6 czerwca, Rzym. Podczas porodu umiera syn amerykańskiego ambasadora, Roberta Thorne’a. Namówiony przez księdza w szpitalu, decyduje się adoptować niemowlę, którego matka zmarła przy porodzie. Rodzina jest szczęśliwa i spokojna, a Thorn zostaje ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jednak kiedy Damian ma 5 lat, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zaczynając od samobójstwa niani.

Kino grozy wydaje się gatunkiem dość trudnym, gdzie pewne sztuczki są łatwe do przewidzenia. Albo jest zazwyczaj nudne i powolne albo przesadnie brutalne. Klasyczny film Richarda Donnera wydaje się czymś pośrodku – nie brakuje tutaj zarówno makabry jak i bardziej delikatnego budowania grozy. Sama historia pełna jest tutaj tajemnicy i atmosfery niesamowitości (gwałtowna burza, obecność rottweilerów, atak pawianów na samochód), a sposobu mordowania musiał być inspiracja dla twórców „Oszukać przeznaczenie”, bo śmierć jest tutaj gwałtowna i szybka (odcięcie głowy, wypadnięcie przez okno itp.) i nie do końca wiadomo kto i kiedy opuści ten świat, a osadzenie akcji w malowniczych plenerach Brytanii (oraz we Włoszech) nadal robi wrażenie, zwłaszcza scena we włoskim cmentarzu ma coś z romantycznego malarstwa. Klimat jest jeszcze potęgowany przez świetną muzykę Jerry’ego Goldsmitha z masą chóralnego śpiewu, bardzo zgrabnemu montażowi (atak szału Damiana pod kościołem), a finał wywraca wszystko do góry nogami. A wszystko to jest zrobione pewną ręką reżysera, trzymającą wszystko za gardło.

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest ona na naprawdę dobrym poziomie. Grający „rodziców” Damiena Gregory Peck (ambasador Robert) i Lee Remick (Katherine) tworzą naprawdę zgrabny duet, choć Peck tutaj ma znacznie więcej do pokazania, a jego wątpliwości co do uśmiercenia Damiena zostają rozwiane dopiero po znalezieniu trzech szóstek w głowie chłopca. Harvey Stephens jako Damien jest taki jak na Antychrysta przystało – wszechpotężny, ma dobry kontakt ze zwierzętami i bywa bardzo irytujący. Ma też wierną „wyznawczynię” (lekko teatralna Billie Whitelaw – dzisiaj już ona nie robi takiego wrażenia), która chroni go za wszelką cenę. Poza nimi warto wyróżnić dobrego Davida Warnera (dziennikarz Jennings), który trzyma fason.

„Omen” to już klasyk kina grozy, który trochę się zestarzał (nie tak bardzo jak „Egzorcysta”), jednak o dziwo posiada swój bardzo ponury klimat, rosnący z każdą sceną. Fani klasycznie rozumianego kina grozy powinni obowiązkowo się zapoznać.
7/10
Radosław Ostrowski
