Kamasi Washington – Heaven & Earth

20180417023241_main

Muzyka jazzowa uważana jest za bardzo hermetyczną muzykę, opartej w sporej części na mieszaninie dźwięków z różnych instrumentów w różnym tempie. Czasem bywa przeładowana dźwiękami, przez co odsłuch doceniają nieliczni. Czy do tej grupy zalicza się saksofonista Kamasi Washington? Jego poprzednie dzieło (trójpłytowy album “The Epic”) wywołało spore zamieszane, a muzyk tym razem postanowił wyciszyć swoje ambicje, tworząc zaledwie dwupłytowy “Heaven and Earth”, gdzie wsparli go starzy kumple  ze składu Next Step (basiści Miles Mosley i Stephen “Thundercat” Bruner, perkusiści Robert Bruner Jr. i Tony Austin, puzonista Cameron Graves, klawiszowiec Brandon Coleman oraz wokalistka Patrice Quinn), a także orkiestra z chórem. Innymi słowy, jest na bogato.

I tą moc czuć w otwierającym pierwszy album “Fists of Fury”, gdzie dęciaki ze smyczkami tworzą wręcz epickie dzieło. A kiedy wchodzą klawisze z perkusją oraz chór, to nie ma zmiłuj. Tutaj też wybija się dynamiczna gra na fortepianie oraz popis saksofonowy samego gospodarza, a także śpiew na początku oraz końcu. Znacznie spokojniej zaczyna się “Can You Here Him”, wręcz bujając samym rytmem oraz powoli nakładającymi się instrumentami (a także wokalizami), dodając do pięknego współgrania dęciaków ze sobą, a także solówki na klawiszach jakby żywcem wziętych z dyskotekowych lat 70., wznosząc całość w iście psychodeliczne rewiry. Troszkę egzotyki dodaje cudny “Hub-Tones” z fantastycznie grającymi dęciakami (wręcz rozbrykanymi) oraz bardziej wyciszone “Connections” z “falującymi” smyczkami, przyjemnymi wokalizami oraz popisem klawiszowo-kontrabasowo-dętym. Mimo, że utwory są bardzo długie (najkrótszy trwa ponad 5 minut), to nie ma tutaj miejsca ani na nudę ani rozwlekłość. Nawet jeśli pojawia się dźwiękowy chaos i jazgot (początek fuzyjnego “The Invincible Youth” I jego koniec, gdzie puszczono instrumenty od tyłu), jest tylko krótkim epizodem do kolejnych popisów instrumentalnych.

Z drugiej płyty największe wrażenie robi wręcz kosmiczny w formie “The Space Travellers Lullaby” z przepięknymi smyczkami oraz oszczędnym fortepianem osiągający wręcz spektakularne brzmienie, by w finale zakończyć całość solówką Kamasiego. Ale po drodze są jeszcze okraszone “karaibskimi” klimatami “Vi Lua Vi Sol”, bardzo rytmiczny i funkowy “Street Fighter Mas” czy rozpędzający się w środku “Song for the Fallen”.

I te dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Sam Kamasi czaruje swoją grą przechodząc od spokojniejszych po bardziej agresywne solówki. A mimo rozmachu aranżacyjnego całość jest bardzo przystępna dla zwykłego zjadacza chleba, co dla wielu będzie ogromnym plusem. Rzeczywiście czułem się jakbym odwiedzał niebo i ziemię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s