

Po kompletnie nieudanym “Open Your Eyes” zespół Yes próbował pogodzić się z Wakemanem (nic z tego nie wyszło) i ograniczyli role Billy’ego Sherwooda do gry na gitarze. Jako klawiszowiec dołączył Igor Choroszew, który już kręcił się wokół zespołu przy pracy nad poprzednią płytą. I w tym pięcioosobowym składzie, na pożegnanie XX wieku zespół poszedł do studia i nagrał „The Ladder”.
Tym razem za produkcję odpowiadał Bruce Fairbairn, znany ze współpracy m.in. z AC/DC, Aerosmith, Scorpions czy The Cranberries. Co gorsza, Fairbanks zmarł po ukończeniu nagrań. Efekt jest dość zaskakujący, co pokazuje już otwierająca całość prawie 10-minutowa suita „Homeworld” – delikatne klawisze (mocno przypominające dokonania Wakemana), ładna linia melodyczna, świetna gra sekcji rytmicznej oraz popisy gitarowe (zwłaszcza w środku). Jest przebojowo (na końcu delikatna koda zagrana przez Choroszewa i Andersona + podmuchy wiatru), czyli tak jak być powinno przy poprzedniku, tylko nie wyszło. Cała pierwsza część płyty jest bardzo chwytliwa i przebojowa, a jednocześnie bardzo nastrojowa (lekko orientalne „It Will Be a Good Day” czy bardzo latynowskie – przez gitarę – „Lightning Strikes” z echem Andersona oraz bardzo tanecznym rytmem, lekko plastikowym). Nie brakuje też odniesień do poprzednich płyt (latynowski „Can I” odnosi się do „We have heaven” z „Fragile” czy linia basu w „New Language” przypominająca tą z „Roundabont”) i brzmi to naprawdę przyzwoicie. Dalej jest różnie (podniosłe i lekko popowe „If Only You Knew”), nie brakuje ciekawych patentów (sitar na początku „To Be Alive” – dalej nie jest tak fajnie, solówka Howe’a w „Finally” czy instrumentalne popisy w „New Language”), ale dalej brakuje ikry, zas solówki gitarowe Sherwooda mocno psują efekt (rockowo-reggae’owy „The Messanger”).
Całkiem nieźle sobie radzi Jon Anderson na wokalu, choć w paru miejscach czuć pewne zmęczenie („The Messanger” czy „Finally”), ale nie wypada fatalnie. Także teksty trzymają całkiem przyzwoity poziom. „Drabina” okazała się naprawdę udana płytą i zespół powoli wchodził w XXI wiek. I wszedł w mocnym stylu. Ale to temat na inna historię.
7/10
Radosław Ostrowski
