

Kiedy w 2002 roku przyznawano Oscary za najlepszą piosenkę roku 2001, poczułem się trochę rozczarowany. Mając do wyboru m.in. przepiękne „May It Be” Enyi czy delikatny walczyk „Until” Stinga, gremium zdecydowało się wyróżnić chwytliwą i jazzową, ale jednak prostą piosenkę Randy’ego Newmana „If I Didn’t Have You” z animacji „Potwory i spółka”. Sam kompozytor nie uważał tej piosenki za swoje najlepsze dzieło, ale sam Newman jest postacią dość znaną w środowisku muzycznym jako wokalista, autor tekstów i kompozytor wcześniej zaczynał jako piosenkarz. W końcu postanowiło go zatrudnić kino jako kompozytora. Najbardziej znanym na polu filmowym dokonaniem jest kolaboracja ze studiem Pixar. Przyjrzyjmy się więc pana Newmana do „Potworów i spółki”.

Album z soundtrackiem wydany przez Disneya trwa ponad godzinę i zaczyna się od wspomnianej piosenki, wykonanej przez użyczających głosów głównym bohaterom Johna Goodmana i Billy’ego Crystala (panowie radzą sobie bardzo dobrze). Zaś mamy typowe dla tego kompozytora brzmienia jazzowe, które nadają też ścieżce odrobinę wyjątkowości i lekkości jak w „Monsters, Inc.” z popisami solo puzonu i saksofonu (ten utwór równie dobrze mógłby zjawić się u Woody’ego Allena). Eleganckie brzmienie przewija się dalej (swingujace „Walk to Work”, gdzie orkiestra robi tutaj za tło, ustępując pola dęciakom), choć czasem pojawiają się ilustracyjne fragmenty nadające miejscami mrocznego charakteru („School” z ciągnącymi się smyczkami czy podniosłe „Enter the Heores” z marszową perkusją), jednak przez połowę albumu dominuje jazz.
Ale wszystko się zmienia po utworze 10, czyli „Boo’s Adventures in Monsterland”, który idzie w stronę suspensu. Dęciaki staja się bardziej podniosłe, smyczki ciągna się albo grają dość gwałtownie, czasem urozmaicane przez różne dzwonki czy flety. A w następnym utworze objawia się temat samej Boo („Boo Is Tired” w formie kołysanki), jednak underscore staje się gwałtowniejszy, zaś jazzowe brzmienie robi tutaj za tło i pojawia się coraz rzadziej. Na szczęście jednak poszczególne ścieżki trwają dość krótko, nie przekraczając 3 minut, co pozwala przebrnąć przez te fragmenty z marszową perkusją oraz szybką grą dęciaków. Na tym polu muzyka niczym nie zaskakuje i brzmi trochę na zasadzie autopilota. Za to na tym polu mocno się wybija „Ride on the Doors”, gdzie jazzowa aranżacja przeplata się z orkiestrowym underscorem i robi to tak sprawnie, że słucha się tego z niekłamaną frajdą.
Newman niczym nie zaskoczył w swojej muzyce. „Monsters Inc.” To kolejny przykład solidnego rzemiosła, które w filmie wypada naprawdę dobrze. Na albumie poza obiecującym jazzowym początkiem, nie ma tu zbyt wiele ciekawego. Jednak zaskakująco dobrze się tego słucha. Tyle i aż tyle.
7/10
Radosław Ostrowski
