

Z Norą Jones było coraz gorzej. Owszem, płyty się świetnie sprzedawały, jednak dla mnie skręcanie w stronę country było niebezpieczne i zaczęło po prostu nudzić. I po dwóch latach od poprzednika pojawił się nowy album, do którego podszedłem dość ostrożnie. I co tym razem wyszło?
Zmienił się producent, którym został Jacquire King znany ze współpracy z Kings of Leon, zespół też uległ wymianie (m.in. perkusiści Joey Waronker i James Gadson, klawiszowiec James Poyser oraz gitarzyści: Marc Ribot, Smokey Hormel, Lyle Workman, Peter Atanasoff), więc należało się spodziewać ewolucji. Już otwierający całość „Chasing Pirates” tylko potwierdził w tych przypuszczeniach – rytmiczna perkusja, delikatna elektronika oraz łagodnie grająca gitara elektryczna. Ale to dopiero początek, bo całość trochę pachnie popem z lat 70-tych („Even Though” z zadziorniejszą gitarą oraz chwytliwym basem), a jednocześnie brzmienie jest trochę barwniejsze, co nawet w spokojniejszych utworach jest bardziej odczuwalne, nadając chwytliwości i melodyjności jak w „Young Blood” czy „Light As A Feather”. Owszem, nie zabrakło pójścia w kałbojskie klimaty, jednak jest to dużo bardziej do słuchania („Waiting” z gitarą elektryczną i fortepianem, „You’ve Ruined Me” czy „Back to Manhattan” z delikatnym pianinem i gitarą), polewając całość lekkim bluesem („It’s Gonna Be” z klawiszami na początku). Jest delikatniej i nastrojowo, ale na szczęście nie nudno.
W dodatku Norah nadal czaruje swoim delikatnym wokalem, który w tych nowych dekoracjach wypada naprawdę interesująco. Tak samo dużo dobrego można powiedzieć o tekstach, które są całkiem przyzwoite.
„The Fall” nie jest żadnym upadkiem, ale to dość spory progres. Może nie dorównuje debiutanckiemu albumowi, ale to jednak duży krok w dobrą stronę. Bardzo interesujący i świeży album.
7,5/10
Radosław Ostrowski
