

Asia po wielu latach grania pozostawała jednym z popularnych zespołów progresywnych brzmień, jednak po odejściu z podstawowego składu prawie wszystkich członków, wielu fanów grupy wracało do dwóch pierwszych płyt, nie do końca akceptując Johna Payne’a na wokalu. Dlatego w 2006 roku, jedyny członek grupy działający od początku, klawiszowiec Geofff Downes postanowił dokonać restartu grupy i tak nastąpiła reaktywacja. Wrócili wokalista i basista John Wetton, perkusista Carl Palmer oraz gitarzysta Steve Howe. I dwa lata później wyszedł nowy album starej grupy, pod wiele mówiącym tytułem „Phoenix”. Czyżby rzeczywiście nastąpiło odrodzenie?
Za produkcję pierwszego od 25 lat albumu Asii w pierwotnym składzie odpowiadał sam zespół oraz Steve Raspin (współpraca m.in. z Fishem), a oczekiwania były naprawdę duże. Ale już otwierający całość „Never Again” pokazuje, że to stara, dobra Asia. Wyraziste gitarowe riffy Howe’a (czasami łkająca), mocna i dynamiczna perkusja, chwytliwy bas oraz klawiszowe popisy dają dwie rzeczy, za które zespół był kochany: chwytliwe melodie, podniosłe (wręcz chóralne śpiewane) refreny i świetny głos Wettona. Nie brakuje także ładnej akustycznej gitary („Nothing’s Forever”), delikatnego fortepianu („Heroine”), dziwacznej elektroniki (prawie 8-minutowa suita instrumentalne „Sleeping Giant” z piękną wokalizą, proste „No Way Back” z bluesową gitarą i krótkie „Reprise”, czyli powtórka z początku kompozycji), klarnet (piękne „I Will Remember You”) czy wiolonczelę („An Extraodrinary Life”). Innymi słowy, jest tutaj naprawdę jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej, zaś godzina trwania mija bardzo szybko i przyjemnie.
Asia wraca do swojej wielkiej formy i nagrała swój najlepszy album od początku swojej kariery, będący destylatem tego, co najlepsze. A czy dalej było równie dobrze jak po „Phoenix”? Will see.
8,5/10
Radosław Ostrowski
