Mela Koteluk – Migawka

mela-koteluk-migawka-2018-1024x1024

Pamiętacie tą dziewczynę, która w 2012 roku debiutowała „Spadochronem”? Pochodząca z miejscowości zwanej Sulechowem Malwina „Mela” Koteluk od tej pory zaczęła szturmować stacje radiowe i kolejna płyta „Migracje” tylko utwierdziła w przekonaniu, że pojawił się nowy, interesujący narybek. Ale na trzeci album trzeba było czekać aż cztery lata. I tak się pojawiła „Migawka”, zrealizowany przez tą samą ekipę, co zawsze. Czyżby kolejny sukces?

Nadal jest to pop-rockowa stylistyka lekko zahaczająca o tzw. dream pop, gdzie nadal istotną rolę pełni gitara elektryczna. Aurę typową dla niej nadal czuć w singlowym „Odprowadź”, choć utwór opatrzono drobnymi wstawkami elektronicznymi w refrenie. Spokój dominuje też w „Los hipokampa”, a nawet troszkę dynamiczniejszego „Doskonale”, gdzie gitara potrafi przyspieszyć bardzo. Podobne tempo utrzymuje „Hen, hen”, dając spore pole do popisu perkusji. Mamroczący początek „Tańczę, przepływam” nie zapowiada wręcz podniosłego finału, tak jak pojawienia się harfy oraz skrzypiec w „Ja, fali”, co może budzić skojarzenia z Florence + The Machine (chociaż to mocno na wyrost). Ale mimo tej całej żonglerki oraz różnorodności, miałem spore poczucie niedosytu. Zabrakło jakiejś mocnej kropki nad i.

Samo brzmienie, wokal czy teksty stoją na poziomie i trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a nawet jest to bardziej przystępne niż poprzednie albumy. Tylko, że ta „Migawka” dosłownie miga przed oczami i znika tak szybko jak się pojawia. Można ją bardzo łatwo przeoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hooverphonic – Looking for Stars

looking-for-stars-b-iext53648635

Belgijski duet Hooverphonic postanowił o sobie przypomnieć. Minęły dwa lata od poprzedniego albumu, gdzie występowała masa wokalistów (niczym w Massive Attack), ale już przy pracy nad nowym materiałem udało się znaleźć nowy głos (po odejściu charyzmatycznej Geiki Arnaert oraz Noemie Wolfs) w postaci 17-letniej Luki Cruysberghs. Czy podołała zadaniu i jak w ogóle brzmi dziesiąte dzieło duet Alex Callier/Raymond Geerts?

Grupa była znana ze swojego triphopowego stylu, mieszając także pop i rock. Nie inaczej jest w „Looking for Stars”, które zaczynają się od niemal rozmarzonego „Lethal Skies”, gdzie prowadzony jest dialog gitarowo-pianistyczny w bardzo spokojnym tempie. Klimat od razu zmienia się w bardziej mroczny, gdy odzywa się elektronika w „Paranoid Affair” (bardzo kołysankowy wstęp) czy bardziej rozpędzony „Romantic” z partią smyczków, dodających atmosfery retro oraz – nomen omen – romantycznym fortepianem pod koniec. Od tej piosenki można się uzależnić. Jest jeszcze bardzo taneczny „Uptight” z funkową gitarą czy idący ku triphopowym korzeniom „Concrete Skin”. Twórcy cały czas próbują zaskakiwać, czasami tworząc dziwaczne mieszanki niczym w tytułowym utworze, gdzie gitara, elektronika i dyskotekowa perkusja przypominają popowe numery z lat 90. Albo wręcz rockowy „Horrible Person”, polany Hammondami czy melancholijny „On and On” ze smyczkami w tle lub stonowany „Feathers and Tar”, do którego dochodzą dziwaczne wejścia perkusji oraz wokalizy. Tylko jeden utwór mi nie podszedł, czyli niemal transowy „Slepless”, zdominowany przez niemal psychodeliczną elektronikę.

Jak sobie radzi nowa wokalistka? Luka ma bardzo eteryczny, wręcz dziewczęcy głos, który jednak potrafi przyciągnąć do siebie niczym magnes. Mimo, że wyczuwałem pewne podobieństwo w barwie do Birdy, potrafi być zarówno bardziej ekspresyjna (ale bez popadania w przesadę), jak i bardzo delikatniutka, kontrastująca z żywszymi dźwiękami muzyki. Mam nadzieję, że zostaje z duetem na dłużej – wydaje się pasować do nich.

Hooverphonic nadal wydaje się coraz bardziej zaskakującym składem, gdzie każdy utwór to inna układanka, bez poczucia powtarzalności. Godny następna „In Wonderland” i przykład, że można stworzyć coś nowego ze starych składników.

8/10

Radosław Ostrowski

The Dumplings – Raj

raj-b-iext53230258

Jeśli jest ktoś, kto na polskie scenie alternatywnej dzieli i rządzi, przy okazji zdobywający dużą popularność jest to duet The Dumplings, czyli Justyna Święs (wokal i teksty) oraz Kuba Karaś (muzyka). Ich poprzednie dwie płyty, mieszające pop z elektroniką oraz bardziej alternatywnym sznytem osiągnęły status złotych, co pokazuje ich siłę. Jednak “Raj” ma być zupełnie innym doświadczeniem. Dlaczego?

Dwa powody. Po pierwsze, album w calości jest śpiewany po polsku i zawiera tylko 8 piosenek (plus jeszcze dwa bonusy). Po drugie, więcej tutaj ducha i brzmienia z lat 80., jakie ostatnio wykorzystywał choćby Król. Inny klimat serwuje choćby otwierające całość “Kino”. Najpierw słychać bicie dzwonu oraz dziwaczne perkusjonalia, podlane coraz intensywniejszymi dźwiękami syntezatora, budującymi atmosferę mroku (niczym z filmu Johna Carpentera), co podkreśla jeszcze nisko śpiewająca Święs, jakby od niechcenia. Potem ten głos nabiera coraz większej siły, wręcz pewności. Po dwóch minutach podkręcić tempo ku bardziej tanecznym barwom oraz dźwiękom z 8-bitowych gier, zaś głos staje się taki bardziej “męski” (refren), by wskoczyć wyżej I zakończyć wokalizami, wspartymi przez perkusyjne “strzały”. Jesteście w szoku? Singlowy “Raj” utrzyma was w nim na dłużej – najpierw odgłos odbezpieczenia pistoletu, pędząca na złamanie karku perkusja oraz synthpopowe klawisze zmieszane z odbijającym się niczym echo wokalem. Ciarki gwarantowane, a refren z ciepłymi dźwiękami fortepianu będzie nucony długo po usłyszeniu. Równie niepokojący jest “Deszcz” z odbijającą się, metaliczną gitarą, surową perkusją oraz rozpędzonymi klawiszami w połowie. Powrót do melodyjnego synth popu serwuje “Uciekam” z nakładającymi się klawiszami, serwujący mocne ciosy perkusji “Frank” (mocno inspirowany “Zapachem kobiety”) oraz odpowiednio budującego poczucie lęku “Przykro mi”.

Nawet “Nieszczęśliwa” okazuje się pułapką – śmiech na samym początku z “afrykańskimi” perkusjonaliami zapowiada coś innego, lecz wtedy wchodzą dęciaki imitowane przez syntezatory (brzmi to dziwnie), przez co wchodzą kolejne popisy perkusyjno-elektroniczne, dodające kolejne warstwy (wokalizy, przerobione głosy, melorecytacje, tamburyn), wprowadzając w niemal psychodeliczny trip. Zaś na koniec dostajemy “Tam gdzie jest nudno, ale będziemy szczęśliwi” z niemal patetycznym fortepianem, by wejść ku bardziej dyskotekowym pasażom, nie gasząc mroku, potęgowany przez głos Kuby Karasia na końcu.

Są też umieszczone dwa bonusowe kawałki. O ile “Ach nie mniej jednej” już znałem i nadal uważam za świetny utwór (smyki w środkowej części), o tyle cover “Jestem kobietą” Edyty Górniak z gościnnym udziałem Mary Komasy nie do końca mnie przekonuje. Nie wiem, czy to przez tą melorecytację zmieniającą się w obojętność, czy zbyt odjechaną aranżację z przerobionymi głosami w tle.

“Raj” kompletnie odcina się od poprzednich albumów, zmieniając kompletnie klimat, zaś Święs niczym kameleon zmienia tempo, sposób ekspresji w taki sposób, że nie da się tego opisać słowami. Bardziej taneczne rytmy mogą odwrócić uwagę od tekstów, dotykających spraw bliskości, miłości, szczęścia. Może to przypominać skok na głęboką wodę, ale potrafi porazić.

8/10 

 

Radosław Ostrowski

Leski – Miłość. Strona B

milosc-strona-b-b-iext52917335

Pamiętacie takiego młodego chłopaka Leskiego? Taki młodzik z gitarą, który trzy lata temu zaskoczył wszystkich swoim debiutem “Splot”, będąca mieszanką folku, indie z popem. Pamiętam, że to był dobrze spędzony czas, a kilka piosenek (“Ulotny”, “Kosmonauta”) zostało w głowie do teraz. Ale w przypadku każdego muzyka przychodzi tzw. test drugiej płyty, czyli próba udowodnienia sobie, że debiut (tak udany) nie był kwestią przypadku, tylko mamy kogoś bardzo interesującego. Muzyka wsparł producencko Marcin Bors, co gwarantuje wysoką jakość. A jaka jest “Miłość. Strona B”?

Znałem wcześniej jedynie otwierający całość singiel “Skąd ten wir”, który daje jasny sygnał – to stary Leski. Z gitarą akustyczną oraz oszczędną perkusją, jednak więcej przestrzeni ma tutaj zapętlony sampel z dziwacznie obrobionymi dźwiękami w tle. Także wokal tutaj jakby przypomina echo, odbijające się z nieokreślonej przestrzeni. “Humanitarnie” też miesza niezależne folkowe granie z dziwacznie przesterowanym tłem, a w refrenie wskakuje elektronika niczym wzięta z 8-bitowych gier komputerowych. Etnicznie, choć i bogaciej zaaranżowana jest “Skóra”, z niemal baśniowym wstępem, do którego dołącza perkusja oraz znacznie zadziorniejsza gitara elektryczna, pod koniec zastąpiona przez akustyczną (ale na krótko). Tytułowa kompozycja miesza szybki rytm, pełen dziwacznej elektroniki z melancholijnym fortepianem (początek) oraz perkusyjnym uderzeniom, wprawiając w konsternację. Zwłaszcza, gdy dochodzi dość spokojny wokal Leskiego, tworząc dość trudną mieszankę. Bliżej folku, choć bardziej dynamiczny jest “Pocisk”, jednak nawet tutaj elektronika (na szczęście, delikatniejsza) zaznacza swoją obecność. Ciepły “Cukier” nie jest na szczęście przesłodzony, chociaż gitarka z oszczędną perkusją robią robotę.

Gitara akustyczna ma więcej do roboty w “Q”, stając się równym partnerem dla elektroniki z lat 80. (nawet perkusja się dostosowała) oraz rozmarzonemu “Polaroidowi”. A kiedy wydaje ci się, że tak łagodnie będzie do końca, wchodzi mniej przyjazny “Skowyt” z walącą perkusją oraz elektrycznymi riffami. “Bejrut” nadal przesiąknięty jest retro elektroniką, co daje minimalistyczna perkusja z przytłumionym basem. Zabarwieniem jest “orientalna” gitara w tle, a na finał dostajemy bardziej nastrojowe “Wszystko, co kocham”.

Sam Leski wokalnie nie zmienił się aż tak bardzo jak warstwa muzyczna, jednak potrafi się z nią dobrze zgrać. Tak samo jak z tekstami, które są bardziej intymne, choć nie pozbawione odrobinki poetyckości, bez popadania w banał. Na obecną porę roku idealne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Florence + The Machine – High as Hope

HighAsHope

Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem Florence + The Machine. Zespół ten śledzę od samego początku, a każda płyta coraz bardziej zaskakiwała. Ciekawe, czy tak też będzie z czwartym wydawnictwem “High as Hope”, chociaż doszło do drobnych roszad w grupie (nowy perkusista, basista), a za produkcję odpowiada frontmanka zespołu do spółki z Emilee’m Haymie.

Już na poprzedniej płycie “How Big, How Blue, High Beautiful” widać było przełamywanie tego barokowego, wręcz monumentalnego stylu kilkoma rockowymi piosenkami przypominającymi brzmienie z lat 70. Na “High as Hope” zespół idzie jeszcze o krok dalej, bo jest bardzo oszczędnie, wręcz minimalistycznie, co czuć od otwierającego całość “June”. Przestrzennie brzmiąca perkusja, wyciszona elektronika w tle, powoli dochodzący bas z fortepianem, coraz bardziej nasilając się do troszkę podniosłego wokalnie refrenu (chórki w tle), by pod koniec dorzucić partię smyczków. Bliżej tego, co znamy, chociaż też spokojniejszy niż zwykle, jest przebojowy “Hunger” z bardzo nośnym refrenem, pełnym szybkiej perkusji. Rozmarzone “South London Forever” z cudną wokalizą, gitarą akustyczną, ukulele oraz klawiszami brzmi tak bardzo wakacyjnie, że już bardziej się nie da. Nawet perkusja ze smyczkami oraz sporadycznie wchodzący saksofon Kamasiego Washingtona, nie są w stanie zmienić tego wrażenia. Z kolei “Big God” serwuje przez większość czasu sama Florkę oraz fortepian, jednak z czasem wchodzi przebijająca się z tła oszczędna perkusja Jamiego XX oraz dęciaki, dodające rozmachu. Ale nie mogę się przekonać do “Sky Full of Songs”, gdzie jest tylko drobne perkusjonalia wraz z delikatną gitarą, za to świetnie wypada melancholijne “Grace” z pianistycznym solo Samphy. Bardziej mroczna jest “Patricia” – hołd złożony Patti Smith z bardzo nieprzyjemnymi smyczkami na wstępie, przyspieszając w refrenie z nakładającymi się głosami.

I kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy pojawia się niepozorne “100 Years”. Początek to delikatny fortepiano, do którego dołącza “klaskana” perkusja (nasilająca się w refrenie), harfa oraz w połowie naznaczająca swą obecność gitara (gra na niej Father John Misty), by na finał dodać dęciaki ze smyczkami. I wtedy pojawia się najlepszy fragment, czyli “The End of Love”. Gdy wydaje się, że będzie bardzo mrocznie (smyczkowy wstęp oraz pojedyncze uderzenia fortepianu), dochodzą nałożone głosy Florence, robiąc piorunujące wrażenie, w czym pomagają także ciepłe klawisze, ale jak wchodzą pstryknięcia, robi się bardzo magicznie. Ten utwór mógłby spokojnie zamknąć album, ale dostajemy jeszcze krótkie “No Choir”, będące tylko zbędnym balastem.

Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem głosu Florence, silnego jak dzwon, znakomicie grającego emocjami I zawsze wchodzącego na pierwszy plan. Sama muzyka nadal pozostaje bardzo różnorodna, tak samo jak bardzo bogata warstwa tekstowa, gdzie nie brakuje osobistych wątków (“The End of Love”, “Grace”). Są pewne drobne potknięcia, jednak “High as Hope” utrzymuje wysoki poziom, pokazując troszkę inne, bardziej intymne oblicze grupy. Dla starszych fanów może być to trudne do przełknięcia, ale z każdym odsłuchem jest tylko lepiej.

8/10

Radosław Ostrowski

Kasia Kowalska – Aya

0007EL99RJC6UQ5I-C122

W latach 90. to była jedna z najpopularniejszych gwiazd polskiej sceny pop-rockowej, jednak ostatnie albumy spotykały się z coraz chłodniejszym odbiorem. Być może dlatego (oraz z powodów macierzyńskich) Kasia Kowalska zniknęła na długo. Na nowe wydawnictwo fani musieli czekać aż 10 lat, co w muzyce wydaje się wręcz wiecznością. Jednak dwa pierwsze single dawały nadzieję, ze warto było czekać. Jaka ostatecznie jest “Aya”?

Z jednej strony mocno pachnąca latami 90., ale z drugiej bardzo współcześnie wykonaną i mającą kilka mocny kart w talii. I to już serwuje utwór tytułowy, będący kompletną woltą przypominającą brzmienia bardziej alternatywne: soczysty bas, przesterowana elektronika, lekko zmodyfikowane gitary, wokalizy w tle, wybijające się dęciaki pod koniec każdej zwrotki oraz wręcz stadionowy, bardzo nośny refren. Magnetyzująca mieszanka, po której będziecie chcieli puszczać ten utwór non stop. Bardziej wyciszony jest utwór “Dla taty”, mieszającą folkową gitarę z poruszającym fortepianem oraz pojawiającym się w finale solo na klarnecie grane przez… ojca Kowalskiej. Razem z tekstem daje to prawdziwego kopa. A im dalej, tym różnorodniej: od pachnącej country “Alannah (Tak niewiele chcę)” (jest też anglojęzyczna wersja “Somewhere Inside” z tekstem Alannah Myles) okraszoną bluesową gitarą przez lekko rozmarzone “Teraz kiedy czuję” (bardzo urocza elektronika) i bardziej gitarowe wejścia w “Czas się kurczy” aż po dość niepokojąco wolną “Czerń i biel” z bardzo mocnym refrenem. O dziwo, ta cała różnorodność działa tutaj na plus, dodając wiele świeżości.

Do tego też jest parę niespodzianek jak przepiękne “Wyspy milionów gwiazd”, gdzie przewija się klawesyn w tle, rozpędzone “Przebaczenia akt” czy bardziej  rockowa “Krew ścinanych drzew”, chociaż początek tego nie zapowiadał. Na sam finał dostajemy nastrojowy “Tam, gdzie nie sięga ból”, jakby żywcem wzięty z lat 90., zaś sam wokal Kowalskiej ma szerszy wachlarz możliwości, w pełni go wykorzystując.

Muszę przyznać, że “Aya” to jedna z większych niespodzianek. Kowalska w pełni wykorzystała swoją przerwę, teksty niepozbawione są refleksyjności, ale nie są w żaden sposób prostackie, muzyka nie jest pozbawiona potencjalnych hitów (i nie jest to wada), dając kopa. A ja chcę więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Król – Przewijanie na poglądzie

przewijanie-na-podgladzie-w-iext52593199

Błażej Król to muzyk sceny alternatywnej, który od wielu lat idzie swoją własną ścieżką. Wcześniej znany jako członek duetu UL/KR, teraz wydaje solowo, pisząc teksty i muzykę. Teraz powraca po dwóch latach z czwartym materiałem, wspartym producencko przez samego Emade. Co daje nam „Przewijanie na podglądzie”?

To dalej jest to pełna elektronicznych pasaży wydawnictwo z oszczędnymi tekstami. Co dziwne, większość tytułów jest podwójna, a inspiracja latami 80. (silnie obecna w „Wiju”) powraca. Przedsmak daje singlowy „Całą ciszę/Pokój nocny”, pełen pulsującego basu, perkusyjnych ataków oraz lekko zapętlonej gitary, zaś tło coraz bardziej się nasila. A pod koniec odbija się niczym echo kobiecy wokal. Troszkę mroczniej, niemal jak z 8-bitowej gry czaruje „Niemożliwe”, równie pulsujące jak poprzednik, z bardziej oszczędną perkusją, zaś głos Króla nakłada się na siebie. Dynamika wraca do „Przypominaj/Culpa”, z bardziej egzotycznie brzmiącej perkusji oraz wokalizami, dodającymi niemal sakralnego charakteru, spotęgowanego przez elektronikę. Ale kiedy wchodzi gitara, w połowie utworu dochodzi do przyspieszenia oraz wjazdu saksofonu. Dziwaczny „Kiedyś/Czekałam” zaczyna się jak pulsujący koszmar (można odnieść wrażenie, że to zapętlone słowo), gdzie Król wręcz krzyczy, wsparty przez modyfikowany wokal w tle. W podobnym tonie wybrzmiewa niemal sakralny (przez te klawisze a’la organy) „Z Tobą/Do Domu”, gdzie dołącza saksofon oraz żeński, melorecytujący głos (żona Króla), przez co miałem wrażenie dialogu między postaciami, a mrok wraca do wręcz lynchowskiego w duchu „Przyjdę/Sztuczna krew”, by zmienić tempo w gitarowym „Spróbuję/Strażnik”, chociaż tło nie jest pozbawione niepokoju. Na finał dostajemy pulsującą „Złą widoczność” oraz bardzo krótki „Ósmy/Alte Pude”.

Teksty są bardzo oszczędne i wieloznaczne, co na pewno jest sporą zaletą dla ludzi poszukujących własnych interpretacji, tak samo jak barwa głosu Króla, stanowiąc jedną spójną całość. Sami posłuchajcie „Przewijania na podglądzie”, by poczuć mieszankę estetyki lat 80., która nie jest tylko kopiowaniem tego klimatu. Król konsekwentnie rozwija swój styl z solowej ścieżki kariery. Na więcej niż tylko jeden raz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Arctic Monkeys – Tranquility Base Hotel And Casino

Tranquility Base Hotel And Casino

Ta brytyjska formacja znana była z chwytliwych, rockowych numerów czerpiących ze stylistyki lekko garażowego rocka, a ostatnio nawet ocierając się o psychodelię. Pięcioletnia przerwa doprowadziła do kontynuacji współpracy z producentem Jamesem Fordem oraz znacznie dłuższym tytułem niż poprzednik. Czy coś się zmieniło?

O dziwo… tak. Brzmieniowo jest bardziej retro, wręcz klimat jest rozmarzony niczym w pobocznym projekcie Alexa Turnera – The Last Shadow Puppets. I to sugeruje bardzo odrealniony “Star Treatment”, który toczy się wręcz w bardzo wolnym tempie, ale jednocześnie jest w nim coś hipnotyzującego. Od drobnych uderzeń perkusji aż po lekko oniryczną elektronikę do niemal recytującego wokalu Turnera, mocno przypominającego wczesnego Davida Bowie. Dalej mamy zapętlony fortepian w “One Point Perspective”, gdzie już bardziej czuć rocka, dzięki obecności gitary oraz pojawiającym się w tle smyczkom, kontynuując niepokojący klimat (rozpędzone klawisze z końca) w “American Sports” nadającym na bardziej jazzowych falach. Lekko psychodeliczny (i troszkę przypominający ostatnie dzieła Raya LaMontagne’a) jest utwór tytułowy, gdzie przewija się klawesyn z bardziej wyrazistym basem. Równie mroczny klimat zachowuje pozornie oszczędny “Golden Trunks” z nakładającymi się wokalami, a wybrany na singla “Four Out of Five” ma coś z mrocznego Davida Bowiego, tak jak krótki pozornie łagodny “The World’s First Ever Monster Truck Front Flip”, gdzie spokojnie zapewniają muzycy: “Wciśnij guzik, a my zajmiemy się resztą”, a w tle słychać werble. Podobnie pełne moogowych dźwięków “Science Fiction” skontrastowane ze spokojnym wokalem oraz przestrzennymi dźwiękami gitar z klawiszami. Echa starych Małpek czuć w “She Looks Like Fun”, tylko że bardzo niewiele z nich zostało (poza wstępem), bo reszta to powolne, lekko romantyczne granie zmieszane z popisami klawiszowo-perkusyjnymi oraz przemielonym głosem mówiącym tytuł tego utworu.

Dziwne w tym wszystkim jest to, że mimo kompletnej zmiany stylistyki (z szybkich, czasami garażowych, ale chwytliwych numerów na retrofuturystyczną otoczkę a’la lata 60.), Arktyczne Małpki bardzo dobrze się w tym odnajdują. Bardzo specyficzny klimat, bardziej przesterowane, wręcz przestrzenne dźwięki, dużo elektroniki I spokojniejszy wokal Turnera mogą wprawić w wielką konsternację fanów zespołu. “Tranquility” to zupełnie nowa jakość, ale dla starych fanów może być to przeprawa. Z każdym odsłuchem staje się coraz piękniejsza oraz intrygująca, tylko dajcie sobie i jej czas.

8/10

Radosław Ostrowski

Katarzyna Groniec – Ach!

ivddku31b3wc

To jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej, od lat zawsze idąca własną ścieżką, balansując między piosenką poetycką, ale tworzoną inaczej, nie zawsze kameralnie, intymnie, eksperymentując z brzmieniem bardziej alternatywnym. Przy swojej dziesiątej płycie “Ach!” Katarzyna Groniec serwuje własne kompozycje zamiast coverów, wsparta przez Marcina Borsa (producent), Basię Wrońską (muzyka i niektóre teksty) oraz Macieja Macuka (muzyka). Co tym razem powstało?

Jest szorstko, melodyjnie i mrocznie, co czuć w “Na pół”, gdzie klawisze z perkusją tworzą klimat znany choćby z ostatniej płyty Bat for Lashes, a sama Groniec tutaj wręcz szepcze w tym onirycznym spektaklu. A co utwór, to niespodzianka oraz spory eklektyzm. Akustyczny “Rescue”, gdzie w tle słychać ptaki (przynajmniej na początku), by uderzyć wplecionymi klawiszami. Bardziej rockowe, chociaż delikatne jest “Koko” oraz rozmarzone “Kanaan”, okraszone Hammondami, a mrok wraca w singlowym “Nie kocham”, gdzie perkusja pędzi, a gitara niby się snuje, ale nie jest spokojnie. Pewna sielankowość, wręcz folkowy klimat przewija się w “Końcu”, zaskakując cały czas. Zwłaszcza, gdy w tle są klawisze oraz trąbka, by zostać zduszona melancholijnym “Deszczem”, gdzie po raz pierwszy gra fortepian. Niepokój wraca w podpartym elektroniką “Się rozpłacz”, gdzie pozornie radosny głos wydaje się zgrzytem, rys, by podrzucić perkusyjny bit oraz ambient, mieszając jeszcze bardziej w głowie. Utwór tytułowy też skręca ku elektronicznemu tłu, przypominając troszkę… Massive Attack (nie wierzę, że to piszę), co kompletnie mnie zaskoczyło. Wtedy staje się piękny “Cud”, gdzie wracamy do oniryzmu (klawisze robią swoje, tak samo jak nakładające się głosy Groniec – ten szepczący i melorecytujący w refrenie), by na końcu wrócić do akustycznej gitary w “Goodbye”, kończąc słowami “I don’t wanna die anymore”.

