Jeff Goldblum & The Mildred Snitzer Orchestra – The Capitol Studio Session

the-capitol-studios-sessions-b-iext53596124

Być może to wielu wkurza fakt, że osoby ze świata aktorskiego zaczynają flirtować z muzyką. Przykłady Hugh Lauriego czy Setha MacFarlaine’a pokazują, że nie wywołuje to poczucia przerażenia. Teraz do tego gronia postanowił dołączyć fantastyczny Jeff Goldblum. Aktor znany z takich filmów jak “Mucha”, “Park Jurajski”, “Dzień Niepodległości” czy “Thor: Ragnarok” potrafi także grać na fortepianie (uczył się odkąd skończył 15 lat), działając już w latach 90. jako frontman założonego razem z Johnem Maestro The Mildred Snitzer Orchestra, gdzie grali po klubach jazzowe standardy. Ale dopiero w 2018 roku postanowił razem z grupą wydać album – i to koncertowy, będącym zapisem popisów w Capitol Records.

I muszę przyznać, że efekt jest więcej niż przyzwoity. O dziwo, nie zabrakło też instrumentalnych kompozycji jak otwierający całość “Cantaloupe Island” z cudownie szalejącym saksofonem, by w połowie się uspokoić oraz dać pole innym (klawisze, gitara elektryczna, perkusja). Popisem umiejętności trębacza Tilla Bronnera jest pozornie spokojny “Don’t Mess with Mister T”, a także nieśmiertelny “Caravan” oraz nostalgiczny “It Never Entered My Mind”. Pojawiają się także popisy innych instrumentów jak choćby klawisze (“Nostalgia in Times Square”).

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiają się osoby śpiewające. Tutaj są aż trzy, same panie, zaś każda z nich zaskakuje. Na pierwszy ogień idzie Haley Reinhart, zaczynająca od uwodzącego “My Baby Just Cares for Me” zakończonego uroczym droczeniem się wokalistki z Goldblumem, by wskoczyć na spokojne tory w “Gee Baby”, gdzie udziela się saksofon bardziej zadziorny niż zwykle. Druga w kolejce jest Imelda May, którą bardziej znam z bluesowego grania. Ale i w jazzie jej głos sprawdza się naprawdę dobrze – zarówno w zwiewnym, eleganckim “Straighten Up and Fly Right”, dosłownie bawiąc się ozdobnikami,  by przejść do wyciszonego “Bitter Earth” oraz wręcz uwodzącego “Come On-A-My House”. No i trzecia panna to Sarah Silverman, gdzie pojawia się najpierw w dość długiej zapowiedzi (szkoda, że nie ma wersji DVD z zapisem video tego koncertu), by wskoczyć w jeden numer: “Me and My Shadow”, gdzie Jeff także śpiewa, tworząc dowcipny kawałek.

Bardzo sceptycznie byłem przekonany do płyty Goldbluma, ale jako muzyk sprawdza się solidnie, choć pozostaje troszkę w cieniu swoich kolegów. Nie mniej udało się grupie stworzyć bardzo intrygujące, energetyczne oraz piekielnie dobry materiał, choć reakcje publiczności nie są zbyt częste. Czy to będzie nowy etap w karierze aktora? Czas pokaże, ale jestem strasznie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Cezik – Ambiwalnięty

ambiwalniety-b-iext53480381

Nie od dziś wiadomo, że Internet (a zwłaszcza YouTube) potrafi być kopalnią talentów oraz pojawieniem się kilku ciekawych twórców. Jednym z bardziej popularnych przedstawicieli polskiego YouTube’a był Cezary Nowak, bardziej znany jako CeZik – specjalista od bardzo kreatywnych coverów (polecam “sic!” Heya na kuchennych instrumentach czy jazzową wersję “Ona tańczy dla mnie”). Po trzech latach milczenia twórca przypomniał o sobie w sposób, jakiego nikt po nim nie podejrzewał – wydał pierwszą płytę z autorskim materiałem.

No właśnie, czyli czego można było się spodziewać? O dziwo, żadnych przeróbek, zdominowany przez jazz. I to czuć w singlowym “Jestem specem”, dając sporo pola fortepianowi oraz dęciakom. Powolniejsza “Pora na brzdąca” w refrenie ulega przyspieszeniu, podobnie jak melancholijny “Dylemat moralny” serwując na finał solo pianistyczno-perkusyjne. Fani bardziej dynamicznego grania odnajdą się w “Wierzę” czy śpiewanym niemal chóralnie refrenie “Mam to we krwi”, a nawet lekko “karaibski” w tonie “Prawdziwy facet” (ta perkusja brzmi cudownie). Trzeba przyznać, że zespół robi wszystko, by uatrakcyjnić przyjemność ze słuchania (solo saksofonu w “Myśli”.

Do tego sam Cezik ma bardzo ciekawy, choć głównie niziutki wokal. No I same teksty tutaj pełne dowcipnych refleksji na różne tematy: dyskutowania na każdy możliwy temat (“Jestem specem”), kwestie dotyczące ojcostwa, oceniania ludzi według fałszywych stereotypów, radości z cudzego nieszczęścia (20 procent”) czy relacji damsko-męskich.

“Ambiwalniety” to coś więcej niż tylko zwykła ciekawostka muzyczna. Cezik pokazuje się tu jako świadomy artysta, zgrabnie balansujący w jazzowych rejonach, z bardzo dowcipnymi, choć refleksyjnymi tekstami. Mam nadzieję, że na kolejne dokonania tego youtubera nie trzeba będzie długo czekać.

7/10

Radosław Ostrowski

Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis – Fogg – pieśniarz Warszawy

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – Albo Inaczej 2

okladka_ALbo Inaczej alkopoligamia 2

Pamiętacie taki projekt, który się nazywał Albo Inaczej? Alkopoligamia postanowiła zaprosić weteranów polskiej muzyki (poza Marylą Rodowicz i Krzysztofem Krawczykiem) do zmierzenia się z klasyką polskiego rapu, dodając nutkę jazzowego posmaku. Do tego udział wykonawców takiego kalibru jak Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki czy Felicjan Andrzejczak sprawił, że znane hity Peji, Kalibra 44 czy Mor W.A. zyskały nowy blask. Wytwórnia postanowiła pójść za ciosem i zrobić część drugą, ale tym razem z innym składem. Do sequela zaproszone młode pokolenie wykonawców kojarzone z szeroko rozumianą muzyką alternatywną, zaś aranżacjami oraz opracowaniem tekstów zajął się Mariusz Obijalski – pianista jazzowy. Czy możemy mówić tutaj o sukcesie? Hmm.

Pierwszy na scene wchodzi Piotr Zioła idący na starcie z “Nie mamy skrzydeł” Miousha,który tutaj przypomina typowy dla tego wykonawcy retro pop z lat 60., gdzie dominuje gitara elektryczna z klawiszami. Przyjemnie to buja, chociaż mroczna aura słów potrafi sprowokować. Jazzowo-reagge’owa hybryda towarzyszy w “Mogę wszystko” z całkiem nieźle sobie radzącą Natalią Nykiel, jednak szoł kradnie sekcja dęta w środkowej partii. Więcej ognia serwuje za to (ku mojemu wielkiemu zdumieniu) Mrozu w niemal rockowym “Gdyby miało nie być jutra”, zwłaszcza w refrenie. Ale też zwrotka z powoli tykającym fortepianem potrafi zaskoczyć. Efekt jest piorunujący. Znowu gitarowo, chociaż mniej agresywne jest “Nic”, gdzie refren jest tak cudnie zapętlony, że mógłbym słuchać go w nieskończoność, a delikatny głos Darii Zawiałow jest wartością dodaną.

I wtedy pojawia się perła w postaci melancholijnych “Sznurowadeł” z chropowatym głosem Fismolla, mającym w glosie tyle emocji, że można nimi obdzielić masę innych wykonawców. A gdy dodamy kolejne wejścia instrumentów, ze szczególnym wskazaniem gitarowej solówki oraz dęciaków, efekt jest znakomity. Znacznie intymniejszy (lecz nie gorszy) jest drugi mocny punkt, czyli “Chodź ze mną” z nisko śpiewającym Ralphem Kamińskim oraz fortepianem. Równie spokojna (poza refrenem oraz gitarą w tle), ale też naznaczona pewnym mrokiem jest “Czerwona sukienka”, co bardzo mnie zaskoczyło. Tak samo jak występująca Justyna Święs, dodająca pewnej delikatności. Za to większy groove dodaje Monika Borzym w bardzo dynamicznych “Złych nawykach”, zaś retro rockiem zaleciał Igo ze swoją zachrypniętą wersją “Mówią mi”. Nieźle wypada Rosalie naszpikowanym basem “Ile mogę” oraz mroczniejszy, przerobiony wokalnie Krzysztof Zalewski z “Chwilą”, zaś na finał wszyscy wykonują “Chwile ulotne” Paktofoniki.

Do samych aranżacji czy wykonań nie mam poważnych zastrzeżeń, ale jest jeden poważny zgrzyt jaki fanom rapu się nie spodoba – opracowania tekstów. Owszem, wiadomo, ze nie da się przenieść utwór jeden do jeden, bo wokaliści nie rapują i ślepe rekonstruowanie byłoby nijakie. Na poprzednim albumie też były pewne skróty, jednak Obijalski z wokalistami dokonali wręcz rzezi na materiale źródłowym. W wielu przypadkach wyleciało nawet ¾ całości, co najmocniej słychać w “Czerwonej sukience” (takie cięcia przy utworach będącymi opowieściami są bardzo bolesne), “Mogę wszystko” oraz “Ile mogę”, gdzie wiele niezapomnianych fraz poszło do kosza. I tego żadne wykonanie nie jest w stanie zastąpić.

Czy to znaczy, że sequel nie wypalił? Raczej nie do końca wykorzystał swój potencjał, a nowe wersje raczej nie będą w stanie przebić oryginału (może poza “Sznurowadłami”), chociaż niektórym zabrakło naprawdę niewiele. Bardzo przyzwoicie wykonane, chociaż nie jest w stanie dorównać poprzedniej części. Mimo to, kibicuje tej inicjatywie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kamasi Washington – Heaven & Earth

20180417023241_main

Muzyka jazzowa uważana jest za bardzo hermetyczną muzykę, opartej w sporej części na mieszaninie dźwięków z różnych instrumentów w różnym tempie. Czasem bywa przeładowana dźwiękami, przez co odsłuch doceniają nieliczni. Czy do tej grupy zalicza się saksofonista Kamasi Washington? Jego poprzednie dzieło (trójpłytowy album “The Epic”) wywołało spore zamieszane, a muzyk tym razem postanowił wyciszyć swoje ambicje, tworząc zaledwie dwupłytowy “Heaven and Earth”, gdzie wsparli go starzy kumple  ze składu Next Step (basiści Miles Mosley i Stephen “Thundercat” Bruner, perkusiści Robert Bruner Jr. i Tony Austin, puzonista Cameron Graves, klawiszowiec Brandon Coleman oraz wokalistka Patrice Quinn), a także orkiestra z chórem. Innymi słowy, jest na bogato.

I tą moc czuć w otwierającym pierwszy album “Fists of Fury”, gdzie dęciaki ze smyczkami tworzą wręcz epickie dzieło. A kiedy wchodzą klawisze z perkusją oraz chór, to nie ma zmiłuj. Tutaj też wybija się dynamiczna gra na fortepianie oraz popis saksofonowy samego gospodarza, a także śpiew na początku oraz końcu. Znacznie spokojniej zaczyna się “Can You Here Him”, wręcz bujając samym rytmem oraz powoli nakładającymi się instrumentami (a także wokalizami), dodając do pięknego współgrania dęciaków ze sobą, a także solówki na klawiszach jakby żywcem wziętych z dyskotekowych lat 70., wznosząc całość w iście psychodeliczne rewiry. Troszkę egzotyki dodaje cudny “Hub-Tones” z fantastycznie grającymi dęciakami (wręcz rozbrykanymi) oraz bardziej wyciszone “Connections” z “falującymi” smyczkami, przyjemnymi wokalizami oraz popisem klawiszowo-kontrabasowo-dętym. Mimo, że utwory są bardzo długie (najkrótszy trwa ponad 5 minut), to nie ma tutaj miejsca ani na nudę ani rozwlekłość. Nawet jeśli pojawia się dźwiękowy chaos i jazgot (początek fuzyjnego “The Invincible Youth” I jego koniec, gdzie puszczono instrumenty od tyłu), jest tylko krótkim epizodem do kolejnych popisów instrumentalnych.

Z drugiej płyty największe wrażenie robi wręcz kosmiczny w formie “The Space Travellers Lullaby” z przepięknymi smyczkami oraz oszczędnym fortepianem osiągający wręcz spektakularne brzmienie, by w finale zakończyć całość solówką Kamasiego. Ale po drodze są jeszcze okraszone “karaibskimi” klimatami “Vi Lua Vi Sol”, bardzo rytmiczny i funkowy “Street Fighter Mas” czy rozpędzający się w środku “Song for the Fallen”.

I te dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Sam Kamasi czaruje swoją grą przechodząc od spokojniejszych po bardziej agresywne solówki. A mimo rozmachu aranżacyjnego całość jest bardzo przystępna dla zwykłego zjadacza chleba, co dla wielu będzie ogromnym plusem. Rzeczywiście czułem się jakbym odwiedzał niebo i ziemię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Basia – Butterflies

butterflies-b-iext52836346

Ta polska wokalistka jazzowa stała się rozpoznawalna na świecie już w latach 80. Do tej pory nagrała 5 studyjnych płyt, z których każda osiągnęła co najmniej status Złotej Płyty. I teraz po 9 latach wraca z premierowym materiałem. Jak wyglądają te “Motyle”?

To nadal stara, dobra Basia śpiewajaca w języku Anglosasów, chociaż zarzuty o granie jednego utworu w kółko są bardzo przesadzone. Sam początek to “Bubble”, czyli klasyczny, elegancki swing z rozpędzonym fortepianem i akustyczną gitarą. Ale bardziej pewnie czuje się w klimatach samby, co wykazuje singlowy “Matteo”, gdzie delikatnie grają klawisze, by zaraz rozpędzić się w funkowym “No Hearthache” z bujającym saksofonem. Tytułowy utwór jest przesiąknięty elektroniką, co jest sporym zaskoczeniem, ale wszystko wraca soulowym “Where’s Your Pride”, w którym nie zabrakło miejsca ani dla smyczków, ani chórku czy “cięższego” saksofonu. Tajemniczy “Be.Pop” przypomina klasyczny swing, a większa obecność dęciaków dodane staroświeckiego sznytu. Jest jeszcze jedna niespodzianka w postaci egzotycznego “Liang & Shu” z “azjatycko” brzmiącymi skrzypcami,  duet z Markiem Reillym (Matt Bianco) “Show Time”, będący wypadkową jazzu z sambą czy zaczynający się od wokaliz a capella “Like Crazy”. Ciekawostką można nazwać krótki, instrumentalny “Rachel’s Waltz”, pozwalający lekko złapać oddech przed pędzącym “Pandora’s Box” z dęciakami oraz gitarrą.

Każdy utwór jest inny, a wszystko łączy Basia oraz jej cudowny wokal, dodający nutki elegancji, ciepła, szyku. Dzięki czemu “Butterflies” brzmi tak przyjemnie, że już bardziej się nie dało. Taki jazz w starym stylu, dający wiele satysfakcji, do słuchania ze szklanką whiskey lub przy kominku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Majewski – Nie było lata

nie-bylo-lata-b-iext51369270

Jazz i poezja śpiewana pozornie nie pasują do siebie, ale pianista Wojciech Majewski ma na ten temat odmienne zdanie. Tym razem postanowił się zmierzyć z wierszami Stanisława Grochowiaka, pozapraszał wielu gości, zarówno śpiewających (m.in. Zbigniew Zamachowski, Stanisław Soyka), jak i grających (m.in. Henryk Miśkiewicz, Sławomir Kurkiewicz) i z tej kombinacji powstało “Nie było lata”.

By było jeszcze bardziej poetycko, pojawiają się fragment recytowane przez Wiesława Komasę, pełniącego tutaj role narratora, a niektóre wiersze są wręcz wplecione do piosenki, przez co te fragment nie gryzą się ze sobą. Otwierający całość “Świt” wydaje się wręcz nierzeczywisty, pełen przemielonych dźwięków, wywołujących niepokój i tworzącymi wręcz futurystyczny klimat. Nawet fortepian wydaje się dziwaczny, a wokale gdzieś przebijają się, stanowiąc pokręcony kolaż. Bardziej zdyscyplinowany i melancholijny jest “Kanon”, by przejść do bardziej dynamicznego “Tęsknię” (tutaj błyszczy Janusz Szrom), z bardziej wybijającym się duetem fortepian-kontrabas czy bardzo stonowane, Hammondowe “Mobile” z ciepłym głosem Krzysztofa Napiórkowskiego oraz pięknymi smyczkami. Dla fanów spokojniejszych nut jest “Nad tomem mazurków Chopina”, a szukający lekkiego ożywienia znajdą w “Zaproszeniu do miłości”, gdzie na początek fortepian z klawesynem tworzą intrygujący duet, by sam Majewski mógł zaszaleć czy nerwowa “Bitwa”.

Gospodarz dba tutaj o różnorodność brzmienia, a niektóre fragment (“Świt”, “Zgliszcza”) ocierają się wręcz o awangardę. Problemem może też być pewien przesyt, bo 21 kompozycji (!!!) to sporo, choć niektóre utwory są strasznie krótkie jak “Interlude” (niecałe pół minuty) albo bardzo monotonne. Sytuacje ratują inni wykonawcy naznaczając swoim głosem każdy z utworów (poza w/w jeszcze Magda Umer, Magdalena Różczka recytująca “Ars poetica” czy Zbigniew Zamachowski), pozwalając utrzymać zainteresowanie tą jesienną płytą, która wymaga sporo wysiłku oraz cierpliwości. Inaczej odbijecie się od niej bardzo szybko, a to nie brzmi zbyt zachęcająco.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Judyta Pisarczyk – Koncert w Trójce

koncert-w-trojce-w-iext52608214

Wydanie płytowe koncertów ze Studia im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie stało się pewną gratką. Kolejne wydawnictwo z tej serii to zapis koncertu Judyty Pisarczyk – bardzo młodej oraz utalentowanej wokalistki jazzowej, która w zeszłym roku zdobyła Grand Prix Ladies Jazz Festiwal w Gdyni. I to ta nagroda doprowadziła do realizacji tego koncertu.

Zapowiadał to zgrabnie trójkowy dziennikarz Piotr Baron, wspierany przez przewodniczącą jury gdyńskiego festiwalu, Urszulę Dudziak. By płynnie przejść ku jazzowym numerom (nie swoim, ale to nie szkodzi) wsparta przez fortepiano, gitarę elektryczną oraz perkusję. Buja bardzo “Moanin’”, gdzie w połowie instrumenty oraz wokalizowanie Judyty zaczynają rozkręcać całą imprezę. Równie przyjemnie jest “Find” z bardzo długim i dynamicznym wstępem, dającym wiele swobody dla gitarowego duetu basowo-elektrycznego. Ich zadanie to rozkręcić całą tą imprezę, co przez większość czasu im się udaje. Nawet w chwilach dominacji fortepianu (swingujące “Tight”) czy Hammonda (zmieniający tempo “What If?”), Pisarczyk nie traci lekkości w swoim głosie, ani energii. Ale czy śpiewa tylko w języku Szekspira? Jest jeden polski utwór – “Co to jest czułość?”, najbardziej delikatny i liryczny z tego zestawu, ale też bardzo gorzki. To jednak jedyny wyjątek od reguły.

Dalej jest równie dynamicznie jak przy “What If?”, klimatem sięgając po muzykę z lat 60. i 70. (bogato zaaranżowane “Upside Down” czy zaśpiewany standard Dave’a Brubecka “Take Five”), nakręcając fanów śpiewanego jazzu. Jest elegancko, stylowo oraz przyjemnie dla uszu, pokazując ogromny potencjał wokalistki. Nie wiem jak wy, ale chciałbym posłuchać jej autorskiej płyty. A koncert z Trojki jest udany oraz daje wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maynard Ferguson – Body and Soul

41X9DZS6GYL

Jazz śpiewany, a jazz instrumentalny to dwie różne półki. Popisy instrumentalne różnych muzyków dla słuchaczy mogą być dość męczące. Ale nawet na tym polu zdarzają się wyjątki jak kanadyjski trębacz Maynard Ferguson. W 1986 roku nagrał album „Body and Soul”, a dwa lata temu wznowiono to wydawnictwo. Czy po latach się potrafi obronić?

Fergusona wsparli koledzy, m.in.: trębacz Wayne Bergeron, klawiszowiec Todd Carlon, basista Dave Carpenter, gitarzysta Michael Higgins oraz perkusista Steve Fisher. Na początek dostajemy energetyczne „Espresso”, pokazujące jak wielką siłę potrafi mieć kawa po wypiciu: pędzące na złamanie karku popisy trąbki z saksofonem, „strzały” dęciaków, łagodzące klawisze to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Bardziej rozmarzony jest utwór tytułowy, z mocniej zaznaczonym basem oraz dużo silniejszą solówką Maynarda. Przy „M.O.T.” bardziej czuć rockowy posmak, a także większą obecność klawiszy, co dodaje klimatu. Także bardziej egzotyczna samba „Mira Mira” przyjemnie buja, tak samo jak taneczny „Last Dive”. Chwilę spokoju daje nam lekko „orientalny” „Beautiful Hearts” z bardzo przyjemnym fortepianem oraz pięknym fletem, by znów porwać do tańca w funkowym „Central Park” oraz bardziej soft-rockowemu „Flight 108”.

Najbardziej zaskakuje fakt, że pomimo 30 (nawet więcej) lat na karku, „Body and Soul” ma w sobie wiele energii oraz świeżości. Czuć brzmienie epoki (klawisze), ale to wszystko ma w sobie wiele mocy, energii oraz pazura. Ferguson na trąbce potrafi uwieść, gra z pazurem, zaś muzyka przyjemnie buja i chce się więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

noc-w-wielkim-miescie-b-iext51843068

Jazz w Polsce ma bardzo długie tradycje, o czym pamięta niewielu. I do tej, przedwojennej tradycji, postanowił sięgnąć jazz band kierowany przez pianistę Marcina Maseckiego oraz wokalistę Jana Młynarskiego, który postanowił sięgnąć po mniej znane przeboje z lat 20. i 30., poddać jej innym aranżacjom oraz wydać na płycie.

Pierwsze, co rzuca się w uszy to brzmienie. Dźwięki każdego instrument, od fortepianu przez dęciaki (głównie saksofony), zachowują klimat dawnej epoki. Zupełnie jakby ktoś wygrzebał nagrania z ocalałych vinyli, zrekonstruował je oraz puścił, jakby nigdy nic. A wszystko tak zwiewne, eleganckie oraz fantastycznie zagrane. A wiecie jak trudno było osiągnąć taki efekt? Muzycy dostają w każdym utworze spore pole do popisu (głównie Masecki), zaś wokal pojawia się bardzo rzadko, puentując bardzo dowcipne teksty. Zarówno żywiołowy “How Do You Do Mr. Brown?, jak I bardziej spokojny (chociaż pod koniec przyspieszający) “Czy Ty wiesz, Mała Miss?” pokazują wszelkie predyspozycje bandu. A im dalej, tym ciekawiej: nerwowa gra fortepianu na początku “Czarnej kawy”, przechodząca w bardziej delikatne tony przez niemal “tańczące” saksofony, rozpędzony i zabarwiony orientalnymi dźwiękami “Abduł Bey”, bardzo romantyczny “Kącik marzeń” oraz “New York Baby”. A jeśli dodamy do tego cudnego “Nikodema” z cudownym refrenem oraz “strzelającą” perkusję w środku, bardziej spokojny walczyk “Jadzia”, to mamy piękny zestaw.

Młynarski może wokalnie nie pojawia się długo, ale jego głos idealnie pasuje oraz imituje wokal z tamtej epoki. Jest trochę nonszalancki, ale jednocześnie romantyczny, delikatny. I to dziwne połączenie retro doprowadza do prawdziwej ekscytacji. Jestem absolutnie pewny, że na sylwestrową noc sprawdzi się świetnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski