

Zespół Anathema kierowany przez braci Cavanagh poznałem dwa lata temu, gdy poznałem płytę „Weather Systems”, która mnie powaliła. Tak samo koncertowy „Universal” i znowu razem z producentem Christter-Andre Cederbergiem panowie weszli do studia, tworząc „Distant Satellites”.
Pytanie za sto punktów, czy te dziesięć piosenek jest absolutnie wartych czasu? Niestety nie. Początek wydaje się być kontynuacją „Weather Systems”. Słychać to w grze perkusji i gitar, a w trzyczęściowej trylogii „The Lost Song” jest to najbardziej słyszalne. Zapętlenie się melodii, która nabiera na sile (słychać to mocno w części pierwszej, cześć druga to wyciszenie – podobnie było z dwoma częściami „Untouchable” na poprzednim krążku) zwłaszcza uderzenia perkusji, epickość nadawana przez smyczki, elektronikę i gitarę akustyczną.
A gdzie jest do cholery gitara elektryczna? Rozumiem, że trzeba poeksperymentować i poszukać czego nowego, ale to nie znaczy kompletnej kastracji rockowego brzmienia. I takie utwory jak „Ariel” (tutaj sytuację ratują niezłe riff zgrane ze smyczkami) czy „Dusk (Dusk Is Trenscending)” zwyczajnie mnie wynudziły, swoja monotonią i co gorsze przewidywalnością kierunku. Aczkolwiek na tej drodze jest parę ciekawych rzeczy: pięknie poprowadzony duet w „The Lost Song Part III” (i tam gitara ma co robić), bardzo liryczna „Anathema” z fantastyczną gitarą w środku. Pewną odskocznią jest zapętlający się „You’re Not Alone” i organowy „Firelight”. I mógłby z tego wyjść nawet niezły album, gdyby nie naprawdę słabe zakończenie – tytułowy utwór jest zbyt elektroniczny, a perkusyjny bit brzmi po prostu tandetnie. Podobnie „Take Shelter”.
Nie spodziewałem się, że od tej grupy dostanę album rozczarowujący. Ale w końcu musi być ten pierwszy raz. I czy ktoś może mi wytłumaczyć, czemu wszyscy pchają się pod elektronikę i to taką wręcz plastikową? Nie rozumiem tego.
5/10
Radosław Ostrowski
