Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.
Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.
8/10
Radosław Ostrowski
