Wojciech Kilar – We Own the Night

We_Own_the_Night

James Gray po siedmiu latach milczenia nakręcił “Królów nocy” – osadzony w latach 80-tych kryminał o dwóch braciach. Jeden jest właścicielem nocnego klubu współpracujący z rosyjską mafią, drugi zaś jest policjantem tak jak ojciec, więc prędzej czy później musi dojść do konfrontacji. Sam film jest całkiem udaną historią, zrealizowaną w dość nietypowy sposób, choć powolne tempo może wielu zniechęcić.

Reżyser poprosił o napisanie muzyki nie byle kogo, bo samego Wojciecha Kilara, którego dawno nie było słychać za Wielką Wodą (a dokładnie od czasów „Portretu damy”). W Polsce ten kompozytor był darzony dużym respektem i chętnie korzystali z jego usług reżyserzy. Jednak Kilar nie komponował muzyki do filmu sensacyjnego, więc co go skłoniło poza zapłatą? Chyba tylko ciekawość.

kilarAlbum wydało Lakeshore Records i to po hollywoodzku, czyli score plus piosenki. W takich sytuacjach zazwyczaj jest tak, że jak jest wydawana muzyka zawierająca zarówno piosenki jak i robotę kompozytora to zazwyczaj jest tak, że albo piosenki ze scorem się przeplatają albo jest dominacja piosenek, zaś praca kompozytora jest ograniczona do jednego utworu lub żadnego. Jednak album zawiera wszystkie piosenki wykorzystane w filmie oraz całą prace Kilara i jest to dużą zaletą. Ci, którzy będą chcieli pobawić się w rytmie przebojów z lat 80-tych (m.in. ograne do bólu „Let’s Dance” Davida Bowie czy „Heart of Glass” Blondie) przesłuchają utwory do 11, zaś osoby chcące zapoznać się z muzyka Polaka wybiorą od razu na odtwarzaczu nr 12.

Sama praca Kilara trwa nieco ponad 20 minut, więc czas trwania jest na pewno zaletą. Ale ostrzegam:  jest ona mroczna, nieprzyjemna i bardzo dramatyczna, a jednocześnie bardzo oszczędna i stonowana (w zasadzie to są tylko dwa tematy). W samym filmie nie ma jej zbyt wiele, ale pojawia się w kluczowych momentach i wybrzmiewa.

Tutaj dominują skrzypce z fortepianem, które grają gdzieś w tle, by po pewnym czasie narastać i z powaga chwycić za gardło. Niestety, poza filmem wybija się raptem kilka utworów, które osiągają apogeum i mocno eksplodują. Na pewno do tej grupy warto wymienić „Bobby Breaks Leg”, krótki „Funeral” czy najdłuższy „Vadim Dies” – to są najbardziej dramatyczne, wręcz elegijne melodie. Równie smutny i niepokojący jest tutaj underscore, który męczy poza ekranem i staje się dość monotonny, mimo dodatkowego wsparcia klarnetu („Vadim Escapes”) czy mocnych wejść fortepianu („Burt Dies”).

Drugi dość często przewijający się temat brzmi jak kołysanka. Jest smutna, ale też bardziej spokojna oraz bardziej skupia się na relacji między bohaterami niż na opisywaniu wydarzeń. Najlepsza jej wersja to „Bobby Kiss Amanda”, jednak poza filmem niespecjalnie sobie radzi ta nuta.

Trudno przyczepić się do samej muzyki, bo ona w filmie spisuje się naprawdę dobrze, jednak „Królowie nocy” nie osiągnęli tego samego pułapu co „Dracula” czy „Portret damy”. Poza filmem sprawdza się dość ciężko, aczkolwiek tytuły utworów dość nieźle streszczają fabułę. Najpierw posłuchać, potem obejrzeć film i posłuchać jeszcze raz. Wtedy będzie większa satysfakcja. Szkoda, że to ostatnia praca Kilara do amerykańskiego filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz