

Rok po swoim debiucie Alan Parsons i spółka postanowili pójść za ciosem i wydać kolejny album. Tym razem inspiracją były zbiory opowiadań Isaaca Asimova o robotach. Więc można było przypuszczać, że elektronika będzie miała więcej do powiedzenia. Znowu zebrał grupę zawodowych muzyków (m.in. basistę Dave’a Pattona z grupy Camel, gitarzystę Iana Bairsona i perkusistę Stuarta Tosha) i zapraszają do swojego świata.
Wszystko zaczyna się od bardzo elektronicznego „I Robot”, gdzie klawisze i sposób przechodzenia dźwięków może budzić skojarzenia z Tangerine Dream (sam początek), do którego jeszcze wpleciono wokalizy. A w połowie jeszcze swoje zaczyna robić bas z gitarą akustyczną i wtedy znów nakładają się wokalizy, nadając podniosły, wręcz elegijny charakter przyszłości, tak jak cymbały. Dalej jest pójście w bardziej piosenkowy charakter, choć i instrumentalnych kompozycji nie brakuje. „I Wouldn’t Want to Be Like You” ma niepokojący początek – klawisze i „tnąca” intensywniej gitara elektryczna, która potem skręca w stronę funku, a śpiew Lenny’ego Zakatka jest mocny. „Some Other Time” to wyraźna zmiana nastroju – delikatne klawisze, gitara akustyczna, pianino i spokojniejszy wokal duetu Peter Strater/Jaki Whitren. Jednak w refrenach silniejsze są syntezatory i sekcja rytmiczna, a w połowie utworu jeszcze gitara elektryczna robi swoje, a podniosłości dodają dęciaki. W podobnym tonie jest „Breakdown” z wybijającymi się klawiszami, „płaczliwa” gitara oraz chór (wokal: Allan Clarke) czy organowy „Don’t Let It Show”, do którego potem dołączają flety i smyczki (Dave Townsend ciepło śpiewa).
Mroczniej się robi w „The Voice”, zwłaszcza na początku (rytmicznie powtarzający się bas, krótka gitara oraz „mechaniczny” wokal), potem gdy dochodzą smyczki (opadają w połowie) i następuje delikatne przyśpieszenie, pojawiają się perkusjionalia i klaskanie. Instrumentalny „Nucleus” brzmi jak relacja z NASA (szumiące głosy ludzkie, perkusja udająca maszynę do pisania), a elektronika nadaje wręcz kosmiczny charakter. Melancholię wnosi „Day After Day”, dzięki „mechanicznej” elektronice oraz spokojnemu wokalowi Jacka Harrisa.
Na finał dostajemy dwa instrumentalne utwory. Pierwszy to mroczne „Total Eclipse” z podniosłymi wokalizami, opadającymi skrzypcami oraz paskudną elektroniką, zapowiadającą koniec świata. Pozornie pogodny jest „Genesis CH.1 V. 32” z delikatna grą gitary i klawiszy, nadającej melancholijny ton. Spotęgowany jest on również przez gitarę elektryczną.
Smutny to album opowiadający o tym, jak kończy się los, gdy „człowiek buduje robota na swoje podobieństwo” (cytat z okładki). A wierzcie mi, że finał nie będzie zbyt szczęśliwy. O tym jednak musicie sami się przekonać.
8/10
Radosław Ostrowski
