
Ten facet wie jak skupić uwagę na sobie. Legendarny frontman Pudelsów i Homo Twist od działa razem z zespołem Psychodancing, grając głównie rovery. Ale tym razem postanowił wsadzić kij w mrowisko. I zrobił to tytułem, ale czy poza tym jest coś ciekawego do zaoferowania?
O dziwo, jest to bardzo różnorodny brzmieniowo materiał. Od reggae po rocka aż na disco kończąc. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiło lekko oniryczne „Nie proś do siebie złych mocy”, stawiające na elektroniczne tło oraz rożne pomruki, dynamiczny niemal punkowy „Totalny dym”, będący niemal wygłupem funkowy „Naczelny prorok” czy mieszający rocka z organami „Diabeł w wiosce”. Wiec dzieje się tutaj sporo, jednak zbyt duży rozrzut czyni ta płytą niespójną. Nie brakuje tu zarówno wiochy w stylu Psychodancing („Kosa tango”), publicystycznej ironii znanej z „Wolnosci słowa” czy ciężkiego brzmienia a’la Homo Twist. Tylko to się nie układa w żadną sensowną całość, bardziej przypominając złapanie kilku srok za ogon. W dodatku czasami melodie staja się bardzo podobne do siebie („Postman” i „Emeryt embrion”), a kilka tekstów (m.in. „Chłopaki z miasta”) to niewypały. Co innego, gdy facet robi zgrywę wobec Cyganów („Cygańska dusza”), pedofilii („Teofil-pedofil”), idzie w Orient („Hokej”) oraz samego Putina (techniawka „Vladimir”).
Innymi słowy, Maleńczuk sam nie do końca wie, co chce osiągnąć. Nie brakuje mocnych strzałów i perełek, ale są też słabsze tekstowo i muzycznie. Wiec bilans jest całkiem niezły, choć w większości przypadków jest to wiele hałasu o nic.
6/10
Radosław Ostrowski
