótkim sznurze”, by zaatakować w finale “Podziemnym przejściem”.

Grabaż wokalnie nadal jest w formie, a tekstowo jest bardziej refleksyjny. Może mniej sfrustrowany niż ostatnio, choć nie brakuje wściekłości (“Co się z nami stało”, “Podziemne przejście”), kwestii miłości (“Nie zakochuj się w wietrze”) czy nawet odrobiny humoru (“Matka Boska”). Muzycznie też jest to destylat tego, co znamy z poprzednich płyt. Grupa nadal gra różnorodnie, bez poważnych kiksów (poza “Motylkami”), trzymając fason. Więc przechodniu, powiedz fanom Strachów, że nie zawiedli.

8/10

Radosław Ostrowski

Radiohead – OK Computer OKNOTOK 1997-2017

Radiohead.oknotok.albumart

Gdy nagrywało swoje płyty Radiohead, wtedy nie interesowałem się specjalnie muzyką. Ale kiedy zacząłem słuchać ostatnich dokonań grupy Thoma Yorke’a, miałem wątpliwości. Kwintet z Abington postanowił jednak zaszaleć I z okazji rocznicy najważniejszego albumu w swoim dorobku (20 lat!!!), dokonali reedycji “OK Computer”, czyli niemal esencji britpopu oraz ich stylu.

Pierwsza płyta to materiał znany, czyli podstawka. Ale dla mnie absolutne novum, z odrestaurowanym dźwiękiem. I jest to mieszanka brudnego, ostrego gitarowego grania, przeplatana elektroniką jak w openerze “Airbag”, gdzie tamburyn oraz mellotron w tle nie są w stanie złagodzić brzmienia gitar, zahaczając o… Orient I skrecze pod koniec. Krótkie pikanie wprowadza do pierwszego hitu z tego materiału, czyli “Paranoid Android” – akustycznego, wyciszonego i delikatnego, ale jednocześnie pełnego elektroniki oraz spokojniejszej gitary elektrycznej, a Yorke niemal brzmi jak nastolatek. Ale w środku dochodzi do ataku gitary z perkusją, by kompletnie zmienić tempo, dodać nakładające się niczym echo głosy I na końcu dołożyć do pieca. Spokojnie, wręcz romantycznie zaczyna się “Subterreanean Homesick Alien”, by zaatakować świdrującą, “kosmiczną” dźwiękową plamą. Mi do gustu przypadł akustyczny “Exit Music (For a Film)” z podniosłym chórem, choć pod koniec zmieniło się brzmienie oraz niemal oniryczne “Let Down” czy gorzkie w treści “Karma Police” z przewodzącym fortepianem. Ciekawostką jest brzmiący jakby wypowiadany przez robota “Fitter Happier”, a w tle przygnębiające smyczki i fortepian. I nawet rock’n’rollowe (choć przesterowane gitary) “Electrioneering” nie jest w stanie usunąć tego poczucia beznadziei w tekście tak samo jak bardzo mroczne i pełne dziwnych tekstur “Climbing Up the Walls” oraz niemal kołysankowe “No Suprises”.

Za to zawartość drugiej płyty intryguje, bo na dzień dobry dostajemy trzy niepublikowane wcześniej utwory: “I Promise”, “Man of War” I “Lift”. Pierwszy poraża swoim rozkręcającym tempem, podkręconym werblową perkusją, drugi jest bardzo melancholijnym popisem klawiszów oraz ostrzejszej gitary, a trzeci kontynuuje ścieżkę “Man of War”. Dalej jest jeszcze ciekawiej: odrobinę jazzujący (perkusja I cymbałki) “Lull”, “Meeting in the Aisle” bardziej miesza elektronikę, gitarę oraz “horrorowe” smyczki, pasażowy “Melatonin” czy ostrzejszy “Polyethylene”. Nie są to tylko zbędne zapychacze, ale pokaz umiejętności muzyków zanim postawili na przerost formy nad treścią.

“OK Computer” mimo 20 lat na karku prezentuje się bardzo dobrze, z dodatkowy dysk nie jest tylko skokiem na kasę wysępioną od fanów. Każda piosenka się klei I tworzy mocny portret zagubionego człowieka, co czuć w tekstach, jak się wsłuchacie.

8/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – In Spades

In_Spades_%28Afghan_Whigs_cover%29

The Afghan Whigs było jedną z ciekawszych amerykańskich kapel sceny alternatywnej lat 90., ale w 2001 roku doszło do rozpadu. Ale kiedy fani po 10 latach doczekali się reaktywacji, to Dulli bardziej działa jako autorski projekt. „In Spades” to drugi album nagrany po reaktywacji i jest to najkrótszy (mógłby być wydany na winylu). Czy to oznacza, że to słaba płyta?

Nie. Duli wie, co robi i stara się zintensyfikować swoje brzmienie. „Birdland” to dziwaczny opener, gdzie wybijają się smyczki w tle. To jednak tylko zasłona dymna przed bardzo gwałtownym „Arabian Heights” z przesterowanymi gitarami oraz bardzo pokręconą grą perkusji. Zmyłką jest pianistyczny wstęp do „Demon in Profile”, który dalej serwuje cudaczny riff. Ta mieszanka gitar i smyczków narzuca się w pięknym „Toy Automatic” z minimalistyczną perkusją oraz lekko „orientalnymi” riffami w tle. Potem jeszcze dostajemy trąbki i bardziej rozbuchany środek. Równie ciekawy jest akustyczny „Oriole” z cudnymi dzwoneczkami, zmieniający się w mocną, rockową balladę czy bardzo surowego „Copernicusa” ze strzelającą niczym automat perkusją. Nawet cudne „The Spell” (delikatne klawisze i piękne smyczki) z saksofonem na koniec robi świetną robotę.

„In Spades” ciągle zaskakuje, choć pozornie wydaje się ono chaotyczne i niespójne jak pianistyczny „I Got Lost” czy wręcz patetyczny (i znowu z fortepianem) finałowy „Into the Floor”, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. To wszystko jest zasługą mocnego głosu Dulliego, który troszkę (ale tylko troszkę) przypomina Dave’a Grohla z Foo Fighters. Wszystko to połączone niesamowitą wyobraźnią, ciekawymi tekstami oraz aranżacjami tworzy pokręcony i nieoczywisty miks. Smakowity, ciągle odkrywający nowe rzeczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – Black Love (20th Anniversary Edition)

Black_Love_%28Afghan_Whigs_album%29

Amerykański zespół rockowy kierowany przez Grega Dulli w zeszłym roku obchodził 30-lecie działalności. I z tej okazji została wydana reedycja nagranej w 1996 roku piątej płyty grupy “Black Love”, która przyniosła im największy rozgłos. Wtedy grupę tworzyli jeszcze: gitarzysta Rick McCullum, basista John Curley oraz perkusista Paul Buchignani.

Razem stworzyli bardzo intrygujący concept album, inspirowany filmami oraz literaturą noir. Że nie będzie przyjemne, przekonujemy się po odsłuchu „Crime Scene Part One” z przygrywającymi organami na początku oraz… odgłosami szyny kolejowych. Dopiero po dwóch minutach wchodzi gitara (drażniąca swoją monotonią, jednak rozkręcająca się coraz bardziej) oraz dość mamroczący głos Dulliego. A wtedy reszta grupy zaczyna atakować i robi się jeszcze mroczniej. Ostrzejsze, brudne riffy w szybkim „My Enemy” doprowadzają do zjeżenia włosów czy bardziej grunge’owym „Double Day” (bardzo mocny, wręcz krzyczany refren). „Blame, Etc.” bardziej skręca w stronę bluesa, gdzie zaskakuje nietypowa perkusja i (pozornie ładne) smyczki, a refren to płynny strzał w ciężkie brzmienie.

I gdy wydaje się, ze zostajemy zmasakrowani, pojawia się wyciszony „Step Into the Light”, chociaż pojedyncze dźwięki gitary świdrują mniej przyjemnie (niczym syrena). Równie zaskakujące jest bardziej intensywne pod względem riffów „Going To Town” z dziwaczną elektroniką w tle, a „Honky’s Ladder” to powrót grunge’owej psychodelii. Równie niepokojący jest minimalistyczny „Night by Candlelight”, ale w połowie dochodzi do emocjonalnej eksplozji w czym pomaga klawesyn oraz solo smyczkowe. Prawdziwym ogniem atakuje niemal progrockowy „Bulletproof” z nakładającymi się perkusjonaliami, szybkim wstępem klawiszowym oraz zadziorniejszymi riffami czy pełen popisów gitar „Summer’s Kiss”, a wszystko dopina klamrą epicki(ale 8-minutowy) „Faded”, gdzie mamy fortepian, niemal „reggae’ową” gitarę oraz spokojną perkusję.

Poza zremasterowanym dźwiękiem, wydawcy dodali (co nie jest niczym nowym w tego typu wydawnictwach) dodatkowy materiał. Najbardziej warty uwagi z tego zbioru jest druga część „The Crime Scene”, akustyczny „Go To Town” z dziwacznym echem w tle oraz instrumentalny „Leaving Town”. Nie zmienia to faktu, że ta edycja est absolutnie udana i zachęca do bliższego zapoznania się z zespołem. Zwłaszcza, że nie dawno wydał nowy album.

8/10

Radosław Ostrowski

Fonetyka – Ciechowski

ciechowski-b-iext45085858

Twórczość Grzegorza Ciechowskiego inspirowała i nadal inspiruje kolejne pokolenia artystów. Tym razem postanowili się z nią zmierzyć muzycy zespołu Fonetyka. Do tej pory warszawski kwartet pod wodzą Przemysława Wałczuka mierzył się z wierszami Rafała Wojaczka i Andrzeja Bursy, lecz tym razem zmierzył się z dorobkiem charyzmatycznego frontmana Republiki. Ale nie poszli na łatwiznę.

Panowie wykorzystali teksty Ciechowskiego, do których nigdy nie napisano muzyki, więc mamy do czynienia z kompletnie nieznanymi dziełami. I to już pierwszy plus, a całość polano sosem alternatywnego rocka. Jest bardzo różnorodnie pod względem klimatu. Nie brakuje melancholii jak w „To nie ja” (delikatna gitara ożywiająca się w refrenie) oraz „Jesteśmy biedni” (tutaj błyszczy bas i gitara niczym echo odbijająca się), ale też podskórnie ukrywanego mroku. Taka jest minimalistyczna „Kropla”, ale poczekajcie do refrenu, gdzie dochodzi do ożywienia instrumentów czy bardziej oniryczna „Noc Chagalla” z bardzo barwnym tekstem oraz bardziej „dyskotekową” perkusją. A „Barykad świata” nie powstydziłby się David Bowie z ostatnich płyt, dynamiczna „Spowiedź” z mocniejszymi riffami czy wsparta elektroniką nowofalowe „Drżącym głosem”.

Troszkę szkoda, że jest tylko 9 utworów, ale lepiej poczuć niedosyt niż przesyt. Kwartet bardzo zaskakuje swoim niemal surowym, ale niepozbawionym melodii brzmieniem oraz bardzo dającymi do myślenia tekstami. To już musicie przekonać się jak wiele jest tutaj bogactwa.

7/10

Radosław Ostrowski