Pani Groniec tylko raz pozwala sobie na większą ekspresję (“Nie kocham”), a reszta jest bardzo śpiewana delikatnie, na granicy szeptu, ale jednocześnie wyraźnie ją słychać, zaś teksty pełne smutku oraz miejscami gorzkich obserwacji, trafiają w punkt. I nawet ten muzyczny eklektyzm, który może początkowo wprawić w konsternację, staje się spójnym elementem całości, pokazując różne oblicza miłości. Ciekawe, nieszablonowe, ale i wymagające doświadczenie.

7,5/10

Radosław ostrowski

Julia Pietrucha – Postcards From The Seaside

Postcards_from_the_Seaside

Debiutancka płyta Julii Pietruchy była jedną z niespodzianek ostatnich lat oraz dowodem na to, że śpiewający aktor to nie koniecznie poezja śpiewana czy piosenka aktorska. Zastanawiałem się, czy był tylko jednorazowy wyskok, czy będzie jednak ciąg dalszy. Tydzień temu wyszedł drugi album i, tak jak poprzednik, jest dostępny w całości na YouTube. Jak wyglądają “Pocztówki z widokiem na morze”?

Artystka nie zapomniała o swoim ukulele, które przewija się cały czas. Choć otwierający całość “Sailor” zaczyna się od… wiolonczeli oraz akordeonu, do którego dołącza delikatniejsza gitara z perkusją, tworząc bardzo przyjemny koktajl. Skoczniejsi są “Friends”, oparte na gitarach oraz fajnych (z braku lepszego słowa) chórkach w tle, dając energetycznego kopa. Nawet ten klaskany środek pasuje tutaj, a gdy wchodzą ładne klawisze z dęciakami, można się rozmarzyć. Zmianę wprowadza “Ewka” I nie chodzi o to, ze jest śpiewana po polsku. Odbijający się jak echo fortepianu budzi niepokój, które nie łagodzą dźwięki cymbałków, skontrastowane z “łkającymi” smyczkami w tle. Jeden ze smutniejszych, ale pięknych utworów. “Undo de sea” ma coś ze swingu – dynamiczna gra dęciaków, rytmiczny bas oraz popis perkusji. Powrót do melancholii serwuje zgrabny “Niebieski”, oparty tylko na fortepianie oraz tajemnicze “Medea”, brzmiąca jakby nagrana na starej płycie. Do tego jeszcze wchodzą dziwne perkusjonalia, a także nakładające się głosy, budujące mroczny, lekko “lynchowski” klimat. Mocny kawałek, z pazurem, jakiego się nie spodziewałem tutaj.

To nie jedyna niespodzianka, bo jeszcze jest grany na ukulele… blues ze świerszczami (“Small Town”), gdzie znowu robi się tak ciepło na serduszku, utrzymany w duchu dream popu “Who Knows” (znowu klaszczemy!!) z bardzo ciepłymi klawiszami, a także podparte perkusyjnym “bitem” “Wasted”, na którym skrzypce na początku się wykazują. Cudowne. Tak samo jak rozpędzone folkowe “Nie potrzebujemy nic” czy minimalistyczno-soczyste “Mindless Crime”

Sam wokal Pietruchy nadal jest bardzo delikatny, pełen dziewczęcego uroku, ale też niepozbawiony emocjonalnego ciężaru, co nie jest takie łatwe. Znowu wokalistka sama napisała wszystkie utwory, pokazując zaskakującą wszechstronność. “Pocztówki” są bardziej różnorodne, pokazujące inne oblicze Pietruchy, która niczym kameleon zmienia się, a jednocześnie jest sobą. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest. Jestem pewny, że jeszcze będę wracał do tych utworów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski