Jazzpospolita – Humanizm

0006GZAD4SP7UOWG-C122

Czy można zmieszać jazz z rockiem? Tak jest w przypadku znanej grupy Jazzpospolita, która funkcjonuje od 2008 roku. Kierowany przez basistę Stefana Nowakowskiego i perkusistę Wojtka Oleksiaka do tej pory wydali 5 pięć płyt, w sporej części zawierającej instrumentalne kompozycje. Kwartet serwuje swoje kolejne wydawnictwo w postaci „Humanizmu”.

I co tutaj dostajemy? Dźwiękową podróż, gdzie miesza się wszystko i długimi kompozycjami. Zaczyna się od „Krainy wewnętrznej” – spokojnego jazzu z ładną, melancholijną gitarą oraz nieznośnie pulsującym elektronicznym tłem. Ale od połowy wszystko zaczyna się przyspieszać za sprawą perkusji, by znowu się wyciszyła, dając pole do popisu elektronice (ciagle chropowatej). Po tym intrygującym wstępie dostajemy piosenkę – jedną z dwóch w zestawie. W „Combination” wszystko tańczy – zarówno sekcja rytmiczna, gitarka, jak i płynny fortepian do rytmu wokalu Pauliny Przybysz (pod koniec gitara z fortepianem zaczynają szaleć). Przyjemnie buja także w gitarowych  „Zakamarkach”, gdzie mamy specjalizującą się w elektronice Novikę. Cała reszta to efekt poważnej i dużej improwizacji poszczególnych muzyków oraz instrumentalistów, co wyjaśnia takie rozpasanie dźwiękowe (najkrótszy utwór ma 4 minuty). Nie brakuje intrygującego połączenia gitary z klawiszami (niemal senne i spokojne „Zmian”, którego tempa nie jest w stanie zmienić nawet perkusja), bardzo przestrzennego, wręcz refleksyjnego klimatu utworu tytułowego. Odrobinę psychodelicznie robi się w dynamicznym „Pustym pociągu” oraz ocierającym się o surowość (i dźwięki Wojtka Mazolewskiego) „Pański paszport to jakiś żart”, gdzie w środku wchodzą mroczniejsze klawisze. W podobnym tempie (szybka perkusja, pozornie spokojniejsza cała reszta – z wyjątkiem fortepianu) utrzymuje się „Człowiek w cyberprzestrzeni”, gdzie pod koniec fortepian wywołuje dezorientację, jak to tylko jest możliwe. Pozornie nieprzyjemniejszy jest „Pies”, jednak tak naprawdę to kolejne refleksyjne oblicze muzyków, gdzie tym razem popisują się klawisze.

Na zasadzie kontrastu wygrywany jest „Spokój niepokój” – bardzo delikatny, wyciszony, gdzie łagodna gitara i perkusja „gryzą” się z klawiszami, bardziej chropowatymi, krótkimi i niemal gwałtownie przerywanymi. A na finał dostajemy przewrotnie nazwany utwór „Jestem w pewnym sensie turystą”, pozwalający na dźwiękową zabawę oraz dając tak cenną chwilę ukojenia (poza środkową, pulsującą częścią z szorstką, niemal „alarmową” gitarą).

„Humanizm” to przykład improwizacji zrobionej z głową, klimatem oraz więcej niż tylko rzemiosłem muzyków. To coś więcej niż tylko przyjemna muzyka jazzowa, lecz podróż po różnych zakamarkach duszy. Nie należy się bać trwania poszczególnych utworów, gdyż czas ten mija szybciej niż jazda Pendolino.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojtek Mazolewski – Chaos pełen idei

wojtek-mazolewski-chaos-pelen-idei-b-iext45139747

Drugiego takiego jazzmana na polskim podwórku jak Wojtek Mazolewski nie ma. Kontrabasista oraz lider Pink Freud, Wojtek Mazolewski Quintet tym razem postanowił zadziałać na własną rękę w swoim pierwszym solowym albumie, gdzie miesza wszystko, co się da i pozapraszał armię gości, co bardzo mocno oddaje tytuł albumu.

Na czym polega chaos? Że mamy tutaj mieszankę jazzu (parę razy w utwory wpleciono kompozycje Mazolewskiego z w/w grup), rocka, popu i muzyki alternatywnej, co też wynika z udziału gości (m.in. Natalia Przybysz, Justyna Święs, Piotr Zioła, Ania Rusowicz, Misi Furtak czy Wojciech Waglewski), którzy udzielają się wokalnie. Ale na początek dostajemy wiele oryginalny piosenek jak skoczne „Organizmy piękne”, gdzie płynna melodia przeskakuje z fortepianu na trąbki czy gitarowy „Kolor czerwieni”, gdzie nie zabrakło krótkich (ale głośnych) wejść dęciaków. Osobiście świetny był cover „White Rabbit” Jefferson Airplane idący w psychodeliczno-orientalne klimaty (dęciaki i klawisze), gdzie idealnie wpasowała się Ania Rusowicz. Między piosenkami pojawiają się sporadyczne utwory instrumentalne, gdzie muzycy grają bardzo ciekawie (krótki, lecz prześliczny „Świt” czy czarujący perkusjonaliami „L.A.S.”).

Ale to właśnie fuzje i sklejki dwóch utworów zrobiły na mnie największe wrażenie. Polega to na tym, że mamy podkład od Mazolewskiego oraz wokal i tekst zaproszonego gościa. Pierwsza to bardzo stonowany „Angel of the Morning” połączony z „Bangkokiem”, gdzie śpiewa Natalia Przybysz. Dalej jest „Gdybym” z „Get Free” (wolny, przyjemny, niemal „letni” jazz), które brzmi co najmniej intrygująco, zwłaszcza gdy pod koniec dochodzi do ostrego ataku gitarowego, prawdziwa petarda w postaci „Twoi idole/Bombtrack” z udziałem Vienia oraz mocniej uderzającym duetem fortepian/perkusja, a także „skreczującym” (nie wiem, jak to inaczej nazwać) saksofonem czy sklejająca „Heart shared box” Nirvany z „Love at First Sign” (bardzo delikatny głos Misi Furtak).

W zasadzie można oskarżyć Mazolewskiego, że nie jest zdecydowany w jakim kierunku pójść, a „Chaos pełen idei” jest rzeczywiście chaotyczny i niespójny. Dla mnie jednak to wydawnictwo przypomina kosz z łakociami, gdzie można sobie wybrać coś dla siebie. A wszystko jedynie postać kompozytora, sklejającego w całość różne oblicza muzyki jazzowej, nie bojąc się także grać z innymi gatunkami, co jest zawsze fajne. Doceniam pomysłowość oraz różne twarze tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Voo Voo – 7

7%20NEON%20OK%C5%81ADKA

Drugiego takiego zespołu jak Voo Voo na naszej scenie nie ma. Mieszanka rocka, jazzu, folku oraz nawet etnicznych śladów to w przypadku kapeli Wojciecha Waglewskiego dzień powszedni. Teraz jednak na swoim nowym albumie „7” grupa idzie w kompletnie zapomnianym kierunku.

Jest tutaj siedem utworów, a każdy opisuje dany dzień tygodnia zaczynając od „Środy”, a kończąc na „Wtorku”. Co jest nietypowe w przypadku tego wydawnictwa? Dwie rzeczy: czas trwania utworów (najkrótszy ma nieco ponad 5 minut) oraz oparcie na improwizacji. Każdy z członków grupy ma swoje pięć minut, gdzie może pokazać, co potrafi zrobić ze swoim instrumentem, ale pojawiają się dość nieoczywiste fragmenty (bardzo oszczędny fortepian, smyczki i dzwon w „Środzie”, gdzie nakładają na siebie gitary) i dla wielu ten album może wydać się zbyt surowy czy monotonny jak „Czwartek”, gdzie wszystko snuje się z prędkością jeża niosącego półtonowy odważnik. Zarówno gitara, saksofon są w tle dla kontrabasu oraz bardzo minimalistycznej perkusji, by pod koniec uderzyć wręcz psychodelicznie. Bardziej żywiołowo (co jest zasługą skrzypiec i saksofonu) robi się w „Piątku”, który ma w sobie potencjał na rozruszanie towarzystwa.

„Sobota” bardziej przypomina popis muzyki klasycznej, co pewnie jest spowodowane gitarą bardziej brzmiącą jak harfa, co w połączeniu z zapętlonymi dęciakami drewnianymi oraz kobiecą wokalizą wspartą przez fortepian, tworzy niesamowitą kombinację. Tak samo jak żwawa „Niedziela”, gdzie swoje robi przede wszystkim perkusja oraz bardziej płynący saksofon. Ale gdy dojdzie do tego wszystkiego riff gitary, to wszystko staje się lepsze. Senność (w cudzysłowie) wraca w „Poniedziałku”, gdzie na początek dostajemy kotły, jazzową perkusję oraz bardziej oniryczne riffy gitarowe. A całość wieńczy niemal etniczny (te wokale w tle) „Wtorek” z epickim finałem w postaci zapętlonego fortepianu, chóralnego zaśpiewu oraz agresywniejszego saksofonu niczym echo odbijającego się od wszystkich.

Sam Wagiel wokalnie pojawia się dość rzadko, ale stawia tutaj na jakość niż ilość. Jest bardziej refleksyjny niż kiedykolwiek opowiadając o przemijaniu, samotności, stanie ducha. Każdy dzień to jakby inna, krótka opowieść, której sens każdy odczyta sam. Teksty jednak są drobnymi wstawkami przed popisami muzyków, którzy pozwalają sobie na wiele. Nie jest to album dla wszystkich, a wielu może nie wytrzymać (pozornie) spokojnego tempa. Jednak z każdym odsłuchem tylko zyskuje.

8/10

Radosław Ostrowski

Kenny Garrett – Do Your Dance!

kenny-garrett-do-your-dance

Dawno nie było albumu z muzyką jazzową. Czyżby twórcy tego nurtu muzycznego przestali robić dobre rzeczy czy po prostu ja nie miałem szczęścia trafić na taką ciekawą płytę? Chyba to drugie, ale jak wiadomo, pewne rzeczy muszą w końcu się zmienić. Tym razem sprawcą zamieszania jest saksofonista z Detroit Kenny Garrett, grający tzw. hard bop. Zaprosił doświadczonych kumpli (m.in. perkusista Rudy Bird, pianista Vendell Brown Jr., raper Mista Enz czy basista Corcoran Hotl) i zrobił coś, co chyba miało być do tańca. Przynajmniej to sugeruje tytuł.

Początek to długie (ponad 8-minutowe) „Philly” zaczynające się od spokojnego, by nie rzec usypiającego fortepianu, ale po minucie dołączą płynący saksofon z dynamiczną perkusją, by przyspieszyć całą imprezę, pędząc niemal na złamanie karku. A dwie minuty przed końcem miejsce saksofonu zajmuje fortepian. Klasyczne, wręcz swingujące jest w „Backyard Groove”, gdzie wszystkie instrumenty zgrywają się ze sobą, a przewodzi saksofon z fortepianem, prowadząc dźwiękowy taniec. Flirt z ziomami jest napędem do „Whitegrass Shot (Straight to the Head)” z mrocznym, nisko grającym fortepianem na pierwszym planie oraz równie niziutkim saksofonem, ubarwiając całość perkusjonaliami. Znakomite, by potem rozmarzyć się w „Bossa” – takiej przyjemnej bossanovie oraz tytułowym, bardzo tanecznym utworze, by na koniec dać krótką rapowaną wstawkę.

Zabawa jednak trwa dalej, gdyż wchodzi niczym burza „Calypso Heart” z brylującym fortepianem oraz fikuśnymi perkusjonaliami, przenoszącymi nas na Karaiby. Bardziej melancholijnie się robi na początku „Waltz (3 Sisters)”, gdzie coraz intensywniej zaczyna wybijać się perkusja. Mroczniej  robi się przy „Persian Steps”, dodając odrobinę Orientu (flety) oraz odrobiny noirowego sznytu. Napięcie jest tu prowadzone pierwszorzędnie i parę razy włos może zjeżyć, by na finał załagodzić atmosferę w klasycznym „Chasing the Wind”.

Garrett nie odkrywa jazzu na nowo, ale sprawia wielką frajdę melomanom, będąc wiernym klasycznym formom i jednocześnie parę razy zaskakuje. Jest silna chemia między muzykami i czuć, ze tworzenie tej płyty było wielką frajdą, a nie tylko pracą. To w tej muzyce jest bardzo dużo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wendy Lands – Władysław Szpilman – piosenki

szpilman - piosenki

Kanadyjska wokalistka jazzowa Wendy Lands od wielu lat skupiła uwagę swoich rodaków. W 2002 roku wydała album z utworami Władysława Szpilmana śpiewanymi po angielsku. Teraz wyszła reedycja tego wydawnictwa, dokonana przez Polskie Radio ubrana w prostszy i łatwiejszy do zapamiętania tytuł „Władysław Szpilman – piosenki”.

Nie dodano niczego nowego, tylko te same utwory, co 15 lat temu, ale nareszcie trafiają do naszego podwórka. I jest to zestaw bardzo stonowany, liryczny i ciepły. To właśnie gitara, a nie fortepian dominuje na całym wydawnictwie. Czy to w lirycznym „Fall in Love Again”, przypominającym bossa novę „Turn Away”. I wtedy następuje wolta w stronę country pod postacią „I Wish You’d Ask to Dance With Me”, gdzie pojawiają się smyczki i akustyczna gitara, jednak nie wywołuje to irytacji. Równie czarujące jest „Dancing with Antonio”, gdzie najbardziej pamięta się solówkę gitary i smyczka czy z przebijającą się niczym echo gitarą elektryczną w „Someday We Will Love Again”.

Piosenki są naprawdę ładne i przyjemnie zaaranżowane, chociaż można odnieść wrażenie pewnej monotonii. Dominacja gitary akustycznej oraz sekcji rytmicznej robiącej za tło jest bardzo silna, dlatego wszelkie dodatki są mile widziane. I nie ważne czy to „westernowa” gitara elektryczna („True and Tender”), troszkę ożywiony kontrabas („Smoke and Mirrors”), odrobinę popowa perkusja („My Memories of You”) czy fortepian („Hold Me a Moment”).

Sama Wendy ma bardzo delikatny i ciepły głos, budzący skojarzenia z Norą Jones, pasując do całości tego wydawnictwa. Trzeba przyznać, że takie wersje utworów Szpilmana mogą się podobać fanom jazzu. Lekko zaśpiewane, klimatyczne dzieło, pasujące idealnie do obecnej aury.

7/10

Radosław Ostrowski

Gaby Moreno – Illusion

ilusion

Dla wielu osób ta wokalistka pozostaje postacią anonimową. Gaby Moreno ma 35 lat i pochodzi z Gwatemali, śpiewając jazzu zmieszanego z soulem, a jej płyty rzadko były wydawane poza ojczyzną. Po raz pierwszy usłyszałem o niej 3 lata temu, gdy zaśpiewała na płycie „Didn’t It Rain” Hugh Lauriego. I teraz trafiła mi do rąk najnowsza płyta.

„Illusion” to album bardzo staroświecki w brzmieniu materiał, co daje się odczuć już w otwierającym całość „Nobody To Love” z eleganckim fortepianem, stonowaną gitara oraz organami. Nie zabrakło miejsca dla klasycznego, pianistycznego bluesa („Pale Bright Lights”), przyjemnego soulu w starym stylu („Love Is Gone”), country (śpiewane po hiszpańsku „Maldicion,  Bendicion” oraz „Fronteras” z pluskającymi smyczkami w tle). Czyli rozrzut jest tutaj spory. Wszystko broni się dzięki aranżacjom oraz instrumentom tak pięknie uzupełniającymi się ze sobą: mandolina z fortepianem i skrzypcami w „O, Me” przypomina troszkę Russian Red, gwałtowniejszy fortepianowy wstęp w rozmarzonym „Aldous”, nostalgiczna „Hermana Rosetta” z zapętloną gitarą i minimalistyczną perkusją czy saksofon w „Solemncholy”. Wszystko to tworzy bardzo przyjemną oprawę, chociaż nie mamy tutaj niczego nowego.

Sama Gaby ma wokal eteryczny, wręcz dziewczęcy, ale potrafi pójść tak ekspresyjnie, że nawet się tego nie spodziewacie (brawurowa „La Malaguena”). I to wystarczy, by miło spędzić czas w towarzystwie panny z Gwatemali.

7/10

Radosław Ostrowski

Monika Borzym – Back To The Garden

Borzym-mala-plytka

Monika Borzym już swoimi dwoma poprzednimi płytami zwróciła uwagę fanów śpiewanego jazzu, wnosząc nie tylko świeżość, ale poziom jaki dla wielu tak młodych wokalistek wydaje się nieosiągalny. Trzeci album tylko to potwierdza, chociaż wiele osób może zacząć marudzić. Dlaczego?

Tym razem Monika postanowiła się zmierzyć ze swoją idolką – Joni Mitchell. Tą amerykańską wokalistkę folkowo-gitarową przerabiało tysiące wykonawców (ostatnio na naszym podwórku zrobiła to Martyna Jakubowicz trzy lata temu). Więc czemu akurat ta wokalistka stała się bohaterką nowej płyty? Jak mówi sama Borzym: Ta płyta to wyraz buntu przeciw temu co dzieje się na dzisiejszym rynku muzycznym. Obecnie dominuje nań produkcja i elektronika i wszystko wydaje mi się zunifikowane (…). Dla mnie muzyka jest nośnikiem rzeczy mądrych i pięknych. Jest świętem. (…) Wybrałam piosenki z pierwszych siedmiu lat twórczości Joni (1967-1975) czyli z okresu pomiędzy jej 25 a 32 rokiem życia. Jestem teraz w tym samym wieku, w którym Joni była po premierze swojej pierwszej płyty. To czas kiedy dziewczyna przeradza się w kobietę. Bardzo silnie odczuwam tę przemianę odnotowując w swoim śpiewaniu subtelność i nostalgię przed którą przez ostatnie 3 lata próbowałam się bronić. Poważna deklaracja, prawda? I nie jest to czcza gadanina.

Od strony producenckiej za materiał odpowiada Devin Greenwood znany ze współpracy z Norą Jones i Melody Gardot. Samo brzmienie jest mocno niedzisiejsze, ale o to też chodziło. Delikatność miesza się z elegancją oraz stylem, co już czuć w otwierającym całość „Edith and the Kingpin”, gdzie wykazuje się trąbka wspierana przez klasyczną jazzową sekcję rytmiczną, a także gitarą akustyczną. „Rainy Night Mouse” skręca bardziej w stronę bossa novy, a bardzo oszczędna perkusja tworzy magiczną aurę (to chyba to klaskanie w tle tak działa). Żywiej robi się przy „This Flight Tonight”, gdzie wyróżnia się niemal orientalna perkusja, kontrastowana przez zadziorniejsze smyczki oraz  „Big Yellow Taxi”, którego aranżacja uczyniła utwór nie do rozpoznania.

Kiedy wydaje się, ze wszystko przyspieszy, wracamy do wręcz folkowego entourage’u dzięki stonowanemu „Song to a Seagull”, gdzie słyszymy tylko gitarę wspartą przez mroczniejszy smyczek. Oniryczne i cudowne jest jeszcze „Circle Game” z oszczędną perkusją oraz fletami w tle, a także przy podobnie wygranym „Jungle Line”. Wracamy do jazzu w bujającym „Cold Blue Steel and Sweet Fire” (ten leciutki saksofon i akustyczna gitara) oraz akustycznym „River” (akurat ta wersja najmniej mi się podobała), by na sam koniec rozkręcić cała imprezę „Woodstock”, gdzie znowu dominuje gitara (tym razem elektryczna), a także hipisowski, wręcz indiański zaśpiew między refrenami.

„Back To The Garden” potwierdza, że na naszym podwórku robi się coraz ciekawiej, a jeśli jeszcze jakimś cudem nie trafiliście na Monikę Borzym, to po tej płycie zapamiętacie ją na dłużej. Tylko jeden utwór jest zwiędłym kwiatem na tym prześlicznym ogrodzie, ale na szczęście można go wyciąć (czytaj: przewinąć dalej), by jeszcze bardziej zachwycić się tą przepiękną zawartością.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Madeleine Peyroux – Secular Hymns

okładka

W tym roku 20-lecie pracy artystycznej świętowała kanadyjska wokalistka oraz gitarzystka jazzowa Madeleine Peyroux. A nic nie sprzyja takim jubileuszom jak wydanie nowego albumu. Kolejny raz wspierana przez gitarzystę Jona Heringtona oraz basistę Baraka Moriego zmierzyła się z piosenkami niewłasnego autorstwa.

Same pieśni brzmią bardzo różnorodnie, a skromne aranżacje tworzą spójny klimat. Zaczyna się od pachnącego latami 50. bujającym „Got You on My Mind”, gdzie swoje robi kontrabas oraz delikatna gitara. Następne w kolejce jest tango „Tango Till They’re Sore”, prowadzona przez wiolonczelę, a także przez mandolinę doskakującą w połowie. Spokój wraca z gitarowym „The Highway Kind”, by zaskoczyć z przeplatanymi głosami, delikatnie żwawszym „Everything I Do Gonah Be Funky” oraz „If The Sea Was Whiskey” z wyraźniejszą obecnością gitary elektrycznej.

Ta przeplatanka nastrojów i emocji działa dobrze, a takie piosenki jak „Hard Times Come Again No More” (bardziej refleksyjna gitara, a także zaśpiew w refrenie) czy gitarowy blues „Shout Sister Shout” zostaną w pamięci na długo. Sam głos pani Peyroux to coś między delikatnością Stacey Kent a zmysłowością klasyków gatunku pokroju Elli Fitzgerald. Jest bardzo delikatnie, ale nie przelotnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Day Breaks

NorahJonesDayBreaks

Powiem wprost: uwielbiam Norę Jones i na każdą jej płytę czekam z dużym oczekiwaniem. Po trzech latach przerwy wokalistka wraca z nowym materiałem. „Day Breaks” jest klasycznym jazzem, przypominającym grę w starych knajpach sprzed wielu dekad. Spokojne, delikatne dźwięki fortepianu wspierane przez perkusję i kontrabas tworzą świeżą jakość, co jest pewnym paradoksem.

I takim spokojem zaczyna się „Burn” – wybija się tutaj kontrabas i minimalistyczna perkusja, by w połowie zrobić miejsce dla saksofonu, ożywiając się pod koniec. Bogatsze instrumentarium jest w „Tragedy”, gdzie pojawia się klasyczny, niezawodny Hammond, dynamiczniej jest w lekko funkowym „Flipside” z rytmicznym basem oraz krótkim riffem gitarowym (końcówka rewelacyjna). Zwiewnie i klasycznie jest w oldskulowym „It’s A Wonderful Time For Love” oraz melancholijnym, oszczędnym „And Then There Was You”. Przełamaniem jest tytułowy utwór, gdzie mocniej swoją obecność zaznacza gitara elektryczna (wyciszona i spokojniutka) oraz smyczki z saksofonem.

Skoczna perkusja (niemal cyrkowe werble) wspierają kontrabas z fortepianem w lekkim niczym piórko „Once I Had a Laugh” ze świetną sekcją dętą. Podobnie buja singlowe „Carry On” oraz tajemnicze „Sleeping Wild”.

Artystka wykonuje jeszcze trzy covery i to dość nieoczywiste: „Don’t Be Denied” Neila Younga brzmi bardziej melancholijnie (mocniej wybrzmiewa zgrana gitara z pianinem między zwrotkami). Drugi w tym składzie jest „Peace” od Horace’a Silvera – bardziej klasyczny jazz z długim wstępem pianistycznym oraz popisem saksofonu pod koniec. I na sam finał kompozycja samego Duke’a Ellingtona „Fleurette Africane”.

Sama Norah nie zmieniła swojego głosu i dalej krąży wokół jazzowo-popowego świata. Nadal brzmi uroczo, a teksty opowiadające o tym, co zawsze, nie wywołują irytacji ani nie brzmią banalnie. „Day Breaks” jest taką jesienną płytą – wyciszoną, bez ostrych i gwałtownych fajerwerków, ale też bardzo kojąca i bez żadnego słabego numeru. Czy muszę was namawiać?

8,5/10

Radosław Ostrowski

Lucy Woodward – Til They Bang On The Door

005557658_500

Ta urodzona w Londynie amerykańska wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów zgrabnie balansuje w brzmieniach między popem a r’n’b. Teraz wraca do tego pierwszego, zahaczając o jazz w swoim nowym, czwartym albumie.

Zaczyna się od monotonnie grających, pojedynczych dźwięków trąbek w „Ladykiller”, który po minucie nabiera rumieńców, co jest zasługą zadziorniejszej gitary elektrycznej oraz sekcji rytmicznej, dającej do pieca. Singlowy „Kiss Me Mister Histrionics” pachnie popem lat 80., co czuć w uderzeniach perkusji, funkowemu basowi oraz elektronice. Buja to przyjemnie, a męskie wokale w tle przypominają troszkę Prince’a. Bliżej naszych czasów jest minimalistyczny „Be My Husband” (cover Niny Simone) z gościnnym udziałem Everetta Bradleya oraz sporadycznymi wejściami Hammoda. To jednak jedyny taki wyskok, bo reszta tak pachnie starym stylem, że zanurzenie się w nim jest nieuniknione.

„I Don’t Know” to skok w lata 70., gdzie mamy tutaj bujającą gitarkę, skoczny fortepian i niemal gospelowy chór. Bardziej mroczne (przynajmniej na początku) jest „Too Hot To Last”, gdzie same dęciaki budzą niepokój, a co dopiero dołączone klawisze oraz perkusja (poprzedzone to krótkim „Interlude: Hush”), by uspokoić się walcem „Never Enough” zagrane na gitarach, by w połowie skręcić w bardziej oniryczne klimaty (dziwaczne smyki, trąbki i akordeon), a następnie podkręcić tempo rytmicznym „Live Live Live” pachnącym żywszym wcieleniem r’n’b (perkusja niczym bit hip-hopowy) oraz bardziej horrorowym środkiem – ten klawesyn, kotły i chór!!!. Wszystko się wycisza w nastrojowym „Free Spirit” rozegranym tylko na głos Lucy oraz fortepian.

I na sam koniec dostajemy dwa najlepsze numery – „If This Was a Movie” ma w sobie odrobinę mroku, dzięki Hammondom oraz pulsującym klawiszom, ale gdy wchodzi gitara robi się naprawdę ciekawie. Kompletnym zaskoczeniem jest finałowy „The World We Knew (Over and Over)” z kwartetem smyczkowym na przodzie. W wersji deluxe są jeszcze umieszczone dwa utwory w wersji koncertowej nagrane z zespołem Snarky Puppy, z którym Woodward współpracuje od lat i dorównują temu, co słyszymy na płycie.

Jeśli czujecie potrzebę rozgrzania się po chłodnym i zimnym dniu, to „Til They Bang On The Door” jest odpowiednim towarzystwem na te chwile. Dynamiczny, czarujący i przebojowy ze świetnym wokalem Lucy, potrafiącą być odpowiednio zmysłową, ale i refleksyjną. Prawdziwe czary, nie?

8/10