
W latach 90-tych był to jeden z najbardziej popularnych zespołów balansujących na granicy popu I trip hopu. Kierowany przez braci Godfrey z bardzo atrakcyjną wokalistką Skye Edwards, grupa nagrała aż 7 płyt, nie obyło się bez perturbacji składowych (opuściła zespół Skye, zastąpiona przez Daisy Martey), ale 3 lata temu wszystko wróciło do normy i wyszedł z tego całkiem przyzwoity album („Blood Like Lemonade”). A teraz wyszedł nowy materiał. I co wyszło?
Jak zawsze za produkcję odpowiada Paul Godfrey. Początek wyszedł obiecujący, bo singlowe „Gimme Your Love” ma chwytliwą melodię, prosty podkład bitowy, gdzie swoje pokazują też gitara elektryczna i skrecze. W podobnym tonie jest szybki „Face of Danger”. Zmianę i spowolnienie tempa mamy w „Call It Love” tym razem z męskim wokalem, jeszcze zespół postanowił pozapraszać paru gości (m.in. James Petralli, Chali 2Na, Rizzie Kicks i Anna Tijoux). Ale też następuje zmiana kompletnie klimatu w kompletny miszmasz. Nie brakuje tu soulu („I’ll Fall Apart”), reggae („Make Believer”), trochę hip-hopu (“Release Me Now”), ale to wszystko jest dość prościutkie i mało interesujące (poza wokalem Skye, który jest niezawodny). Nawet ona nie jest w stanie uratować płyty od rozczarowania (druga część jest bardzi nużąca i słaba).
Cóż zrobić? To mogła być ciekawa płyta, ale dla mnie trochę za mało spójna. Może następnym razem się uda?
6/10
Radosław Ostrowski
