Led Zeppelin – Presence (deluxe edition)

Presence_Deluxe_Edition

Ktokolwiek wymyślił remastering jest geniuszem. I dzięki temu możemy przesłuchać na kompakcie całą dyskografie zespołu Led Zeppelin. 31 lipca tego roku zostały zremasterowane trzy ostatnie płyty zespołu, a nad całością – tak jak poprzednio – czuwał Jimmy Page.

Następne albumy w dniu premiery spotykały się z chłodniejszym przyjęciem zarówno wśród krytyki, jak i fanów. „Presence” powstało z powodu próby powrotu do początków działalności, gdy grali bezpretensjonalnego rocka i nie bawili się w progresywne eksperymenty. Dodatkowo panowie zrezygnowali z klawiszy oraz utworów akustycznych. Dlatego jest tutaj sporo krótkich piosenek, które rzadko kiedy przekraczają pięć minut. O tym, że jest to Led Zeppelin można stwierdzić po utworach zaczynających i kończących płytę. „Achilles Last Stand” i „Tea for One” przypominają czasy świetności zespołu z okresu „Houses of the Holy” oraz „Physical Graffiti” – rozbudowane z nakładającymi się riffami Page’a, pędzącą perkusją (ten pierwszy) oraz wolnym tempem wszelkiego instrumentarium (to drugie). Bluesowe zacięcie („For Your Life” ze zmiennym tempem perkusji), dynamiczne tempo w starym rock’n’rollu (niezłe „Royal Orleans”), przesterowane riffy („Nobody’s Fault But Mine”) – niby jest fajnie, ale poprzednie albumy podsyciły apetyt na coś więcej niż solidne rzemiosło. Owszem, Page gra tak jak tylko on potrafi, Bohnam naparza na perkusji aż miło razem z Jonesem na basie. I ten wokal Planta – zawsze w formie.

Sytuację częściowo ratuje dodatkowy materiał, zawierający głównie alternatywny mix utworów z podstawki oraz jeden dodatkowy utwór: instrumentalny „10 Ribs & All/Carrot Pod Pod (Pod)”, gdzie gra fortepian, delikatna gitara (także akustyczna) oraz perkusja, przykuwając uwagę na dłużej. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album Zeppelinów. Tylko dobry.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz