Gregory Porter – Nat King Cole & Me

Gregory_Porter__Nat

Jeśli szukalibyście jakiegoś albumu na Święta, najlepiej dać jakiś album ze standardami klasycznego popu z lat 40. i 50. Właśnie w tym kierunku poszedł posiadacz największej ilości kapeluszy wśród jazzmanów – Gregory Porter. Na swojej piatej płycie postanowił oddać hołd swojemu idolowi, czyli legendarnemu klasykowi, Nat King Cole’a.

Wokalistę wsparł mały zespół oraz orkiestra, dodając bardzo klasycznego uroku słuchania płyty niemal żywcem wziętej sprzed 50 lat. Wybijają się płynnie grające smyczki, pojawiające się w tle flety, harfa czy dęciaki. Czasami to daje utworowi rozmachu (“Mona Lisa” z wyciszonymi zwrotkami czy wręcz mocarny początek “Miss Otis Regrets”), bardziej refleksyjnego charakteru (dość skromne “Smile” z harfą oraz trąbeczkę na początku czy “Nature Boy” z przepiękną partią skrzypiec), ale pojawiają się też utwory brzmiące bardziej kameralnie (szybki “L-OV-E” z sekcją rytmiczną, fortepianem oraz trąbkę grana przez samego Terence’a Blancharda czy zmysłowy “Quezas, Quezas, Quezas” oparty na fletach, zmieniający w połowie skalę uderzenia). Niby nie jest to niczym zaskakującym, ale zarówno aranżacje, jak przede wszystkim bardzo ciepły wokal Portera czynią ten materiał lekką, bezpretensjonalną zabawą. Jest to mały, muzyczny wehikuł czasu, pozwalający się cofnąć 60 lat wstecz, tworząc bardziej eleganckie, choć nie pozbawione odrobiny fantazji i wigoru (“Ballerina”).

“Nat King Cole & Me” to solidna, przyjemna płyta dla osób, które chcą poznać dorobek Cole’a. wersja deluxe zawiera jeszcze dodatkowe cztery utwory w tym “The Christmas Song”.  Ładna muzyka, zrobiona ze smakiem, szacunkiem oraz na dobrym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mietek Szcześniak – Nierówni

nierowni-b-iext46341774

Kolejne dziwaczne połączenie, które wydawałoby się absurdalne. Bo jak skleić Mietka Szcześniaka, wiersze ks. Twardowskiego z muzyką brazylijską? Wydaje się to czystym szaleństwem, co jest zasługą Krzysztofa Herdzina, który podjął się aranżacji oraz skomponowania. Ale to wariactwo zaczyna działać.

Całość zaczyna się od bardzo delikatnego, wręcz spokojnego utworu tytułowego, gdzie przewodzi fortepian z ciepłymi smyczkami oraz oszczędną perkusją. Więcej energii ma żwawsza samba „Jest jeden świat” z dużym chórkiem oraz dynamiczniejszym tempem. Romantycznie (ach, te cudne smyczki!!!) wybrzmiewa „Święty gapa”, by znów nakręcić wszystkim wręcz tanecznym „Krzycz do słońca”, gdzie dalej smyki „falują”, by przejść do akustycznego „Spoza nas”. I ta energotyczno-refleksyjna mieszanka potrafi uwieść magią pojedynczych dźwięków perkusji, ale nie nieoczywistymi elementami w postaci akordeonu (skoczne „Poczekaj” z nośnym refrenem oraz przewrotnym tekstem) czy różnych perkusjonalnych przeszkadzajek, dodających ciekawych barw.

Sam Szcześnak płynie razem z muzyką, idealnie się uzupełniając, a jego soulowy głos brzmi bardzo naturalnie. Dodajmy do tego niepozbawione humoru („Poczekaj”) i refleksji wiersze ks. Twardowskiego, przez co powstaje bardzo smakowity koktajl, nie będący śmiertelnie poważnym dziełem. Bardzo przyjemna, lekko jazzująca płyta, idealnie pasująca do obecnej pory roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dominic Miller – Silent Light

61ZDp5Jb7L

Ten znany gitarzysta jazzowy kojarzony jest głównie jako członek zespołu Stinga, z którym współpracuje od ponad 15 lat. Ale Miller nagrywa nie tylko dla innych wykonawców (współpracował m.in. z Luciano Pavarottim, Peterem Gabrielem, Patem Methanym czy Backstreet Boys), lecz wydaje solowe dzieła. Takie jest też jego ostatnie wydawnictwo, czyli “Silent Light”, nagrane tylko z perkusistą Milesem Bouldem.

Więc nie należy oczekiwać fajerwerków, co czuć w spokojnym, bardzo delikatnym “What You Didin’t Say”, gdzie gitara powtarza tą samą melodię, by w połowie mocniej zaznaczyć swoją obecność, ubarwiając całość perkusjonaliami. Podobnie, choć szybciej od początku gra “Urban Waltz” oraz bardziej melancholijny “Water”, gdzie gitara niemal płacze, ubarwiając dźwiękami jakby odbitymi od szklanki. Czasem perkusja “tyka” jak w zegarku (“Baden”), czasem “sypie” jak przyprawami (“En Passant”), ale największym problemem jest pewna monotonia wynikająca z grania niemal tej samej melodii w tym samym tempie przez Millera. Wyjątkiem od tej reguły jest “Fields of Gold” czy jazzujące “Chaos Theory”, ocierające się czasami o flamenco.

Sam Miller na gitarze robi to, co potrafi najlepiej. Dopiero pod koniec płyty potrafi pokazać jak szybko potrafi grać (“Valium”, “Le Point”), ale konsekwentnie buduje klimat, idealnie komponując się w długie, jesienne wieczory. Wtedy jest tak cicho, że gitara ma dla siebie całą przestrzeń. Szkoda tylko, ze większość utworów nie zapada w pamięć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diana Krall – Turn Up The Quiet

61Mp7xaHKyL._SX522_

Jesień powoli się zbliża, co oznacza że można ją muzycznie spędzić na dwa sposoby. Albo dać sobie coś ostrego I gitarowego, albo wejść w ten klimat, sięgając po bardziej melancholijne, spokojne, wręcz nastrojowe płyty. Takie jak nowe wydawnictwo jazzującej wokalistki Diany Krall, od lat głównie śpiewającej covery. Ale zawsze po swojemu, z dość oszczędnym zespołem (kontrabas, fortepian i perkusja), lecz zawsze z klasą. Czy tak też będzie w przypadku “Turn Up the Quiet”?

Tak, mimo iż artystka sięga po standardy z tzw. Great American Songbook, czyli jazzową klasykę z początków XX wieku. Jednak znowu wyszła elegancka, czarująca płyta. Początek w postaci “Like Someone in Love” z dominującym kontrabasem oraz duetem fortepiano gitara obiecuje przyjemne doznania. Dalej jest bardzo zmysłowe “Isn’t It Romantic?” z cudownymi smyczkami w połowie. Żywiej się robi w “L-O-V-E”, gdzie fortepiano z gitarą elektryczną pozwalają sobie na więcej, by znów uwieść w “Night and Day” oraz “I’m Confessin’ (That I Love You)” z prześlicznym solo skrzypiec. Nawet jeśli pojawiają się odrobinę powolne, wręcz monotonne utwory (gitarowo-knajpiarskie “Moonglow”), to pewnymi drobnymi zabiegami aranżacyjnymi nie przynudzają. A prawdziwą perłą tego wydawnictwa jest genialne “Sway”, zaczynające się bardzo wolnymi solówkami gitary akustycznej, nabierające bardzo zmysłowego charakteru.

Sama Krall ma tak pociągający i uwodzicielski głos, że nie da się wobec niej przejść obojętnie. I to jej głos ubarwia te interpretacje klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Pięknie wykonanej, czarującej, eleganckiej i stylowej. Idealne na jesienny czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Monika Borzym – Jestem Przestrzeń

p%C5%82yta_jestem_przestrze%C5%84_ok%C5%82adka

Teraz pora na obecne wydawnictwo wydane przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Tym razem jest to poezja śpiewana w jazzowych aranżacjach. Wybrane wiersze Anny Świrszczyńskiej (w czasie powstania sanitariuszki) – selekcji dokonała reżyserka teatralna Agnieszka Glińska – postanowiła wykonać ceniona zagranicą wokalistka Monika Borzym. Wsparta przez pianistę Mariusza Obijalskiego, który napisał muzykę oraz zaproszonych gości, poszła w stronę kobiecego spojrzenia na świat.

Album zaczyna się od “Intra”, gdzie pojawia się Glińska (nakładające się fragment jej wypowiedzi, recytującej wierze) i słyszymy przyczyny realizacji tego przedsięwzięcia. Ale sama poezja – wręcz surowa, pozbawiona ozdobników, waląca prosto w oczy, pełna intensywnych emocji, pozbawiona rymów – może wprawić w konsternację. Wszystko jest tutaj bardzo wyciszone, delikatne, minimalistyczne. Jazzowy skład (perkusja, gitary, trąbka, fortepian) jest tylko tłem dla eterycznego wokalu. I jeszcze jedno – nie ma tutaj w ogóle miejsca na wojnę czy powstanie. Przynajmniej nie wprost. Borzym idąc tropem poetki, skupia się na jej przeżyciach, emocjach, lękach. Trudno przejść obojętnie wobec mrocznego “Muszę to zrobić” z pędzącym fortepianem czy pełnego chropowatości oraz przygnębienia “Bardzo smutnej rozmowy nocą” z udziałem Wojciecha Waglewskiego. Nawet krótkie “Jestem napełniona miłością” zaskakuje brzmieniem niczym ze starej płyty. Swoje miejsce dostaje też mniej przyjemne elektroniczne tło („Wszystkie chwyty dozwolone” z monotonnymi i nerwowymi smyczkami czy wręcz ambientowe „Pękam ze śmiechu”), gitara elektryczna Johna Scofielda i Mitchella Longa („Pękam ze śmiechu” i „Jak głupi pies”), wycofana trąbka („Ogniotrwały uśmiech”), imitacja syreny („Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając”).

Monika bardzo delikatnie, ale pełnym emocji głosem pozwala wejść i ten intymny świat miłości nietrafionej w czas, skąd tak wiele smutku i goryczy. Wszystko to pozbawione patosu, ale słowa trafiają czasami jak obuchem: „przeszłam przez kąpiel z ognia, jak wybornie wzmacnia ogień”; „żeby wszystkie kule na świecie trafiły we mnie,to by już nie mogły trafić w nikogo”; „i żebym umarła tyle razy, ile jest ludzi na świecie”; „muszę cię zabić”; „stojąc przed lustrem pękam ze śmiechu”. Te fragmenty nie pozwolą o sobie zapomnieć, chociaż nie brakuje bardziej lirycznych utworów jak „Przestrzeń” czy „Jestem przepełniona miłością”.

„Jestem przestrzeń” jest bardzo oszczędną w formie, ale poruszającą i piękną muzyką. Bardzo szczere i miejscami szorstkie słowa zmuszają do refleksji, głos Moniki wali jak młot, choć jest to jej pierwsza płyta po polsku. By ją w pełni docenić trzeba się zatrzymać i wsłuchać się w każde słowo. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, by kompletnie się w tym zanurzyć. Ale ostrzegam: bardzo uzależnia ta płyta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Radosław Ostrowski

Maja Kleszcz & Kwartet Prowincjonalny – Dudzie-Graczowi

dudzie-graczowi-b-iext48340519

Z panią Kleszcz miałem kontakt słuchając ostatnią płytę nagraną z IncarNations i przykuła uwagę swoim magnetyzującym wokalem. Tym razem artystka połączyła siły z Kwartetem Prowincjonalnym, by oddać hołd jednemu z najsłynniejszych polskich malarzy XX wieku – Jerzemu Dudzie-Graczowi. Pomóc miały w tym teksty napisane przez córkę artysty, reżyserkę teatralną  Agatę, z którą Kleszcz wielokrotnie współpracowała.

Efekt jest porażający. Już na dzień dobry dostajemy bardzo oniryczne „A pod Częstochową”, gdzie smyczki z cymbałami tworzą aurę nierzeczywistości. Gdy do tego zestawu dodamy głos Mai, trudno oderwać uszy i wymazać utwór z pamięci, mimo że druga połowa utworu jest instrumentalna.  Ten zestaw dźwięków będzie nam towarzyszył do samego końca, ale nie ma tutaj miejsca na nudę. Intryguje „Mój anioł się sprzedał niedrogo”, który zaczyna się bardzo spokojnie, by w połowie kompletnie przyspieszyć i dodać bardziej mroczny. Bardziej „knajpiarski” w duchu Toma Waitsa jest „Będzie ci źle” z gorzkim tekstem (podobnie brzmi tango „A może miałby pan ochotę”) oraz bardzo minimalistyczna „Modlitwa o Nie-Bycie” z dziwacznym echem w tle. Powrót do „egzotyczności” serwują „Lęki jak…” z podkręconą grą skrzypiec oraz oparte na perkusjonaliach „Zostawiłam ręce oparte”.

Każdy z tych utworów się mocno wyróżnia czy to odrobinę absurdalnym humorem (dwuznaczne „A może miałby pan ochotę”), atmosferą wręcz mistyczną. Nad wszystkim czuć ducha Kapeli ze wsi Warszawa, która też czerpała z etnicznej stylistyki. Choć niektóre fragmenty mogą wywołać przerażenie (bardzo powolny i długi „Jurajski”, pokazujący mocno surrealistyczny obraz), to jednak trudno odmówić całości bardzo spójnego klimatu oraz uroku. Sam głos Mai bardzo dobrze współgra z muzyką, tworząc wrażenie niemal mistycyzmu. Wiem, że wielu może odrzucić ten klimat, ale rzadko tego typu połączenie pojawia się w muzyce popularnej i warto dać szansę. Ja jestem oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anna Maria Jopek & Gonzalo Rubalcaba – Minione

minione

Anny Marii Jopek przedstawiać nie trzeba: to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich wokalistek jazzowych. Od ostatnich płyt (bo wydała jednocześnie aż trzy – kto zabroni) minęło aż sześć lat, co nie znaczy, że wokalistka zrobiła sobie przerwę. W lutym wydała nowe dzieło, zawierające przedwojenne tanga, przearanżowane i wykonane przez kubańskiego pianistę, Gonzalo Rubalcabę. Tak powstało „Minione”.

Pierwsze, co uderza po przesłuchaniu to… spokój. Przynajmniej na początku w postaci rozleniwionego „Twe usta kłamią”. Tutaj dominuje fortepian, a sekcja rytmiczna jest mocno wycofana w tle. I nawet bardziej przyspieszone solo fortepianu nie jest w stanie tego zmienić. Bardziej zgrabny i żywszy jest „Kogo nasza miłość obchodzi”, gdzie jeszcze swoje daje w połowie kontrabas czy melancholijne „Co nam zostało z tych lat” z marszową perkusją, a nawet karaibsko płynne „Miasteczko Bełz”. Trudno odmówić albumowi spójnego klimatu, ale jako całość zaczyna zwyczajnie nudzić swoją monotonią jak w mruczanym „Besame Mucho”, chociaż trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Muzycy grają więcej niż dobrze, a bardzo delikatny, niemal eteryczny wokal pani Jopek potrafi działać wręcz kojąco.

Tylko to wszystko nie zawsze jest w stanie zapaść mocno w pamięć. Wszystko jest zbyt spokojnie (chociaż bardzo elegancko), a Rubalcaba potrafi czarować swoją grą na fortepianie („Rebeka”). Tylko dla wielu może być to trudne do przejścia, mimo drobnych aranżacyjnych detali.  Ale i tak efekt jest bardzo przyzwoity.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Patrycja Zarychta – Szczęście

PZ-Szcz%C4%99%C5%9Bcie-DOPRACOWANA-WERSJA-wi%C4%99cej-ramion-DO-AKCEPTACJI

Tym pora przedstawić osobę, która dopiero zaczyna swoją muzyczną przygodę (czyli debiutantkę). Mam nadzieję, że to będzie przygrywka przed następnymi, równie ciekawymi projektami. Kim jest Patrycja Zarychta? To wokalistka jazzowa z Katowic, która sama pisze i komponuje. Do tej wygrywała różne konkursy i festiwale jazzowe, ale o jej talencie wiedziało tylko środowisko. Teraz wyszedł jej debiutancki album, który powinien przynieść rozpoznawalność szerszemu gronu odbiorcy. I czy „Szczęście” da słuchaczom sporo szczęścia?

Całość zaczyna się bardzo krótkim intrem, które czaruje swoimi perkusjonaliami oraz bardzo subtelnym wokalem. I wtedy zaczyna się właściwa część, czyli „Microworld”. Bardzo oszczędna (trochę mechaniczna) perkusja, działająca niczym mechanizm zegara, przestrzenne i falujące klawisze, które tylko podkręcają aurę niesamowitości razem z fortepianem. Ale pod koniec wszystko zaczyna gwałtownie przyspieszać (poza Hammondem) i dochodzi do dźwiękowej psychodelii. Takie zderzenie tradycji z nowoczesnością jest fundamentem tego wydawnictwa. Tak samo jest z energetyczną „Kobietą”, gdzie wznoszą się dęciaki razem z bardziej bitową perkusją niczym w soulowym numerze, by w końcu zaszalał na smyczkach sam Michał Urbaniak czy w uwodzącym swoim ciepłem „My Strenght”.

Co nie znaczy, że brakuje silnego zabarwienia jazzowego. Taki jest klawiszowy „Empathy”, gdzie wchodzi do pomocy raper Sweet Lee. Schemat przełamuje pełen perkusji funkowy „Keep Dream Alive”, gdzie popowy sznyt miesza się z wyrafinowaną aranżacją oraz zaczynający się mocnymi uderzeniami perkusji „Set Me Free”, do których dochodzą klawisze i bas jakby wzięty z dyskotekowych lat 80.. W podobnym tonie jest elektroniczny „Completely”, który wprawia do tańca (a ta oszczędna perkusja czaruje) czy stonowany „Slowly”. A niespodzianką jest brzmiący niczym z winyla niemal epicki (chórek na początku) w „Love Yourself”.

Wokal Patrycji jest czymś dla mnie nieodgadnionym i ciągle zmiennym, zarówno w formie ekspresji, jak i skali. Dominuje niemal dziewczęca łagodność, choć potrafi zaskoczyć mocniejszym wejściem („Keep Dream Alive”). Taka skala zapowiada osobę, która jeszcze może zaskoczyć. A dodatkowo jeszcze płyta zawiera trzy utwory w wersji koncertowej i jedną piosenkę („Set Me Free”) śpiewaną w języku polskim, co daje obraz brzmienia scenicznego Patrycji. I jestem absolutnie pewny, że jeszcze o tej dziewczynie usłyszymy, a album jest w pełni udanym zbiorem energetycznego jazzu jakiego nigdy dość. Nawet te bardziej wyciszone fragmenty nie są tylko balastem.

8/10

Radosław Ostrowski

Artur Dutkiewicz Trio – Traveller

Traveller

Artur Dutkiewicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych pianistów jazzowych swojego pokolenia. Razem ze swoim triem (perkusista Łukasz Żyta i kontrabasista Michał Barański) powraca z nowym wydawnictwem, będącym mieszanką jazzu z muzyką świata oraz polskimi dźwiękami ludowymi. W końcu „Traveller”, czyli Podróżnik zobowiązuje.

Ale początek tej wędrówki jest poprzedzony krótkim wstępem w postaci nieco ponad półminutowego „Ra”, gdzie fortepian wręcz płynie w szybkim tempie galopującego konia. To jednak wprawka przed rozbudowanym „A&B”. Na początku bardzo rytmicznie i stonowanie uderza perkusja, do której przypałęta się kontrabas, próbujący robić swoje oraz pojedyncze dźwięki fortepianu. Pół minuty później to fortepian przejmuje inicjatywę swoją improwizacją, kompletnie zmieniając rytm i skręcając ku pustynnym klimatom, by na chwilę ostać się klasycznym rejonom jazzu. Ładne, efektowne i stylowe. Podobnie jak bardzo spokojne „Drops of Innocence”, gdzie fortepian płynie niczym woda w rzece, tworząc przyjemną, wręcz rześką aurę (na majówkę idealne) czy epickie (ponad 8-minutowe) „Best Time”, gdzie wszyscy powoli rozkręcają swoje instrumenty, by pod koniec wyciszyć się.

A im dalej, tym ciekawiej, bo jest i przerobiony na jazzową modłę mazur („Sattvic Mazurka” i „Pińczów Mazurka”), jest też nawet zgrabny taniec słonia („Elephant Dance”), monumentalny utwór tytułowy z niemal zapętlonym, jakby tańczącym fortepianem (m.in. pierwsza minuta oraz 2:10) wobec płynnych ruchów sekcji rytmicznej. Pojawi się nawet miejsce dla smyczków (wyciszona „Ma”, przechodząca płynnie do „Neti Neti”). Sam Dudtkiewicz błyszczy praktycznie w każdej kompozycji, a na fortepianie gra tak, jakby niczego innego w życiu nie robił. I to ten instrument (co nie znaczy, ze reszta tria była nieciekawa) rozsadza, nakręca i intryguje.

Godzina upłynęła mi bardzo szybko, przez co „Traveller” okazał się albumem pozwalającym się wyciszyć, ukoić i pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu niż pokryta deszczem i masą chmur Polska (chociaż to ma się na dniach zmienić). Nie pożałujecie czasu przy tym lekkim dziele.

8/10

Radosław Ostrowski

Eskaubei & Tomek Nowak Quintet – Tego chciałem

Eskaubei-i-Tomek-Nowak-Quartet-Tego-Chcia%C5%82em-cover

Dwa lata temu doszło do zderzenia muzycznych asteroid, bo nie można inaczej nazwać połączenie nawijki rapera Eskaubei z kwintetem trębacza jazzowego Tomka Nowaka. Album „Będzie dobrze” wywołał furorę i musiał powstać ciąg dalszy, gdyż takie zgranie nie zdarza się często. No i w zeszłym roku ekipa powróciła.

Zaczyna się od skocznego i krótkiego „Intra”, gdzie popisuje się perkusja z klawiszami i trąbką. Ale to tak naprawdę wstęp do mocniejszej gry. „New reality” miesza swingowe dźwięki kwintetu ze skreczami (fantastyczna robota Mr. Krime’a) – zarówno sekcja rytmiczna (płynna i łagodna) w połączeniu z klawiszami oraz trąbką tworzy prawdziwą bombą. Zarówno przestrzenne solówki muzyków są prawdziwym miodem dla uszu. Podobnie jest w przypadku utworu tytułowego, gdzie na początek mamy sklejkę klawiszy i stonowanej sekcji rytmicznej ze skreczami, a sam raper nawija o kumplach z kwintetu, robiąc to w bardzo elegancki i niepozbawiony dowcipu sposób. I w każdym kolejnym utworze słychać przede wszystkim wielką pasję wynikającą z grania.

Szybkie „Chcę żyć” z zapętlającym się basem i perkusyjnymi eksplozjami w refrenie (a także orientalną elektroniką, dającą mocno do pieca), bardzo wyciszone i (pozornie) monotonne „Patrz w moje oczy”, które z każdą minutą nabiera rumieńców, płynący na trąbce oraz chropowatych klawiszach „Egocentryzm” czy bardzo soulowe „Płyń ze mną” (klawisze brzmią cudownie). Nie wymienię wszystkich utworów, bo troszkę nie o to tu chodzi, ale wszystko jest fantastyczne.

Sam Eskaubei może niespecjalnie popisuje się swoją nawijką, ale jest w formie i opowiada zarówno o swojej pasji czy kłótni z partnerką. Ale jest to zrobione z głową i dowcipem, przez co nie ma poczucia zgrzytu. I jak widać można połączyć rzeczy pozornie niepasujące do siebie.

8,5/10

Radosław Ostrowski