Asia – Arena

Arena

W 1996 roku w zespole Asia doszło do poważniejszych roszad. Z pierwotnego składu ostał się tylko Downes, Payne nadal grał na basie i był wokalistą, Sturgis pozostał perkusistą, za to pojawiło się aż dwóch gitarzystów: Elliott Randall i Aziz Ibrahim – obaj wcześniej byli muzykami sesyjnymi. I w tym składzie nagrali „Arenę”.

Na tym albumie jeszcze udzielił się perkusista Luis Jardin i gitarzysta Tomoyasu Hotei, który zagrał tylko w otwierającym całość instrumentalnym „Into the Arena”, a jego gra gitary elektrycznej przypominała trochę Carlosa Santanę. Bardzo delikatny i nietypowy wstęp. Że dalej jest to Asia słychać to najbardziej w grze klawiszy, które tworzą bardzo delikatne tło, ale w paru utworach mocno dają po sobie znać. A reszta to melodyjne, bardziej popowe piosenki z podniosłymi refrenami, chwytliwymi kompozycjami oraz porządna grą każdego z muzyków. I jak zawsze jest różnorodnie – od podniosłego „Heaven” ze świetnie zgraną perkusją i „plumkającymi” dzwoneczkami klawiszami po zmieniające tempo „Two Sides of the Moon”, które w połowie idzie w stronę mocniejszej gitary oraz szalonej perkusji, by pod koniec pójść w reggae.

I po raz pierwszy pojawia się duży utwór, który trwa prawie 10 minut – „The Day Before the War” zaczyna się dość spokojnie – organy i akustyczna gitara. Po dwóch minutach następuje mocne uderzenie perkusji, swoje robi też gitara, a perkusja brzmi jak seria z karabinu maszynowego. Wtedy wyciszenie, delikatnie gra gitara akustyczna i klawisze, swoje robi bas, pojawia się wokal Payne’a, w refrenach słychać echo oraz dziwnie brzmiące klawisze. Wtedy pojawia się „orientalna” elektronika i gitara. Zas pod koniec zapętlają się klawisze, które podobnie brzmią jak w „Tubular Bells” Oldfielda, serwując jeszcze bardzo niepokojące solo gitarowe. Perełka w dorobku Asii.

Dalej jest tak jak według sprawdzonej formuły, choć pojawiają się ciekawe drobiazgi jak przyśpieszające klawisze w „Never”, delikatna gra gitary w „Falling” czy orientalna gitara w „U Bring Me Down”. Za to Payne coraz pewniej się czuje jako wokalista.

„Arena” pozostaje najciekawszą płyta Asii z Paynem na wokalu, choć pozornie nic się tu nie zmieniło. Jednak grupa pokazuje, że potrafi zrobić parę niespodzianek, a duet produkcyjno-kompozytorski Payne/Downes trzyma się jak najlepiej. Czy dalej było tak dobrze? To opowiem wam później.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz