Kruk. Czorny Woron nie śpi

Komisarz Adam Kruk wraca do Białegostoku. Tym razem zabiera ze sobą żonę oraz synka, a jego przeciwnikiem jest mafia papierosowa z Katowic. Działa gdzieś nielegalna fabryka kierowana przez „Ruskiego” oraz jego prawą rękę, Rudego. Ci cały czas pozostają nieuchwytni, zaś próba znalezienia tego miejsca kończy się strzelaniną oraz znalezieniem wisielca. Jak się okazuje był z konkurencji, czyli braci Kleosin. Jakby było tego mało, ktoś w okolicy morduje kobiety rudowłose, a sam komisarz zaczyna mieć problemy z opanowaniem swojego gniewu. I to mocno może odbić się na prowadzonym dochodzeniu.

kruk2-1

„Czorny Woron nie śpi” – taki podtytuł nosi druga seria produkcji reżysera Macieja Pieprzycy i scenarzysty Jakuba Korolczuka. Pierwsza seria skupiała się zarówno na śledztwie Kruka (porwanie syna lokalnego biznesmena) jak i pokazaniu mocno traumatycznej przeszłości policjanta. Jego obecnych demonach, czekających na moment przebudzenia. Osadzenie akcji w Białymstoku i wszczepienie elementów lokalnego folkloru (postać Szeptuchy) była dużym powiewem świeżości w zbyt znajomym gatunku. Tutaj nie tylko skala jest inna, lecz twórcy bardzo mocno zmieniają akcenty. I z tego powodu ten sezon wydaje się bardzo… odmienny od poprzednika.

kruk2-2

Po pierwsze, jest tutaj więcej wątków pobocznych, przez co postać Kruka (Michał Żurawski) nie jest aż tak mocno eksplorowana. Co nie znaczy, że nie poznajemy go lepiej, jednak jego problemy zostają zepchnięte na dalszy plan. Zamiast tego więcej czasu mają zarówno gangsterzy i ich rozgrywki, spotkania Kruka z Szeptuchą czy bardzo wycofana Klaudia (intrygująca Maria Sobocińska), mieszkająca z bratem (Hubert Miłkowski). Ten ostatni wątek początkowo sprawiał wrażenie jakby wyrwanego z innej opowieści i zbędnego, ALE to wszystko zaczyna się łączyć w spójną całość.

kruk2-4

Po drugie, jak w poprzedniku pojawiają się retrospekcje, lecz nie dotyczą (bezpośrednio) postaci Kruka. One są związane z nową postacią – komisarz Justyną Ataman (Magdalena Koleśnik). Ta młoda i ambitna policjantka wydaje się najciekawszą postacią z intrygującą tajemnicą. Nie zdradzę o co chodzi, ale to rozwiązanie wywraca wszystko do góry nogami. Pojawia się w połowie serialu, a potem zaczynamy widzieć więcej niepokojących rzeczy. Zaś zakończenie jest szokujące, nagłe i brutalne, będące podbudową do serii trzeciej.

kruk2-3

Jest równie mrocznie jak w poprzedniku, lepiej dźwiękowo i brutalniej, aczkolwiek mam zastrzeżenia do zdjęć. Nie chodzi o bardzo ciemne ujęcia w nocy (zwłaszcza na początku), z mocno ograniczonym oświetleniem, lecz nawet w scenach dziennych pojawiają się czarne obszary. Głównie na rogach czy na górze i nie wiem z czego to wynika. Ale to kompletnie nie przypomina estetyki z pierwszej serii, co wybijało mnie z rytmu. Nie wiem, czy w następnej serii też tak to będzie wizualnie wyglądać, jedno mogę powiedzieć na pewno: nie pasuje mi to.

kruk2-5

Aktorsko na szczęście jest więcej niż dobrze. Michał Żurawski wydaje się skrojony do tej postaci, balansując jego jasną i ciemną stronę (Mocy), wnikliwą analizę śledczego oraz skrywane w nim demony. Świetnie wypadają także Magdalena Koleśnik (Justyna) oraz Tomasz Włosok (Rudy) – ta pierwsza może wydawać się troszkę całkiem sympatyczna, ale to wszystko fasada. Bo okazuje się kimś o wiele bardziej złożoną osobą, której nie warto lekceważyć. Włosok z kolei coraz bardziej zaczyna działać jak młody leszcz, co chce zostać wielką rybą. A to oznacza przekroczenie kolejnych granic, łącznie z morderstwem i to pokazuje wręcz bezbłędnie. Z nowych postaci solidnie prezentuje się Zbigniew Stryj (komendant Bogdanowicz), Leszek Lichota (komisarz Kołecki) i Barbara Jonak (policjantka Marzena), jednak nie mogę nie wspomnieć Marii Sobocińskiej. Jej Klaudia jest bardzo wycofana, dziwna i wywołuje pewien podskórny niepokój (być może przez te duże oczy), skrywając bardzo mroczną, niewyleczoną traumę. Pod tym względem jest podobna do Kruka, lecz finał jej historii nie kończy się zbyt dobrze.

kruk2-6

„Czorny Woron nie śpi” i czeka na finał tej mrocznej opowieści. Mniej jest tego psychologicznego wejścia w skórę Kruka oraz tego specyficznego klimatu, a więcej akcji i skomplikowanej intrygi. Gdzieś tu zabrakło równowagi, ale być może zostanie to naprostowane. To jednak jest temat na osobną opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Podejrzana

Chan-wook Park jest obecnie jednym z popularniejszych koreańskich reżyserów. I jak każdy twórca z tego kraju miesza różne gatunki w jeden film. Nie inaczej jest z jego najnowszym dziełem – „Podejrzaną, która jest mariażem romansu z… kryminałem. Ale jak można taką opowieść połączyć?

Wszystko zaczyna się w Puisan, gdzie zostaje znalezione ciało. Ofiarą jest mężczyzna – emerytowany urzędnik imigracyjny, zamiłowany alpinista. Ślady na ciele wskazują, że spadł z góry i nic nie sugeruje innej opcji. Jednak prowadzący sprawę detektyw Hae-joon (Hae-li Park) decyduje się przesłuchać żonę (Wei Tang) – o wiele młodszą od denata, w dodatku Chinkę. Jej koreański jest całkiem niezły, jednak jej zachowanie budzi podejrzenia. Niestety, ale kobieta o imieniu See-rae ma alibi, gdyż w porze morderstwa pracowała jako opiekunka starszych pań. Więc nie mogła być w to zamieszana. Niemniej śledczy ma wątpliwości i dalej prowadzi sprawę. Tylko czy jest jakaś sprawa?

podejrzana2

Reżyser bardzo miesza kryminalną intrygę z elementami kina noir. Bo mamy detektywa (cierpi na bezsenność), mroczną tajemnicę oraz kobietę po przejściach. I możliwe, że ma schowane kilka trupów w szafie. Ale trudno oderwać od niej wzrok i ciężko ją rozgryźć. Początkowo nie wiadomo kto kogo tak naprawdę chce przechytrzyć? A każda poszlaka wydaje się niejednoznaczna, gdzie są przynajmniej dwie możliwości. I reżyser niemal przez połowę filmu podpuszcza, podrzucając parę pobocznych wątków (żona policjanta, śledztwo w sprawie ściganego bandyty), pozornie wydających się zbędnymi zapychaczami. Albo momentami rozluźnienia (jak w „Szale” Hitchcocka). Park cały czas podpuszcza, bawiąc się (jak to on) montażem w tak kreatywny sposób, że nie można wyjść z podziwu. Choćby podczas scen obserwacji podejrzanej, gdzie detektyw nagle znajduje się… w środku mieszkania. Albo powtarzając pewne sceny, ale z innej perspektywy, rzucając nowe światło.

podejrzana1

Jednak pod tym wszystkim skrywa się historia niebezpiecznej relacji, mogącej pogrążyć detektywa i skazanej na przegraną. Dlaczego? Nie chodzi o różnice językowe czy kulturowe, tylko ukryte emocje oraz uczucie skryte pod niemal kamiennymi twarzami. Fascynacja, skrywana tajemnica, być może manipulacja, podstęp i obsesja. To wszystko jest rozgrywane niczym partia szachów i w połowie filmu mamy wyjaśnienie sprawy. ALE po tym zdarzeniu film niejako zaczyna się od nowa. Detektyw trafia do nowego miejsca, gdzie próbuje poradzić sobie z bezsennością. No i zgadnijcie, co się wydarza? Morderstwo, a żoną ofiary jest… jak myślicie? Ktoś tu z naszej dwójki drwi, jednak czy tym razem kobieta może być zamieszana w tą sprawę? Rozwiązanie mnie bardzo zaskoczyło, a Park potrafi trzymać w napięciu do końca. Mocnego końca.

podejrzana3

Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo wszystko jest na poziomie, do którego Koreańczyk nas przyzwyczaił. Jednak ten film by nie wciągnął, gdyby nie nasz duet. Hae-li Park świetnie się sprawdza jako detektyw z bezsennością. Wydaje się bardzo opanowany, skupiony i podchodzący do sprawy wręcz analitycznie. Ale im dalej w las, tym coraz bardziej ta fasada zaczyna się rozpadać. Wszystko zarysowane bardzo delikatnie, jakimiś mikrospojrzeniami, tonem głosu. Ale tak naprawdę film kradnie magnetyzująca Wei Tang (pamiętacie taki film „Ostrożnie, pożądanie”?), czyli będąca poniekąd femme fatale See-rae. Jak oderwać wzrok od tych oczu, tej twarzy? Jest w tej postaci coś tajemniczego, fascynującego i budzącego pewną nieufność. Ale nadal wszystko trzymane jest w ryzach, przez co trzeba przyglądać uważnie.

podejrzana4

„Podejrzana” nie powaliła i nie złapała mnie za haczyk jak „Służąca”, jednak to nadal świetnie wyreżyserowany, wciągający thriller. Bardziej od zagadki reżysera interesuje nastrój i klimat, co może wielu złapać albo odrzucić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prorok

Kino więzienne stało się w zasadzie gatunkiem samym w sobie. Trudno wymyślić co nowego w historiach u człowieku, który musi się odnaleźć w brutalnym, bezwzględnym świecie. Tutaj liczy się przetrwanie, dla którego można posunąć się do rzeczy, jakich nikt by w sobie nie podejrzewał. „Prorok” wydaje się wpisywać w ten schemat, ale Jacques Audiard tylko pozornie podąża znajomymi ścieżkami.

prorok1

Bohaterem „Proroka” jest Malik (Tahar Rahim) – 19-latek algierskiego pochodzenia, skazany na 6 lat za pobicie policjanta. Nieczytający, nie za bardzo piśmienny, niepraktykujący muzułmanin. To ostatnie powoduje, że przebywający w więzieniu ziomkowie nie uważają go za swojego. Niejako od razu zostaje postawiony w sytuacji beznadziejnej, a wszystko przez szefa gangu Korsykanów – Cezara Lucianiego (Niels Arestrup) Ten stawia mu warunek: ma zabić jednego z nowych, który ma zeznawać przeciw szefowi Luchianiego albo on zabije Malika. Jeśli to zrobi, będzie pod jego opieką. Jeśli nie, będzie gryzł piach.

prorok2

Audiard miesza tutaj więzienny dramat psychologiczny z kinem gangsterskim, jednak cały czas unosi się duch kina europejskiego. Jest bardzo surowo, bez upiększeń i brutalnie. Tutaj ścierają się cały czas dwa obozy, których nawet więzienne mury nie są w stanie powstrzymać przed prowadzeniem swoich interesów: morderstw, dilerki, rozmów. Gangi trzymają prawdziwą władzę w więzieniu i oni wydają się decydować o losie wszystkich. Malik, początkowo zagubiony, przestraszony oraz traktowany z nieufnością przez obie strony, z czasem zmienia się. I trudno powiedzieć, że to zmiana na lepsze. Jasne, kształci się w więziennej szkole i nadgania, jednocześnie zaczyna coraz bardziej wspinać się w hierarchii aż sam staje się grubą rybą.

prorok3

Niemal cały czas kombinuje on jak zacząć swój interes i znaleźć sposób na usamodzielnienie się. Lawirowanie między obiema grupami potrafi trzymać w napięciu (szczególnie kiedy Malik ma wykonać jakieś zadanie podczas przepustki czy podczas pierwszego morderstwa w celi), cały czas zachowując surowość oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Może się wydawać, że lojalność oraz trzymanie się zasad ma sens, ALE… to nie amerykański film gangsterski. Tu każdy chroni przede wszystkim swoją dupę, czasem za cenę życia innych. Atmosferę potęgują jeszcze zdjęcia, niemal reporterskie, wielokrotnie z ręki. Nawet nadmiar postaci i wątków nie wywołuje aż takiej dezorientacji jakiej się spodziewałem. Jedynym poważnym problemem dla mnie były sceny, gdy nasz bohater widzi ducha zamordowanego więźnia.

prorok4

Całość na swoich barkach ma tak naprawdę dwójka aktorów. Dla Rahima to była pierwsza duża rola i jago zagubiony, zmuszony działać o parę ruchów do przodu Malik wypada świetnie. Bardzo płynnie pokazane jest przejście od niepewnego siebie aż do wyrachowanego, kalkulującego gangstera. Jeszcze lepszy jest Niels Arestrup, czyli Luciani. Budzi respekt od pierwszego wejścia, może sprawiać wrażenie opanowanego i mówiącego bardzo spokojnym głosem, jednak to bardzo doświadczony gracz. Zbyt dobrze zna reguły i staje się dla naszego bohatera mentorem. Ale chyba nawet on nie jest w stanie przewidzieć, że trafi na tak pojętnego ucznia.

„Prorok” jest filmem, który można odczytywać na wiele sposobów. Na tym najprostszym może być opowieścią o przetrwaniu w złowrogim otoczeniu. Może też być pokazaniem przemian społecznych we Francji, gdzie przewija się coraz więcej imigrantów z dawnych kolonii, moralitetem o władzy czy historią dojrzewania i odkrycia swojej narodowo-religijnej tożsamości. Wielu może znużyć powolne tempo czy drobne skręty metafizyczne, niemniej warto dać szansę. Bardzo interesująca alternatywa dla amerykańskiego kina gangsterskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Home Before Dark – seria 1

Pozornie ten serial to kolejna historia dziennikarskiego śledztwa. W małym miasteczku, gdzie wszyscy się dobrze znają i skrywa pewną bardzo mroczną tajemnicę. Do tego serial oparty jest na reportażach Hildy Lysiak, co nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby nie jeden szczegół. Autorka reportażu miała… 9 lat przy jego pisaniu. ŻE CO? Że za młoda? To przyjrzyjmy się szczegółom.

Bohaterką serialu jest Hilde Lisko (Brooklyn Prince) – 9-letnia dziewczynka, dla której dziennikarstwo jest silną pasją. Matka pracowała jako adwokat z urzędu, ojciec pisał reportaże. Niestety, mężczyzna zostaje zwolniony i wraca w swoje rodzinne strony. Jak się okazuje, reporter ma pewną tajemnicę związaną z miejscowością. Mianowicie 31 lat wcześniej zaginął jego przyjaciel i nadal nie wiadomo, co się z nim stało. Nikt z rodziny nie znał tej historii, ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Już pierwszego dnia zostaje znaleziona martwa dawna znajoma ojca Hildy, której brat odsiaduje wyrok za porwanie i zabójstwo sprzed 31 lat. Czy te dwie sprawy są ze sobą powiązane? Hilde próbuje wyjaśnić sprawę, choć łatwo nie będzie. I to nie tylko z powodu wieku bohaterki.

Na pierwszy rzut oka „Home Before Dark” może wydawać się kryminałem, gdzie zostajemy zderzeni z mroczną tajemnicą. Tajemnicą, która rzuca cień na mieszkańców całego miasteczka i podzieliła ludzi na dwie grupy. Pierwsi dla świętego spokoju chcieli zostawić dawną sprawę jak było, drudzy wyczuwali, że coś jest nie tak i prawda została zakopana. Próbując coś zrobić zderzają się z biernością i uporem ludzi u władzy. Powrót Matthew Lisko (Jim Sturgess) staje się szansą do skonfrontowania z zapomnianą, wypartą przeszłością, która go ostatecznie ukształtowała i sprawiła, że został dziennikarzem. Przeszłość, z którą musi zderzyć się także cała rodzina, nie mająca zielonego pojęcia o niczym. I jak w klasycznym kryminale mamy tropy i poszlaki, poznanych sojuszników i wrogów, zmowę milczenia oraz kolejne tajemnice. Jednocześnie rodzina próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu, gdzie traktowana jest z pewną nieufnością oraz ukrywaną wrogością.

Ta dwutorowa narracja (śledztwo + wątki obyczajowe) potrafi wciągnąć, stymulując komórki mózgowe. Pomaga w tym kreatywnie pokazane sceny podczas dochodzenia, kiedy nasza bohaterka próbuje sobie przypomnieć pewne szczegóły (szybki montaż plus oznaczenie wizualne) albo wizualizuje pewne wydarzenia (wtedy całe otoczenie jest z papieru). Czy podczas przeprowadzania rozmów pojawiają się retrospekcje (podejrzany opowiadający zastępcy szeryfa o dniu zaginięcia, gdzie obaj są pokazani w chwilach z przeszłości) – kreatywna forma zdecydowanie uatrakcyjnia seans tak jak parokrotnie użyty montaż równoległy. Nawet jeśli niektóre wątki mogą wydawać się tylko zapychaczami (relacja starszej siostry z poznanym chłopakiem), ostatecznie wszystko układa się w zgrabną mozaikę.

Plus przy okazji jeszcze kluczowa jest relacja Hilde z ojcem, gdzie ona widzi w nim nie tylko rodzica, lecz mentora. Bohaterka fantastycznie zagrana przez Brooklyn Prince nie jest chodzącym ideałem dziennikarza: błędnie wyciąga wnioski, czasami pewne rzeczy zdobywa podstępem, niejako goniąc za sensacją. I ma na tym polu kompletną fiksację, wręcz za bardzo skupiając się na pisaniu, zamiast na konsekwencjach jakie może to przynieść. Jednocześnie jej upór oraz determinacja doprowadza do rozwiązania (częściowo) tajemnicy sprzed lat, jednak potrzebuje pomocy ojca (bardzo dobry Jim Sturgess) i jego wspomnień do znalezienia kolejnych tropów. Ta dynamika oraz próbujący się odnaleźć w nowej sytuacji rodzice to dla mnie najjaśniejsze sceny tego serialu. Jak dodamy do tego bardzo wyrazisty drugi plan, gdzie błyszczą m.in. Michael Weston (skonfliktowany i zagubiony zastępca szeryfa, Frank Briggs Jr.), Joelle Carter (dyrektor Kim Collins) oraz Louis Herthum (szorstki szeryf Frank Briggs), dostajemy bardzo żywy, wciągający świat. Nawet jeśli wydaje się on początkowo zbyt znajomy.

„Home Before Dark” to bardzo sprawnie wykonana mieszanka dramatu obyczajowego z kryminałem. Nawet jeśli początkowo wydaje się grać znaczonymi kartami, wielokrotnie zaskakuje, zaś grająca główną rolę Prince wznosi całość na wyższy poziom. Inteligentnie napisane, świetnie wykonane oraz bardzo klimatyczny tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Zachowaj spokój

Jak wszyscy wiemy, Netflix podpisał umowę na współpracę z pisarzem Harlanem Cobenem na adaptacje jego książek. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że schemat jest dziwnie znajomy. Zwykłe zwykłej, szarej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami, gdzie każdy ma swoje tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku drugiego polskiego serialu według powieści Amerykanina „Zachowaj spokój”. Oczywiście, że fabuła została przeszczepiona na nasze podwórko. I oczywiście powieści nie czytałem.

zachowaj spokoj1

Akcja toczy się w jednym z zamkniętych (w sensie odgrodzonych) osiedli w znanym mieście, co leży między Pruszkowem a Wołominem. Wśród mieszkańców tego osiedla są m.in. rodzina Barczyków. Oboje wychowują dwójkę dzieci: nastoletniego Adama i chodzącą do podstawówki Olę. Matka, mająca obsesję na punkcie kontroli, instaluje w swoim telefonie oprogramowanie szpiegowskie, będąc zaniepokojona dziwnym zachowaniem. Być może wynik to z faktu, że niedawno w wyniku przedawkowania zmarł jego przyjaciel. Na telefon chłopaka trafia wiadomość, że ma zachować spokój i trzymać gębę na kłódkę. Wieczorem Adam znika bez śladu, a przerażona matka próbuje szukać dziecka. Jak się okazuje zaginięcie Adama i śmierć Igora są mocno powiązane ze sobą.

zachowaj spokoj2

Twórcy serialu (reżyserze Marcin Gazda i Bartosz Konopka oraz duet scenariuszowy Agata Malesińska/Wojciech Miłoszewski) nie zaskakują konwencją, nie wywracają niczego do góry nogami. Budują aurę tajemnicy, mylą tropy, podrzucają kolejne wątki, gmatwając całą układankę (ośrodek dla młodzieży Guru, tajemniczy duet morderców, skrywający tajemnice nastolatkowie). Początkowo może wydawać się bardzo chaotyczne, wywołując kompletną dezorientację, ale też angażując i wciągając. Wszystko po to, by ustalić dokąd to wszystko zmierza, czy te sprawy są ze sobą powiązane oraz o co tu tak naprawdę chodzi. Wszystko to jest zgrabnie poprowadzone, choć czasami ilość twistów może przyprawić o ból głowy. W drugiej połowie wszystko przyspiesza, pewnych rzeczy można się domyślić, zaś finał… hmm, na pewno wielu podzieli i spolaryzuje.

zachowaj spokoj3

Przy okazji „Zachowaj spokój” robi jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, jest (pośrednio) kontynuacją losów pary bohaterów z „W głębi lasu”, czyli Pawła Kopińskiego oraz Laury Goldstein (oboje znowu są grani przez Grzegorza Damięckiego i Agnieszkę Grochowską). Jeśli jednak liczycie na wyjaśnienie ostatniej sceny tamtego serialu, to… będziecie rozczarowani. Do tamtej historii w ogóle się nie wraca. Nie są oni jednak tylko odwołaniem do poprzednika, ale odgrywają istotną rolę w rozwiązaniu układanki. Druga sprawa to skupienie na relacji rodzic-dziecko, gdzie trudno jest ustalić granicę między zaufaniem a kontrolą. A także najważniejsze: co może zrobić rodzic, by chronić swoje dziecko. Przed wszystkim, cokolwiek by to było. I co zrobić w takiej sytuacji?

zachowaj spokoj4

To jest kompetentnie zrobiony serial na raz, bo nie ma powodu wracać do niego. Trudno się też (może poza dźwiękiem w paru miejscach) przyczepić do warstwy technicznej. Aktorsko też jest bardzo solidnie i nawet bardzo młodzi aktorzy udźwignęli całość (mi najbardziej przypadli Agata Łabno oraz Mikołaj Śliwa). Magdalena Boczarska i Leszek Lichota wypadają przekonująco jako główni bohaterowie, choć to ona wydaje się bardziej energiczna, zdeterminowaną bohaterką z paroma tajemnicami. Nawet w drobnych rolach pojawiają się twarze m.in. Mirosława Zbrojewicza, Anny Krotoskiej, Bartłomieja Topy czy Wiktorii Gorodeckajej. Nie wszyscy wydają się istotni, co może budzić pewien przesyt. Za to szoł kradnie dla mnie Jacek Poniedziałek jako demoniczny łysol Natan z lolitkowatą Justyną Wasilewską, czyli Wierą. Pojawiają się rzadko, ale za każdym razem są świetni.

zachowaj spokoj5

Kolejna solidna produkcja Netflixa na książkowym patencie Cobena. Czyli z wieloma zakrętami, porządnym aktorstwem oraz sprawną realizacją. Jest parę drobnych potknięć i dziur logicznych, niemniej nie ma miejsca tutaj na nudę. Na jesienny wieczór będzie pasować idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Klangor

Klangor to odgłos wydawany przez żurawie, będący zapowiedzią wiosny. To także tytuł serialu kryminalnego Canal+, którego scenariusz powstał podczas organizowanych przez stację warsztatów scenariuszowych. Napisał go debiutant Kacper Wysocki, a realizacją zajął się znany w latach 90. autor zdjęć oraz nabierający coraz większego doświadczenia reżyser Łukasz Kośmicki. I kolejny raz się okazuje, że opowieści z kryminalnym tłem wychodzą nam na małym ekranie zadziwiająco dobrze.

klangor1

Akcja tym razem osadzona jest w Świnoujściu, zaś głównym bohaterem nie jest policjant ani prywatny detektyw, tylko… psycholog więzienny Rafał Wejmar. Mieszka w domu razem z dwoma nastoletnimi córkami (Hania i Gabrysia) oraz psami, żona pracuje w Reichu, gdzie co jakiś czas ją odwiedza. Najczęściej z córkami, jednak w ten weekend ostatecznie dzieje się inaczej. Dziewczyny zostają w domu (a dokładnie Gabi, bo Hania idzie na imprezę) i to uruchamia lawinę wydarzeń. Najpierw ucieka jeden z więźniów (psychicznie chory Emil Knapik), w samym więzieniu prowadzone jest dochodzenie w sprawie handlu dopalaczami, a Gabrysia znika bez śladu. Mało problemów? To jeszcze jej chłopak zostaje wyłowiony z rzeki z poderżniętym gardłem. Rafał nie decyduje się tego ostatniego faktu zgłosić na policję, czego reszta domowników nie rozumie.

klangor2

Jeśli do czegoś można porównać „Klangora”, to do skandynawskich kryminałów, lawirując między śledztwem a wątkiem obyczajowym. Można czasem odnieść wrażenie, że to drugie dominuje przez większość seansu. Czy to jednak jest wada? Dla mnie nie, bo ta historia o rodzinie, gdzie niejako każdy żyje swoim życiem, a relacje są bardzo luźne. W końcu dochodzi do wykolejenia, które albo doprowadzi do ostatecznego rozpadu, albo wzmocni ją. Serial ma dość powolne tempo, ale pomaga ono bliżej postać każdą z kluczowych postaci dla historii. A tych jest sporo (Wejmarowie, bracia Ryszka, Knapik, komisarz Schulz) i nikt nie jest tutaj wciśnięty na siłę. Kośmicki bardziej się skupia na pokazaniu jaki ferment wywołują te wydarzenia na rodzinę, przez co angażuje emocjonalnie w większym stopniu niż bym się spodziewał. Zagadka kryminalna, mimo iż 1-2 rzeczy się domyśliłem, też parę razy zaskakiwała i wprowadziła parę razy w pole. I w przeciwieństwie do wielu seriali kryminalnych z naszego podwórka, trzyma w napięciu do samego końca, bez popadania w śmieszność, przerysowanie i nie wywalające się na ten swój ryj.

klangor3

Wszystko to spotęgowane jest bardzo mrocznym klimatem. I nie chodzi mi o nocne ujęcia, ale absolutnie znakomite zdjęcia Witolda Płóciennika. Niemal wyprane z kolorów (poza żółtą kurtką bohatera) budują aurę tajemnicy, nawet statyczne ujęcia są statyczne tylko z nazwy, zaś masa kadrów jest zrobiona jakby z perspektywy podglądacza. Czy to przez płot, przez okna wywołują poczucie zagrożenia albo mogącego nastąpić wybuchu. W wielu takich ujęciach muzyka wchodzi na pierwszy plan, zagłuszając wszystkie inne dźwięki, a my widzimy tylko reakcje na znane już nam informacje. Co jest bardzo sprytnym zabiegiem i pozwala uniknąć powtórzeń – bardzo odświeżające doświadczenie.

klangor4

W zasadzie jedyną rzeczą, do jakiej można się przyczepić to fakt, że postacie kobiece wydają się dość jednowymiarowe, a ich obecność ogranicza się do odczuwania bólu i cierpienia. Tutaj można było je lepiej rozpisać, ale to wymagałoby innej perspektywy. Można jeszcze zauważyć, że finał troszkę przyspiesza akcję, zaś kilka wątków pozostaje otwartych, ale to już jest czepianie się na siłę. Nie psuje to bardzo pozytywnego wrażenia. Aczkolwiek niektóre dialogi brzmią dość niewyraźnie i parę razy musiałem cofać, by zrozumieć kilka słów.

klangor5

Także pod względem aktorskim. Kolejny raz klasę potwierdza Arkadiusz Jakubik w roli Rafała Wejmara, który ma tutaj kilka oblicz. Potrafi być zarówno empatyczny, jak i wściekłym desperatem zdolnym do wszystkiego, by odnaleźć swoją córkę. Balans między mrokiem a światłem w nim oraz pewnie znieczulenie wynikające z pracy pokazują bardzo złożony portret psychologiczny, bez popadania w fałsz. Równie skomplikowany jest absolutnie rewelacyjny Piotr Witkowski jako Krzysztof Ryszka, którego życie (prywatne i zawodowe) to jeden wielki chaos, który kompletnie wymknął się spod kontroli. To postać bardzo fascynująca, która z każdym odcinkiem jest coraz ciekawsza i najbardziej było mi jej żal. Sporymi niespodziankami byli Wojciech Mecwaldowski (Piotr Ryszka) oraz Konrad Eleryk (Emil Knapik) – pierwszy mocno wychodzi z szufladki aktora komediowego, pokazując kompletnie nieznane oblicze, drugi bez popadnięcia w karykaturę pokazuje psychicznego więźnia, wywołując na przemian współczucie i zgrozę. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o młodej obsadzie, która wypada co najmniej dobrze (szczególnie Katarzyna Gałązka jako wycofana Hania). Nawet Maciej Musiał (Ariel) nie wywoływał irytacji, co samo w sobie jest sporym osiągnięciem.

klangor6

Nie jestem zdziwiony zachwytami nad „Klangorem”, bo to bardzo dobrze napisany i wyreżyserowany 8-odcinkowy serial. Duet Kośmicki/Wysocki trzyma wszystko w ryzach, wciąga do ostatnich scen, a nawet bardziej brutalne, szokujące momenty wydają się być na miejscu. Fantastycznie zagrany oraz wykonany tytuł, który znajome schematy ogrywa w mniej oczywisty sposób. Nie mogę doczekać się kolejny produkcji sygnowanych przez obydwu panów.

8/10

Radosław Ostrowski

Bardzo długa noc – seria 1

Kolejny hiszpański serial od Netflixa, który chce być tak skomplikowaną układanką jak „La casa de papel”. Intryga jest tak piętrowa, że nie da się jej opowieść w sześciu odcinkach i ewidentnie jest rozpisana na kilka sezonów. Czy będzie drugi? Czas pokaże, bo zbyt dużo się tu dzieje i jest to urwane w tak kluczowym momencie, że brak kontynuacji będzie zwyczajną zbrodnią.

„Bardzo długa noc” zaczyna się od aresztowania niejakiego Simona „Kajmana” Lago (Luis Callejo), który okazuje się być seryjnym mordercą. Zostaje ostrzeżony wcześniej przez telefon, jednak nie decyduje się na ucieczkę. Zamiast policyjnego aresztu trafia do pół więzienia, pół szpitala psychiatrycznego Monte Baruca. Jednocześnie tajemniczy przyjaciel organizuje ekipę, która ma wyciągnąć świeżo upieczonego więźnia. I to zanim rano przyjedzie do sądu, by złożyć zeznania. Problem jednak w tym, że naczelnik więzienia (Alberto Ammann) nie chce go wydać. Nie dlatego, że nie może, ale sam jest w pułapce. Jeśli wypuści Lago, jego córka zostanie zabita.

Myślicie, że to jest problem? Wszystko coraz bardziej zaczyna się komplikować, bo wszystko niejako zawala się jednocześnie na głowę. Bo część więźniów planuje ucieczkę, coraz większe są napięcia między więźniami/pacjentami a strażnikami, jeszcze naczelnik Hugo przyjeżdża z dwójką pozostałych dzieci (bo nie ma z kim zostawić – jest Wigilia) i zostaje od nich rozdzielony. Do tego jeszcze podchody oraz próby samodzielnego rozwiązania sytuacji (czytaj: oddanie Lago grupie), zaczynamy poznawać bliżej kilku istotnych skazańców (Cherokee, Manuela, Javi, Nuria) oraz paru strażników. Intensywność wydarzeń nie pozwala na jakąkolwiek nudę, chociaż logika czasami robi sobie wolne.

Osadzenie historii w więziennej przestrzeni bardzo pomaga w budowaniu klimatu izolacji oraz osaczenia. Równie sprawne są zdjęcia i montaż, pomagając ogarnąć ten cały chaos. Jednak coraz bardziej intensywne sytuacje oraz kolejne przerzutki mogą wywołać zniecierpliwienie. Zwłaszcza, że finał niejako urywa się w dramatycznym momencie, nie wyjaśniając w zasadzie zbyt wiele i zostawiając masę pytań. Bo kim jest ten tajemniczy zleceniodawca? Co go łączy z Lugo oraz dlaczego jest on taki niewygodny? Jak się skończy konfrontacja więźniów ze strażnikami? Oraz co zrobić, gdy za chwile przyjedzie policja?

Rzeczywiście jest to „Bardzo długa noc”, gdzie nie brakuje głupot, naciąganych sytuacji oraz masy zbiegów okoliczności. Nie potrafię się jednak gniewać, bo historia zwyczajnie wciąga, zagrane jest to solidnie, a napięcie odczuwalne. Jak nie będzie ciągu dalszego, to się wkurzę nie na żarty.

7/10

Radosław Ostrowski

Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski

Quiz

Teleturniej “Milionerzy” to jeden z najpopularniejszych show w historii telewizji. Proste zasady (cztery odpowiedzi, trzy koła ratunkowe i milion do wygrania), podnoszące tempo adrenalina, zaś szansa na wygrania miliona jest bardzo rzadka. Jednak ta obietnica zdobycia tego sezamu i skarbów kusi, prawda? Niektórych do tego stopnia, że posuną się do wszystkiego. O tym postanowił opowiedzieć w mini-serialu z 2020 roku reżyser Stephen Frears w “Quiz”.

Serial zrealizowany przez stację ITV, która także odpowiedzialna jest za ten teleturniej. I już możecie podejrzewać, że będzie to bardzo stronnicze przedstawienie sprawy (trochę jak nakręcony przez tego reżysera film “Strategia mistrza”). Jednak całość oparta na sztuce teatralnej oraz książce o całej aferze, zaś Frears przygląda się z paru perspektyw. Wszystko zaczęło się w roku 1997, gdy w stacji pojawił się nowy dyrektor programowy, David Liddlement (Riestard Cooper). Chcąc zawalczyć o widownię, decyduje (po pilocie) zgodzić się na realizację teleturnieju, który znamy jako “Milionerzy” według pomysłu Paula Smitha (Mark Bonnar). Prowadzącym został Chris Tarrant (Michael Sheen), co podkręciło popularność show powyżej wyobrażeń producentów. Śmiałkowie z całego kraju ruszyli do walki, wśród nich był Adrian Pollock (Trystan Gravelle).

Mężczyzna wręcz desperacko starał się o wzięcie udziału, co doprowadziło do sporych długów. Z drugiej strony cała jego rodzina (poza szwagrem) miała kompletną fiksację na punkcie quizów wszelkiej maści. By mieć pewność, że uda mu się wejść poznaje grupkę zapalonych quizowiczów, stosujących różne sztuczki. Nie korzysta z ich usług, jednak używa ich wiedzy do własnego celu, ostatecznie wygrywając 32 tysiące. Tak samo udaje się ugrać siostrze, nauczycielce Diane Ingram (Sian Clifford) i ta – podstępem – zgłasza męża, majora brytyjskiej armii (Matthew Macfadyen). Ten wygrywa (w bardzo nerwowym stylu) główną wygraną, jednak szefowie stacji podejrzewają przekręt.

Frears razem z twórcami pokazują tą opowieść zarówno z perspektywy stacji telewizyjnej, jak I małżeństwa Ingram. Wszystko ubrane jest w formę dramatu sądowego, a wszystkie wydarzenia są retrospekcjami. Najpierw od strony oskarżenia, by przejść do obrony. Wszystko jednak bez jednoznacznej odpowiedzi, z paroma niedopowiedzeniami oraz poszlakami, mogącymi sugerować, że coś było nie tak. Czy naprawdę major sugerował się kaszlnięciami, które wychwycił technik? A może miał zwykłego farta, zaś dziwne zachowanie to nerwy? Czy kłótnia słyszana przez realizatorkę dotyczyła wycofania się? Czy chodziło o brak zasięgu w telefonie? Czy będący w studio Adrien, wychodzący dzwonić na zewnątrz próbował podpowiadać? Dużo jest tu momentów, które mają celowo zmusić do zastanowienia i uważniejszego oglądania. Co jest prawdą, co jest manipulacją? Jak powinna się zachować policja? I czy przygotowana przez studio taśma z podkręconym odgłosem kaszlnięć w ogóle powinna być dowodem w sprawie? Takie pytania stawiane przez obrońcę Ingramów (nieodżałowana Helen McCrory) nie wydają się być tylko I wyłącznie taktyczną zagrywką.

Sam sposób realizacji (powtórzenia ujęć, równoległy montaż) też wydaje się mocno stonowany, co pasuje do powolnie budowanej narracji. Dopiero w trzecim odcinku pojawiają się wręcz surrealistyczne sceny, pokazujące potężny mętlik w głowie majora. To, że “Quiz” działa jest zasługą świetnego duet Clifford-Macfadyen. Pierwsza ma obsesję na punkcie wszelkich quizów oraz manie zbierania odpowiedzi na nie, co budzi w niej kompletnie inną osobę. Macfadyen jest o wiele bardziej stonowany, a jego postać trzyma się ziemi i budzi dużą dawkę sympatii. Jednak jego dziwaczne zachowanie podczas program (nerwowy uśmiech, głośne myślenie) wywołuje poważną dezorientację. Zupełnie jakby wbrew sobie brał udział w czymś, na co nie ma ochoty, lecz chce zaimponować swojej żonie. Czy naprawdę jest tu coś więcej? To zależy od tego, co wyciągnięcie z tej roli – bardzo interesującej i wyrazistej. Reszta postaci wydaje się robić za tło, choć jest kilka mocnych ról drugoplanowych (przed wszystkim Mark Bonnar jako energiczny producent Paul Smith czy Michael Sheen jako charyzmatyczny prowadzący, choć nie ma zbyt wiele czasu).

Choć telewizji ITV nie jest tak popularna w UK jak BBC, to potrafi zrobić parę wartych uwagę produkcji telewizyjnych. Takie jest “Quiz” pokazujące duże wyczucie w drażliwej kwestii jak (prawdopodobnego) oszustwa telewizyjnego. Inteligentnie napisany, wciągający, świetnie zagrany. Czego chcieć więcej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odwilż

Polskie seriale kryminalne mają tradycje równie długą jak nieśmieszne komedie romantyczne. I tak jak te drugie pojawiają się falami, z różną jakością, choć ostatnio potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. Głównie na polu technicznym i czerpiąc ze znajomych elementów seriali zagranicznych, co czasami działa, a czasem nie. Jaki jest przypadek „Odwilży” od reżysera Xaverego Żuławskiego oraz scenarzysty Marty Szymanek?

Akcja toczy się w Szczecinie podczas przedwiośnia, czyli jest szaro, buro i przyroda czeka na moment wybudzenia się. Naszą bohaterką jest starsza aspirant Katarzyna Zawieja – policjantka samotnie wychowująca córkę i wdowa po policjancie. Jego śmierć prokuratura uznała za samobójstwo, co nie akceptuje jej teść. Razem ze swoim partnerem Trepą ruszają w miasto na pozornie rutynową sprawę. Jednak jak wszyscy wiemy, proste sprawy tylko początkowo wydaje się proste i zaczyna się komplikować. Najpierw na śmietniku zostaje znaleziona pępowina, a potem nad rzeką ciało ciężarnej kobiety. Nie wiadomo czy dziecko żyje. Ofiarą jest córka prokuratora okręgowego, Michała Strzeleckiego, zaś jej małżeństwo przechodziło kryzys. Podejrzanych jest wielu, a z każdą minutą szansa na znalezienie żywego noworodka maleją.

Innymi słowy, nic nowego w konwencji, ale czy każdy serial musi być przełomową, nową jakością? „Odwilż” garściami czerpie głównie z nordic noir, zwłaszcza pod względem klimatu. Szczecin jest zalany ciemnością, monochromatycznymi kolorami i ogólną szarzyzną dnia codziennego. Poczucie tego mroku potęgują absolutnie fantastyczne zdjęcia Tomasza Naumiuka, gdzie nawet tak proste rzeczy jak jazda samochodem bywa pokazywana zza szyby czy ujęcia z góry niczym oko Boga. Tutaj noc jest tak czarna, że jest w stanie pochłonąć każdą osobę. Niby reszta jest znajoma, czyli mylenie tropów, powoli odkrywana tajemnica oraz przeszłość, będąca niemal przygniatającym balastem. To dotyczy zarówno samej intrygi, jak i prowadzącej sprawy Zawiei (intrygująca Katarzyna Wajda). Z jednej strony jest uparta oraz zdeterminowana w dotarciu do rozwiązania, to jej życie prywatne jest nieogarniętym bałaganem, który coraz ciężej jest ukryć. Śmierć męża, córka stanowiąca tak naprawdę balastem, z którym nie wiadomo co robić (że potrafi zirytować swoim zachowaniem, to inna kwestia) – przypomina to niedawno widzianego „Kasztanowego ludzika”. Ale mimo czerpania ze znajomych schematów, wszystko to wydaje się bardzo naturalne. A umówmy się, to nie jest łatwe zadanie.

Zadziwiło mnie równe tempo, bez poważniejszych błędów logicznych (może poza pierdołami w rodzaju zabrania córki na miejsce zbrodni) oraz zgrabnie napisanym scenariuszem. W tle jeszcze przygrywa niepokojąca muzyka Łukasza Targosza, a całość parę razy korzysta z równoległego montażu. Nie jest to produkcja efekciarska (choć jest w finale strzelanina oraz pościg samochodowy), ale za to bardzo efektywna, potrafiąca trzymać w napięciu oraz parę razy zaskoczyć.

To też zasługa aktorów, choć nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani (Andrzej Grabowski, Sebastian Fabijański czy Bogusław Linda). Ale ci, co błyszczą, robią to pełnym światłem. Taka jest Katarzyna Wajda jako silna-słaba Zawieja z obsesją na punkcie tej sprawy. Równie świetne jest trio partnerujące jej bohaterce, czyli Bartłomiej Kotchedoff (zachowawczy aspirant Trepa), Cezary Łukaszewicz (impulsywny Radwan) oraz Juliusz Chrząstowski (konkretny naczelnik Pietrzak), tworzący postacie z krwi i kości. Jest jeszcze masa znanych twarzy, które nawet w drobnych epizodach (Anna Krotoska!! Eryk Lubos!!!) potrafią zapaść w pamięć.

Choć „Odwilż” to raczej produkcja jednorazowa, jest wykonana na poziomie najwyższym z możliwych. Żuławski prowadzi wszystko z wyczuciem i w większości przypadku trafia w cel. Pewnie poprowadzona, z interesującą bohaterką oraz wiarygodnie napisaną intrygą. Tylko i aż tyle.

8/10

Radosław Ostrowski