Morten Harket – Brother

Brother

Gdy słyszę nazwisko Morten Harket, pierwsze skojarzenie to zespół a-ha, czyli bardzo melodyjne, nastrojowe i elektroniczny pop. Ale w 2010 roku, grupa postanowiła zakończyć działalność, jednak wokalista zespołu już wcześniej udzielał się solowo. I teraz ukazuje się jego szósty, solowy album „Brother”.

Za produkcję płyty odpowiada szwedzki producent i muzyk Peter Kvint. I choć można było się spodziewać powtórki z a-ha, to jednak do niczego takiego nie dochodzi. Nie jest to album aż tak mocno elektroniczny, choć klawisze odgrywają w nim istotną rolę (m.in. w „Whispering Heart”). Najwięcej roboty robi tu gitara elektryczna, która gra na tyle wyraziście, żeby ją wyłapać (tytułowy utwór), choć niespecjalnie się popisuje. Ale każdy z utworów, mimo dość różnego tempa, ma potencjał, by spodobały się w radiu. I nie ważne czy jest to nastrojowa ballada („Heaven Cast” z wyraźną gitarą oraz smyczkami w refrenie czy „There Is a Place” z towarzyszącym fortepianem i solówką skrzypiec na samym końcu) czy utwór odrobinkę szybszy lub bogatszy aranżacyjnie („Oh What a Night”), to słucha się tego z niekłamaną przyjemnością i bez poczucia straty czasu. Jest to bardzo nastrojowy i klimatyczny album.

Jaki jest wokal Mortena, każdy słyszy i jakoś niespecjalnie chce się zestarzeć. Jest delikatny, czarujący, a jak się wspina na wysokie rejestry, to potrafi zrobić wrażenie. Dopełnia on całości, tak jak teksty i mógłbym go słuchać w nieskończoność. Serio, serio.

„Brother” tylko potwierdza dobrą dyspozycje Harketa. Choć w trochę innym instrumentarium, gdzie dominują żywe instrumenty, ale nadal pozostaje interesującym wokalista.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz