Jef Costello jest płatnym zabójcą, który mieszka sam (nie licząc ptaszka w klatce). Dostaje kolejne zlecenie i realizuje je – zabicie właściciela nocnego lokalu w Paryżu. Ale mężczyzna zostaje jednak aresztowany i potem wypuszczony. Mocodawcy Costello są jednak zaniepokojeni tym faktem i próbują go usunąć, co nie udaje się. Zabójca postanawia sam dorwać swoich mocodawców.

Jean-Pierre Melville – to nazwisko miłośnikom gatunkowego kina europejskiego mówi wiele. Choć rozgłos przyniósł mu fil „W kręgu zła”, nakręcony trzy lata wcześniej „Samuraj” pozostaje utrzymany w tej samej stylistyce reżysera – oszczędność dialogów, ascetyczna forma i powolne budowanie napięcie w oparciu o konsekwencje działań. Także tutaj reżyser stawia bardziej na fatalistyczną atmosferę, celebrację detalu oraz parę momentów zaskoczenia. I jak zwykle mamy tutaj archetyp milczącego twardziela, która działa niż mówi (tego typu bohater nadal trzyma się dobrze, co pokazuje, m.in. „Drive”). Może i fabuła jest dość prosta, ale sposób realizacji jednak intryguje aż do samego końca. Wiele scen zapada mocno w pamięć (m.in. zamontowanie podsłuchu w domu Jefa i wykrycie go czy konfrontacja w komisariacie), a i parę drobnych nieścisłości się znajdzie (chodzący w zasadzie w tym samym ubraniu główny bohater), ale to są naprawdę drobiazgi, nie psujące przyjemności z oglądania. Ważną rolę tutaj odgrywa dźwięk, subtelna muzyka, zaś same sceny przemocy są krótkie, ale gwałtowne.
Ale to wszystko nie miałoby racji bytu, gdyby nie bardzo oszczędna rola Alaina Delona – bardzo powściągliwa postać cyngla, który trzyma się swoich zasad. Samotny, zamknięty w sobie facet, o którym nie wiemy praktycznie nic. Równie przekonujący jest Francois Perier w roli dociekliwego komisarza oraz Cathy Rosier, czyli pianistka.

„Samuraj” to bardzo interesujący i precyzyjny kryminał Melville’a. Może mało dynamiczny, ale jednak trzyma w napięciu i zostaje w pamięci na długo.
8/10
Radosław Ostrowski
