Oscar jest tajemniczym facetem, który pracuje dla tajemniczej firmy. Jeździ limuzyną na spotkania, zaś jego zadaniem jest wcielanie się w postacie, których teczki dostaje w aucie. I tak przez cały dzień.

Jeśli nie jesteście fanami surrealizmu, natychmiast odpuśćcie sobie obejrzenie filmu Leosa Caraxa. Bo jest to niesamowite pomieszanie z poplątaniem różnych gatunków i stylistyk: od SF przez melodramat po film sensacyjny. Pan Oscar wciela się w różne postacie, co powoduje totalny mętlik w głowie: raz jest żebrakiem, raz akordeonistą, raz zabójcą, a innym razem bawi się w motion capture. Można byłoby ten film potraktować jako zabawę i kino czy stosowaniem formalnych tricków jako metaforę człowieka samotnego, który nieustannie gra, nigdy nie jest sobą i zawsze udaje. Nawet ta interpretacje jest ciekawa, ale film kompletnie nie angażuje. Na początku wzbudza zainteresowanie, zadziwia, ale potem zwyczajnie przynudza, a surrealistyczne sytuacje wywołują mętlik. Czy to jest geniusz czy bełkot? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo wszystko tutaj jest sztuczne i porąbane (ostatnia scena, gdy limuzyny rozmawiają ze sobą). To jest kino dla specyficznego widza i nie spodoba się wszystkim ta gra. Oglądajcie na własną odpowiedzialność.
5/10
Radosław Ostrowski
